Credo

Wierzę w polskie wino. Wierzę w to, że, choć ze względów klimatycznych nigdy nie staniemy się winiarska potęgą, to możemy robić w Polsce przyzwoite, pijalne wina, które będą pasowały do naszej kuchni i które będą cieszyć w dwójnasób, łechcząc mile zmysły i narodową dumę.

Ale wiara z natury swojej jest rzeczą trudną – zapytajcie dowolnego posoborowego teologa, a powie wam, że jej esencją jest zwątpienie. Bez wątpliwości nie ma wiary, jest praktykowanie zwyczajów. Wiara tymczasem wciąż musi się sama weryfikować, wciąż stawiać nas w trudnych sytuacjach, unikać jednoznacznych odpowiedzi na temat swojej istoty – gdyby ich udzieliła, przestałaby być bowiem wiarą, a stała się prawdą. No i każda wiara wymaga męczeństwa.

Wróciłem dopiero co ze wspaniale zorganizowanej imprezy, VII Konwentu Winiarzy Polskich, który wielkim nakładem sił przygotowało Stowarzyszenie Winiarzy Podkarpacia z Romanem Myśliwcem na czele. Miałem przyjemność być, jako ten mały żuczek obok wielu znakomitych ekspertów, członkiem panelu, który wina degustował i przekazywał swoje wrażenia i spostrzeżenia licznie zgromadzonym winiarzom. I zaprawdę powiadam wam, spróbowanie ponad stu polskich win na przestrzeni kilku godzin to jest przeżycie porównywalne z solidnym poturbowaniem przez lwy na arenie Koloseum. Powody takiego stanu rzeczy przedstawili wyczerpująco, acz dobitnie, Wojtek Bońkowski  oraz Tomek Prange-Barczyński i pod większością ich uwag pozostaje mi się podpisać.

Polskie wino w dobrym świetle.

Jednak mniej udane od spodziewanego spotkanie z rocznikiem 2011 nie zachwiało moją wiarą –  wyznam bowiem wstydliwie, że ja polskie wina po prostu lubię. Nie wszystko mi w smak, rzecz jasna, nie nuty lisie, chemiczne, siarkowe – ale mam słabość do tnącej kwasowości w stylu zielonego jabłuszka czy cielistych aromatów a la krem Nivea w winach białych, do lekkich, zagajnikiem i pikantnymi przyprawami pachnących czerwieni w stylu morawskim. Takich win, charakterystycznych lecz czystych, było całkiem sporo.

Różni mnie też stosunek do niektórych cech wina, uważanych powszechnie za wady. Lotna kwasowość czy utlenienie zdaniem niektórych dyskwalifikują je de iure. Warto jednak zauważyć, że winiarski świat się zmienia, na pierwszy plan wychodzi czynnik przyjemności, niezależny wszak od podręcznikowej poprawności. Oczywiście, wolałbym, by taka stylistyka była efektem świadomej decyzji winiarza, a nie przypadku. Jeśli jednak wino jest po prostu atrakcyjne – a kilka takich się trafiło, np. Biona z Winnicy Victoria czy Zweigeltrebe z winnicy Na Leśnej Polanie – przyznajmy to, zauważając jednocześnie, jakie czynniki zadecydowały o jego inności.

O ile więc degustowanie tylu polskich win wciąż jest jeszcze męczarnią, o tyle znalezienie dobrej butelki coraz mniej przypomina cud. Ja szczególnie chciałbym wyróżnić – obok pewniaków, Płochockich i Adorii – oba zaprezentowane wina z Comte, zwłaszcza Dornfelder barrique 2009, omawiane już przy okazji relacji z Janowca wina Macieja Mickiewicza z winnicy Solaris, Winnice Wzgórz Trzebnickich oraz Kępę Wiślicką za bardzo ciekawe, niestety jedyne zaprezentowane podczas Konwentu wina musujące, stworzone metodą tradycyjną. Dzięki nim – i nie tylko nim – moje credo pozostaje w mocy.

Cremant de Bielsko Biała

Reklamy

Jak wymyśliłem wino pomarańczowe

Twórca i tworzywo

Siedziałem sobie w domu i mi się nudziło. Nuda, jak wiadomo, straszna rzecz. Jakbym miał talent, to bym obił sypialnię korkiem, położył się do łóżka i bez wstawania napisał wszystkie siedem tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”. Ale że nie mam, to postanowiłem w zamian coś sobie wymyślić. Stanęło na winie. Pomarańczowym winie.

Dlaczego pomarańczowym? Trochę po to, żeby zagrać na nosie piewcom „międzynarodowego stylu” i zglajszachtowanych gustów, którzy w winiarstwie niekonwencjonalnym upatrują dzieła Szatana, zwykłej ściemy, lub, w najłagodniejszym wariancie –niepijalnego snobizmu. Ale przede wszystkim dlatego, że to zajebisty kolor jest.

Najpierw myślałem, jak zrobić, żeby wino było pomarańczowe. Z pewnym Redaktorem rozważaliśmy użycie esencji z herbaty Ulung lub pulpy z dyni, ale okazało się to znacznie prostsze – wystarczy wino białe na dłużej, czasami nawet bardzo długo, zostawić w kontakcie ze skórkami. Maceracja, stosowana powszechnie w przypadku gron czerwonych, pozwala przy zastosowaniu do gron białych otrzymanie wina pomarańczowego.

Oczywiście, wino pomarańczowe posiada nie tylko fajowy, fosforyzujący kolor, ale także pewne wymyślone przeze mnie cechy organoleptyczne. W przypadkach wybitnych, jak na przykład Ageno z La Stoppy, łączy w sobie owocową świeżość nosa z lekkimi nutami podwórkowymi, akcentem sosu sojowego oraz lubczyku, niebywałą wśród win białych długość i intensywność smaku z doskonałą kwasowością oraz kulinarną powagę z drivem, który natychmiast nakazuje sięgać po drugi kieliszek.


By być naprawdę złośliwym, wykombinowałem sobie, że te wina, choć tak nietypowe – naturalne, zwykle bezsiarkowe, fermentujące na własnych drożdżach – będą po prostu smaczne. Obcowanie z nimi, według mnie, nie powinno wymagać od pijącego jakiegoś szczególnego warsztatu, ba, powinno być o wiele łatwiejsze niż w przypadku wielu poważnych win konwencjonalnych. Ich skupieniu i nieoczywistości, angażujących intelekt w skomplikowany proces analizy i oceny, wina pomarańczowe mają przeciwstawiać nieskrępowaną radość płynącą ze szczerości, niemal hipnotyzującej soczystości i bezpośredniości przeżycia. I to działa!

Po tym wszystkim pozostało mi wymyślić kilku producentów. Wśród nich – co jakiś czas domyślam nowego, żeby się nie znudzić – znaleźć można wspomnianą La Stoppę z Emili-Romanii (Ageno do kupienia na Konfederackiej 4), Gabrio Biniego z Pantellerii, Franka Cornelissena z Etny czy słoweńską Movię (ma ją w ofercie krakowski Dionizos).

Ech, ma się jednak ten łeb na karku!

PS. Gdyby kogoś naszły wątpliwości, czy to rzeczywiście JA wymyśliłem wina pomarańczowe, a nie na przykład Redaktor czy też taki Joseph Di Blasi, odsyłam do niezastąpionego źródła wiadomości o postępach hipsterskiego bulszitu w Krakowie. Ha, moje na wierzchu!


Bardzo biali, trochę czerwoni

Kolejne, mniej lub bardziej zwycięskie remisy naszej jedenastki to jest doskonały pretekst, żeby raz jeszcze powałkować tak częsty na tych łamach temat polskiego wina. Bo patriotyzm ma wiele obliczy i jednym z nich niech sobie będą narodowe uniesienia wokół kopanego przez dżentelmenów skórzanego pęcherza, ale drugim jest z pewnością wspieranie polskiego winiarstwa.

Można by się tu zresztą pokusić o naciąganą mocno paralelę – naciąganą przede wszystkim dlatego, że winiarstwo to jest u nas wciąż obszar pionierski, a w piłkę kiedyś przecież umieliśmy grać. Ale nie da się ukryć, że przez ostatnie lata kibicowanie polskiej piłce i polskiemu winu nosiło pewne cechy wspólne: wielkie emocje, wielkie nadzieje, dużo rozczarowań i rozpaczliwe szukanie usprawiedliwień i eufemizmów. No i na tym tle gwiazdy – nieliczne, ale mocno świecące na firmamencie, winnym czy futbolowym, takie, którym niestraszna konkurencja nawet z mocnymi graczami zza granicy.

Czy w tym roku kibice piłki i kieliszka będą mieli powody do radości, czy wysiłki ostatnich lat wreszcie przyniosą – jak mówi z niezapomnianym akcentem w reklamie telewizyjnej minister Sawicki – bogaty plon? Już w tę sobotę dowiemy się jak będzie z piłkarzami. Odpowiedź na pytanie o winiarzy powinien dać VII Konwent Winiarzy Polskich, który odbędzie się tydzień później w Łańcucie. Ptaszki na fejsie ćwierkają, że weźmie w nim udział 90 winnic, prezentujących w sumie aż 130 polskich win! Konwent powinien dać więc o naszym winiarstwie wyobrażenie nie gorsze, niż obserwacja spotkania z Czechami o stanie naszej kopanej. Co więcej, w niedziele 25. czerwca na Zamku w Łańcucie za jedyne 20 zł każdy będzie mógł podczas otwartej degustacji wyrobić sobie na ten temat własne zdanie – przyznacie, że w porównaniu z cenami biletów na mecze reprezentacji to niewiele.

Do czasu rozstrzygnięć polecam nowy rocznik od sprawdzonych winiarzy – polskich Lewandowskich i Błaszczykowskich spod znaku Dionizosa, czyli od Basi i Marcina Płochockich. Ich dzieł próbuję od kilku lat, ostatnio miałem okazję poznać osobiście twórców i odwiedzić winnicę, doprawdy imponującą. Wina z rocznika 2011, próbowane przy okazji Święta Wina w Janowcu oraz kupione w Wina.pl przy ul. Krowoderskiej w Krakowie, okazały się po prostu znakomite.

Rosé pije się właściwie samo, ma owoc pełny i przyjemny oraz przygarść cukru resztkowego, który czyni je nad wyraz przyjaznym nawet mniej wyrobionym odbiorcom.  Aura, czyli Aurora winifikowana na półsłodko to nie do końca moja bajka, ale już konkretnie kwasowa, świeża Zibra (czyli Sibera) i mocniejszy nieco, dobrze zbudowany Seysey (Seyval Blanc naturalnie) to wina solidne jak forma naszych rodaków z Dortmundu. Stawki dopełnia czerwony Geltus, Zweigelt, kolejny dowód na to, że w winnej ruletce Polska powinna mocno obstawiać czerwone – odmianowa korzenność dobrze dopełniona czerwonymi owocami, średnia budowa i przede wszystkim zupełna czystość, rzecz wciąż u nas nie tak oczywista.


Słowem, zachęcam do win od Płochockich. Bronią się jak, nie przymierzając, Tytoń.


Wino na wesele, czyli w powietrzu atmosferyczna zmiana

Koffany blogasku, przepraszam, że cię tak długo nie pisałem, ale sam rozumiesz – miałem wesele. Nie, nie własne, przyjaciół. Tak, dobrych, nawet bardzo. No i sam rozumiesz, po weselu musiałem dojść do siebie. Ale już jestem. I chciałem ci o tym weselu skrobnąć parę słów.

No więc wyobraź sobie, że wesele to jest taka uroczystość, podczas której je się salceson i popija wódką, od czego twarz robi się obrzmiała i czerwona. Robi się to na cześć ludzi, którzy postanowili, że jak będą mieli oboje to samo nazwisko i to samo dziecko, to rodzina wreszcie dam im spokój. I rzeczywiście, uszczęśliwiona tym faktem rodzina wsuwa salceson, aż jej się uszy trzęsą, popija wódką, puchnie i czerwienieje.

Tak jest, mój drogi, zazwyczaj. Ale nie tym razem. Bo tym razem ślub był z miłości – wytłumaczę ci innym razem – a do picia było wino. Tylko wino. – Co w tym dziwnego? – zapytasz pewnie. Otóż brak wódki na weselu to jest, jak by się mogło zdawać, rzecz u nas nie do wiary. Istnieje co prawda grupka fanatyków, organizujących tzw. bezalkoholowe wesela, podczas których hasają sobie popijając lemoniadę. Niech sobie hasają na zdrowie, ale bądźmy realistyczni, na weselu ma być zabawa. I była, z winem.

Bo od wina się mniej puchnie i czerwienieje, więcej za to rozmawia. Bo choć do salcesonu stópka dobrze zmrożonej substancji jest rzeczywiście nie od rzeczy, to jednak jedzeniu wino towarzyszy z zasady lepiej. Zwłaszcza, gdy i wino, i jedzenie są dobre.

Albowiem musisz wiedzieć, że wino na wesele to temat trudny. Jak znaleźć optymalną relację ceny do jakości, gdy tyle wokół kosztów, a tak niewielu – ty masz, blogasku, skrzywioną perspektywę – koneserów wina? Rozwiązanie da się znaleźć. Twój mniej lub bardziej wierny autor postawił jakiś czas temu na wina z Domain de la Patience. Przyjaciele-hungarofile, za lekkim podszeptem, na białe Tramini Apátsági Pannonhalmi i czerwone Akutyafáját! ze słynnej St. Andrei.

I ach, co to był za ślub! Ciocie oraz wujowie, którzy wpierw wypytywali kelnerów o wina półsłodkie, docenili winność, a właściwie winogronowość Traminera – pięknie się odnalazł z musem z wątróbek oraz świeżość egerskiego kupażu, idealnego do plastrów rostbefu na zimno. I żyli długo i szczęśliwie.

Pytasz o morał? Jeden jest natury dydaktycznej – że warto się za dobrym winem na wesele rozglądać, bo można trafić na prawdziwe perły, a goście, nawet ci pod tym względem niedoceniani, je docenią. Drugi zaś natury egoistycznej – więcej wesel, poproszę!