Wino, którego Jezus nie wypił, chociaż mógłby

GetUczeni w Piśmie mogą się nie zgodzić, ale Jezus wcale nie musiał umierać za nasze grzechy. Ormiański król Abgar miał ponoć napisać do przyszłego zbawiciela list następującej treści: Słyszałem, że Żydzi szemrzą przeciw Tobie i chcą Cię wydać na męki; mam miasto małe, lecz przyjemne, może ono wystarczyć dla nas obu.  O ewentualnej odpowiedzi Syna Bożego historia milczy, być może dlatego, że według niektórych Syn Cieśli był analfabetą…

Uczeni w winie mogą się nie zgodzić, ale winorośl ponoć pochodzi z Armenii. W 2011 roku w górskim kompleksie grot Areni odkryto liczącą ok. 6 tysięcy lat winnicę oraz pozostałości gron Vitis vinifera. Gdyby więc Pan Jezus przyjął zaproszenie króla Abgara, miast octu z gąbki na krzyżu piłby wino z kielicha na Kaukazie…

Ormianie, o czym pisze Wojciech Górecki, doprowadzili do mistrzostwa sztukę legitymizowania swojej państwowości poprzez budowanie ciągłości między mitologiczną przeszłością a tu-i-teraz. Powyższe historie możemy więc brać w nawias – ale nie powinno nas to skłaniać do lekceważenia armeńskiego winiarstwa.

Od jakiegoś czasu działa na polskim rynku firma Wina Armenii. Próbując na szybko szeregu oferowanych przez nią etykiet podczas zeszłorocznych targów EnoExpo nie byłem w stanie wyrobić sobie na ich temat żadnych konkretnych opinii – zbyt były osobne, zbyt dziwaczne, nieprzystające. Wiedziałem, że wrócę do nich i oto wracam, a właściwie zaczynam wracać.

Czytelnicy w pewnym wieku pamiętają pewnie dowcipy w formie pytań słuchaczy i odpowiedzi przypisywanych ormiańskiemu Radiu Erewań. Jeden z nich brzmiał:

– Stalin umarł w dniu wielkiego święta. Jakie to było święto?

– Dzień śmierci Stalina.

Otóż dzień otwarcia przez mnie Getnatoun 2005 z lokalnej odmiany Areni i regionu Vayots Dzor będę od teraz obchodził jako święto – Dzień Otwarcia Przeze Mnie Getnatoun 2005. Proszę sobie wyobrazić czerwono-czarny leśny owoc, dziki z natury, ale wzięty w solidne karby, niczym ruski chłop za samodzierżawia.  Owoc zabeczkowany, owszem, ale nie nachalnie, bez toporności nowej dębiny, lecz subtelnie, jakby deszczułki pochodziły z samej Arki Noego.  Wino po ośmiu latach już dobrze ułożone – z przyjemną,  dość ziarnistą fakturą garbnika i niesłychanie elegancką ewolucją, uwalniającą nuty likierowo-ziołowe. Niezwykła to fuzja czarnobrewej kaukaskiej dzikości z nabytą przez lata powściągliwością.

Słowem, wino naprawdę dużego kalibru. Na które Jezus Chrystus się nie załapał, a ja i owszem. W trzydziestym trzecim roku życia.

Reklamy

N

Perec

George Perec

Z Georgem Perekiem nie łączy mnie praktycznie nic, poza tym, że uwielbiam go czytać. On był benedyktyńsko konsekwentny w swoim pisarstwie – a ja wiadomo. Jemu rosła bujna czupryna i finezyjny zarost – a mnie wiadomo. On opętany był obsesją porządku, rozumianego nie jako minimalizm, ale jako kategoryzowanie, katalogowanie, indeksowanie, fiszkowanie, słowem: porządkowanie bytów i przedmiotów w przestrzeni – a ja wiadomo.

W wydanym niedawno przez Lokatora tomie esejów Pereca – choć może właściwiej byłoby mówić o drukach rozproszonych – znajduje się porywający tekst (świetnie przełożony przez Ewę Wieleżyńską) Próba zinwentaryzowania pokarmów płynnych i stałych, jakie pochłonąłem w ciągu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku.

Porywający jest on z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze dlatego, że osobiście z trudem przychodzi mi przypomnieć sobie, co jadłem w ciągu ostatniego tygodnia. Po drugie, jest żywym dowodem na ubóstwo naszej kuchni, nie tylko PRL-owskiej, ale i współczesnej. Rzućcie, proszę Was, tylko okiem…

Inwentarz

No i wreszcie wino. Perec pił mnóstwo. Dwadzieścia sześć razy cahors, trzynaście razy beaujolais, dziewięć razy cotes-du-rhone, dziewięć razy chateneuf-du-pape, dziewięć razy bordeaux, sześć razy margeaux ’62, siedem razy savigny-les-beaune, raz romanee-conti ’64… A to tylko skromny wycinek imponującej listy.

Inwentaryzowałem ten inwentarz podwójnie zazdrosny, o wina i o pilność w ich wynotowywaniu, o zdolność do wyprowadzenia w tej kwestii indywidualnych statystyk, z którymi zwykle mamy do czynienia tylko w odniesieniu do zawodowych futbolistów – aż wreszcie dobrnąłem do końca i zobaczyłem brzemienną frazę n innych win. Jeśli więc nawet on mógł stracić rachubę, ja mogę tym bardziej!

W innym eseju Perec mówi: Tak czy owak, mam świadomość, że kiedy porządkuję, układam, gdzieś indziej będą miały miejsce zdarzenia, które zburzą ten ład (…). To stanowi część tej sprzeczności pomiędzy życiem a instrukcją obsługi, między zasadami gry, jakie ustalamy, a paroksyzmem prawdziwego życia, które nieustannie pochłania, niszczy ten porządek, zresztą, na szczęście.

Za ten paroksyzm chciałbym wznieść toast. Niekoniecznie romanee-conti ’64. Jednym z N win, które akurat jest pod ręką.


Miniaturowy świat

Hotel RoomLubię hotele. Sypiam w nich tak często, że czasem wydaje mi się, że w końcu w którymś zamieszkam.

Mieszkanie w hotelu to wyobcowanie podniesione do rangi deklaracji. Podróżowanie jest  uciekaniem, a ucieczka jest anonimowa – dlatego do księgi gości wpisują się Pan i Pani Smith. Hotele to nieustanne napięcie pomiędzy Ja-podporządkowujący-sobie-przestrzeń i Przestrzeń-podporządkowująca-sobie-mnie. Nigdy nie czuję się w nich na miejscu, ale jednocześnie uwodzą mnie bez reszty wizją wygodnego życia bez zobowiązań, jakie zawsze było udziałem hotelowych rezydentów.  Od Marka Twaina do Sida Viciousa w Hotelu Chelsea. Od Tom Waitsa do Blondie w niesławnej, nieczynnej już Tropicanie na Santa Monica Boulevard.

To właśnie mieszkając w Tropicanie, z Chuckiem E. Weissem i Rickie Lee Jones, Tom Waits nagrał Nighthawks at the diner – album zainspirowanym obrazem Edwarda Hoppera, który malował nie tylko nocne drugstory, ale też hotele. Kobiety czytające w hotelach.

Hotel to miniaturowy świat – miniaturowe szamponiki i mydełka, miniaturowe porządki w miniaturowym domu. Samotność w hotelu także jest miniaturą – w średniowiecznym sensie tego słowa, syntetyczną, alegoryczną ilustracją, poprzez różnicę skali uświadamiającą nam naszą samotność w świecie.

Na ziejącą ranę samotności nalepić można niewielki plasterek alkoholu. Dubravka Ugresic pisze:  Bo zastanówmy się przez chwilę, czym jest w istocie minibar? Minibar został zaprojektowany jak domek dla lalek przeznaczony dla dorosłych mężczyzn.(…) Minibar to swoiste zdrobnienie dla słowa grzech. Grzech w zdrobnieniu nie jest przecież grzechem, tylko symulacją grzechu, i w tym kryje się niezastąpiony terapeutyczny efekt minibaru.

I tu pojawia się problem. Słowa te piszę, oczywiście, w hotelu. Obok biurka znajduje się minibar, a w nim dwie buteleczki Dorato oraz dwie Sutter Home. Hotel ma sporo gwiazdek i centralne położenie w stolicy, ale co z tego? Dorato i Sutter Home.

Czy jest ratunek? Ja w Warszawie wybieram kolegów Marksa i Spencera. Mieszkają zaraz koło Dworca Centralnego, w Złotych Tarasach. Mają dobre ceny i równy, przyzwoity wybór win – bez olśnień, ale i bez ewidentnych mielizn. Butelki reprezentatywne dla swoich apelacji. I, przede wszystkim, sporo miniaturek, które można sobie schłodzić w minibarze, dla podtrzymania konwencji. Szampan. Beaujolais. Riesling.  Jeśli zacznie brakować miejsca w lodóweczce, proponuję wyciągnąć Dorato. Wyciągnąć, otworzyć i wylać do umywalki, mrucząc pod nosem inkantacje do miniaturowych hotelowych bóstw. Może następnym razem się zlitują.