Wątpliwości z winy win

Wiara nie może się obyć bez wątpliwości – nie byłaby wtedy wiarą. Wiara jest pragnieniem, którym ogarnięci kreślimy, niczym dzieci rysujące mapy nieistniejących krain, własne wizje zbawienia i potępienia, czytamy znaki, szukamy objawień, liczymy diabły na czubku szpilki. Przeżywamy naprzemienne chwile iluminacji i chwile zwątpienia, swoistą sinusoidę – w stanie olśnienia niepomni momentów słabości, w zwątpieniu zaś zaprzeczający uprzednim objawieniom.

W różne rzeczy się wierzy, ja na przykład, tutaj bez zaskoczenia, wierzę w wino, moje bardzo wielkie wino. I jak każdy osoba wierząca, miewam momenty załamania. Proszę sobie wyobrazić sympatyczny wieczór z przyjaciółmi, wieczór wodzenia palcem po półce wielce zaprzyjaźnionego lokalu i wybierania butelek bynajmniej nie najtańszych, bo przecież raz się żyje i tak dalej.

Wtedy to się stało. Katolicy nie byliby bardziej od nas zdziwieni, gdyby papież na Anioł Pański zaczął śpiewać z balkonu Don’t cry for me Argentina. Na pierwszy ogień dwie butelki St. Emilion z 2006 – celowo nie podaję szczegółów, bo nie oddałbym inkryminowanym butelkom sprawiedliwości, sam już nie wiem, ile naszej winy, a ile winy win w tym, co nas spotkało. Dwie, bo pierwsza poza lekką korkowatością nie posiadała żadnych innych właściwości. Druga od korkowej skazy była wolna, co niestety oznaczało, że po prostu nie było w niej nic – żadnego nosa, żadnych ust.

Nic to, Baśka. Niechaj żywi nie tracą nadziei. Znów wodzimy palcem po półce. Jest Brunello 2004, piłem je tydzień wcześniej, świetne było. Otwieramy, dekantujemy. Nic. Woda z taninami, alkohol pali. Ostatnia nadzieja w Amarone – które się okazuje przesadnie utlenione… Klęska na całej linii, dzień korzenia, zamiast z jesiennej deprechy w pełni lata wyjść, zagrzebaliśmy się jeszcze głębiej.

– Czyli – myślimy – to nie jest czas na wino. Ono nas nie chce, to my jego też nie. Wzięliśmy i poszliśmy na piwo. Sympatyczna barmanka podała cztery Grolsche. Przyjaciel próbuje i mówi: – Z moim piwem jest coś nie tak. Jasne, śmiejemy się, pewnie korkowe jest –pij, nie wydziwiaj. Ale kolega wyraz twarzy ma niepewny, więc sprawdzamy. W butelce zamiast piwa jest woda.

Okazało się, że ktoś, jakiś barman w potrzebie zapewne, opróżnił był butelkę piwa z ekspozycji, w miejsce piwa nalewając wody. Ktoś inny włożył ją do lodówki. I trafiło na nas, żeby ukoronować nam wieczór. Piwo się zamieniło w wodę. Anty-cud.

I jak, jak tu w taki wieczór pozostać z niezachwianą wiarą w wino i całą resztę? Jak dojść do siebie? Ja próbuję metodą małych kroków – skoro wielcy zawiedli, niech się wykażą mali. Takie na przykład biodynamiczny alzacki Bollenberg Pinot Noir 2008 od Bernarda Haegelina. Wino bezpretensjonalne, rustykalne, o solidnej kwasowości, dobrym owocu i odświeżającej nucie miętowej. Nie żadna epifania,  ale dobra nowina – bez wątpienia.


Duzie wina

Wino i wiersz jak znalazł.

Chińczyki wcale nie trzymają się mocno. Wręcz przeciwnie. Komuniści – teraz już kapitalistyczni – po raz kolejny zostawili nasze drogi w opłakanym stanie, zwijając się z A2 w ramach dziejowej konieczności. W ogóle dziury w drogach jak nie przymierzając dziura Bauca, bo przecież osiemdziesiąt procent narodowego wysiłku idzie w budowę miejsc, gdzie parę tysięcy ludzi będzie mogło sobie przez kilka godzin pooglądać, jak dwudziestu dwóch dziarskich chłopców gania za skórzanym workiem. Potem, jak uczy doświadczenie, miejsca te zmienią się dobrze prosperujące bazary, gdzie dostać będzie można broń i zupę pho.

Tymczasem komisja ma problemy z raportem – ale to w sumie drobiazg, bo w kranach ciepłej wody pod dostatkiem. Trwa seria gospodarskich wizyt. Premier – parafrazując Świetlickiego, którego zebrane poezje się ostatnio ukazały – jedną ręką rządzi Europą, drugą ręką kontroluje ulewy i nawałnice. Pięknie jest w kraju nad Wisłą, tylko mnie jakoś nie do śmiechu.

Dlatego tak cieszy każdy dowód, że Polak potrafi. Na przykład robić świetne wino w konkurencyjnym otoczeniu. Jak Andrzej Greszta, który w Niemczech, nad Mozelą w miejscowości Kröv, wyczarowuje znakomite Rieslingi.

Najpierw Riesling Spätlese 2009 Kröver Steffensberg. W nosie najpierw bardzo delikatne nuty miodowe, potem białe kwiaty, ale wszystko to na nadającym charakter winu tle krzemiennym, mineralnym. Usta bardzo długie, o wyrazistej, cytrusowej kwasowości. Pełne, chłodne, odświeżające i wciągające – tu się zupełnie nie ma do czego przyczepić.

Równie dobry jest o dwa lata starszy rocznik, a więc Riesling Spätlese 2007Kröver Steffensberg. Pełniejsze, z akcentem tropikalnym i intrygującą watą cukrową w nosie, także bardzo mineralne, ale mniej drapieżne. W ustach znów wyborna kwasowość, ale bliżej jej do zielonego jabłka niż cytrusów. Różnice między rocznikami są subtelne, ale zauważalne, a ich wychwytywanie sprawia dużą przyjemność.

Riesling Spätlese 2008 Kröver Steffensberg Feinherb to już niestety inna historia. W teorii bliższe stylowi fruchtig, brakuje mu jednak buduarowego szarmu – anorektyczny niedostatek ciała (tylko 9,5% alkoholu) czyni pustkę zamiast lekkości… Jest ulotnie, ale mało aromatycznie, nieco mydlanie, wręcz na granicy omdlenia. To sytuacja, gdy zawieszenie pomiędzy stylami daje wino bez wyrazu.

W takim momencie niejeden mógłby zwątpić w siłę narodowego ducha. Niejeden, ale nie ja. Oto bowiem Riesling Auslese 2007 Kröver Letterlay atakuje słodko-upojnym, lecz eleganckim przy tym nosem, początkowo miodowym, potem brzoskwiniowym, z egzotycznymi akcentami. Choć usta znów lekkie i bezcielesne (8,5% alkoholu)!, to ładnie zbalansowany cukier i smaki tropikalne sprawiają, że pije się to wino w zasadzie samo – bardziej jak soczek z kartoniku jednak niż poważna butelka.

Ciekawe i niejednoznaczne wina wychodzą spod ręki Andrzeja Greszty – ale polecam zwłaszcza Rieslingi trocken. Kamienny sen, mineralny łyk pociechy tego deszczowego, depresyjnego lata bez lata.


Jeż Schrödingera

Blog ten nazywa się jak się nazywa z kilku powodów. Po pierwsze, jest to – jakby się ktoś jeszcze nie zorientował  – kongenialna wprost gra słów. Niby mówimy o naklejce umieszczanej na umownym tyle butelki wina (umownym, bo butelka jest okrągła, przeto z natury nie może mieć przodu i tyłu innych poza umownymi), a przy okazji kontestujemy etykietę w najszerszym znaczeniu tego słowa, odważnie propagując wina dziwaczne, ekstremalne i pochodzące z niepopularnych, z winiarstwem zwykle nie kojarzonych miejsc. Sprytne, co nie?

Ale jest też inny powód. Kontretykieta to jest bumażka wina, jego papierek lakmusowy i wydruk z wariografu. Etykieta mami, uwodzi, sili się na oryginalność żeby zwrócić na siebie uwagę lub wręcz przeciwnie, reprodukuje klisze, by wino uznane zostało za prawowicie przynależne do określonego kraju, regionu czy apelacji. Kontretykieta tymczasem wyjawia wina wstydliwe tajemnice – nieciekawy rocznik, zbyt wysoki alkohol, bełkotliwie ogólnikowy opis czy też chemiczna tabela z zawartością suchego ekstraktu doprecyzowaną do trzeciego miejsca po przecinku – to mówi o butelce o wiele, wiele więcej, niż zameczek na etykiecie. Zameczek, albo, za przeproszeniem, zwierzątko.

Tak, zwierzątko. Przyszedł bowiem wreszcie czas, by się ze światem podzielić cokolwiek szarlatańską Wielką Teorią Janickiego, której zręby prezentowałem dotychczas tylko wąskim degustacyjnym gronom. Twierdzenie moje brzmi: „Wino ze zwierzątkiem na etykiecie nie będzie dobre”.

Zamknijcie na chwilę oczy i wizualizujcie sobie przeciętną półkę w przeciętnym markecie: oto dumnie pręży ogon lider rodzimego rynku, kot z Gato Negro. Obok beczy od nadmiaru beczki owieczka z Oveja Nera. Pod sztucznym słońcem sklepowej lampki wygrzewa się żółw z  Jindalee Shiraz. Wyliniały cokolwiek leopard z Leopard’s Leap nikomu nie podskoczy.  Fioletowy słoń z Balance Pinotage tyle wie o równowadze, co jego kolega ze składu porcelany. Na najniższej półce byczy się szpetny, z winy kiepskich grafików, byk z najtańszych Egri Bikaverów

Nijakie masowe wino desperacko potrzebuje zwierzaka, który by nadał charakteru jego bylejakości i wdzięczył się bezwstydnie do konsumenta.  Rzecz ma się tu jak na rynku, dajmy na to, soków dla dzieci. Skoro w środku jest za każdym razem ten sam przemysłowy produkt, to rysunkową gębą mu służy jakiś Kubuś, Pysio czy Smokuś.

Moja teoria nie rości sobie jednak praw do bezwzględnej słuszności – w mojej lodówce leży bowiem od jakiegoś czasu La Spinosa Prunaiolo 1999, z gustownym jeżem na etykiecie. Jak każda bardziej wiekowa butelka, to swoisty (ach, te zwierzaki!) kot Schrödingera. Dopóki jej nie odkorkuję, mogę tylko zgadywać jak się trzyma, jest żywa i martwa jednocześnie. Ot, taka superpozycja supertoskana.

Wiele wskazuje jednak na to, że pewnego dnia ten niepozorny jeż uratuje honor swych ostentacyjnie  chałturzących pobratymców. Niech go tylko wypuszczę na wolność.

 

PS. Dla pełnej jasności – powyższe nawiązanie do znanego paradoksu mechaniki kwantowej ma znikomą wartość poznawczą i w pełni zasługuje by trafić do kolejnego wydania Modnych bzdur Alana Sokala.

PPS. A tutaj link do znalezionego podczas pisania notki streszczenia eksperymentu, który badał, dlaczego ludziom podobają się etykiety win z wizerunkami zwierząt – bardziej nawet niż te, na których pojawiają się produktowe elementy, takie jak np. kiście winogron. Jak się okazuje, odpowiedź jest godna inżyniera Mamonia. Zainteresowani szczegółami niech klikają.


Mamusia i Tatuś

– Kogo bardziej kochasz, Mamusię czy Tatusia?

Wszyscy z nas mieli w dzieciństwie do czynienia z tym klasycznie idiotycznym pytaniem, zadawanym przez ciotki i wujków z udawaną przymilnością. Oczywiście szybko się zorientowaliśmy, że to najczystszej wody prowokacja, że każda ciocia i każdy wujek chcieli koniecznie coś usłyszeć, każde z nich coś innego, a tymczasem na tak postawione pytanie nie ma, bo nie może być, dobrej odpowiedzi.

Nierozwiązywalny ów dylemat wrócił do mnie z całą siłą pod wpływem jednego z pozornie nieoczekiwanych zbiegów okoliczności. Najpierw Star zaproponował, by w ramach kolejnego Winnego Wtorku degustować wina ze szczepu Gamay – jak tu wielokrotnie już pisałem, jednego z moich ulubionych i zarazem najbardziej niedocenianych przez ogół. Kojarzony zwykle z sikaczowatym Beaujolais Nouveau, potrafi dać wina dorównujące głębią i lekkością znakomitym burgundom, dostępne za ułamek ich ceny – o ile się wie, gdzie i czego szukać.

Natchniony wizją propagowania Gamay jak kraj długi i szeroki, zaopatrzyłem się w Wina.pl z jedną z moich absolutnie ulubionych etykiet, a mianowicie Morgon Coté du Py 2008 od Jeana Foillarda – wino pochodzące z najlepszego siedliska najlepszej apelacji z Beaujolais, wyprodukowane zgodnie z zasadami biodynamiki, bez udziału siarki i selekcjonowanych drożdży.

Butelka relaksowała się w chłodzie, za którym przez ostatnie parę tygodni mogliśmy tylko tęsknić – a mnie tymczasem winne prądy zaniosły do Warszawy,  gdzie w Enotece Polskiej w doborowym towarzystwie piliśmy Morgon 2010 od Marcela Lapierre’a (a w zasadzie od jego syna), kolejne flagowe wino tej apelacji, także biodynamiczne – o którego starszym o dwa lata roczniku pisałem tutaj, nawiązując także wtedy do Foillarda. I cóż, mógłbym przekleić słowo w słowo tamtą notkę, byłbym w stu procentach rozgrzeszony – ale licencia graphomanica zobowiązuje…

Mamusia. Morgon Lapierre’a to moje biodynamiczne szlify, upojna niewinność  i kołysząca do snu lekkość. Taki jest też rocznik 2010 – typowemu dla win naturalnych plastelinowo-grejpfrutowemu nosowi, bardzo czystemu, towarzyszy uwalniająca od trosk hojność czekoladowo krągłych ust. To jest wino proste w najlepszym znaczeniu tego słowa, jak proste są najintensywniejsze wspomnienia i najbardziej błyskotliwe paradoksy. Lapierre tuli, pociesza, głaszcze po głowie.

Tatuś. Morgon Foillarda to – przy całym podobieństwie do Lapierre’a, wyczuwalnym zwłaszcza  na najbardziej oczywistym poziomie aromatów spontanicznej fermentacji – rzecz o wiele poważniejsza, bardziej surowa, jednocześnie koścista z pozoru i rozrzutna z głębi charakteru. Garść tu lasu, garść chłopskiej zadziorności, ledwie przylizanej czereśniową brylantyną. Foillard pociąga, imponuje, śni się.

Mamusia jest i nigdy nie zawiedzie. Na Tatusia się czeka, Tatuś jest bohaterem. Jak tu w ogóle można wybierać?

 

A oto rezultaty spotkania z Gamay innych uczestników Winnych Wtorków:

Viniculture.pl

Winniczek.eu

Środkowa półka

Sstarwines

Jongleur

Bordowe.pl


Zielono mi!

Upał. Kanikuła. Niechciejstwo i tumiwisizm. Analizowanie w takich warunkach jakichś rokokowo rozbuchanych bukietów czy  ażurowo zbudowanych ust  wydaje się równie pociągające, co czytanie w charakterze lektury plażowej Historii średniowiecznej filozofii żydowskiej – wiem co mówię, bo zdarzyło mi się to kiedyś w przypływie młodzieńczego idealizmu.

Takie warunki domagają się win nieskomplikowanych, jak nieskomplikowane są nasze letnie zajęcia, lektury, refleksje i posiłki. Kto co nieco wina liznął, wie, że absolutnie niezawodne jest w takim przypadku portugalskie Vinho Verde. Określenie to oznacza dosłownie „wino zielone”, co bywa mylące, może mianowicie sugerować, że mamy tu do czynienia z osobnym rodzajem wina – tak, jak obok białego i czerwonego istnieje wino żółte z Jury czy też wino pomarańczowe, np. z Friuli.

Tymczasem Vinho Verde to po prostu nazwa apelacji, położonej na północy Portugalii. Powstają tu z lokalnych odmian przede wszystkim wina białe, które pić trzeba za młodu – a więc kiedy są jeszcze zielone. Co więcej, są też czerwone wina zielone, a właściwie zielone wina czerwone, które też pija się, gdy są jeszcze zielone… To wszystko może wydawać się ciut skomplikowane, ale słowo skauta, Vinho Verde to jedna z najbardziej przystępnych, także cenowo, apelacji w Europie i świetny adres dla tych, którzy przygodę z winem dopiero zaczynają.

Ostatnio o Vinho Verde mówi się sporo. Atlantika, czołowy importer win portugalskich w Polsce, zorganizował w Krakowie dość przekrojową degustację – nie dotarłem na nią, zajęty innymi winiarskimi obowiązkami. By nadrobić, sięgnąłem po pokłosie degustacji, czyli Vinho Verde dostępne we współorganizującym imprezę krakowskim sklepie Winnica.

Na pierwszy ogień poszło Muros Antigos Vinho Verde 2010 od uznanego producenta, Anselmo Mendesa. I co tu będę się bawił w werbalne podchody – podstawowa butelka Vinho Verde, za 43 złote, okazała się genialna w swej prostocie. Pełne, żywe, owocowe, świeże wino, które i pite sauté, nawet w najdziwniejszych warunkach (dajmy na to w autokarze, w drodze na ślub przyjaciela) nie zaszkodzi, i w poważniejszych sytuacjach, przy jedzeniu choćby,  karku nie ugnie. Jeśli dodamy do tego fakt, że niezastąpiony Wojtek Bońkowski – także nie kryjący swej admiracji dla Vinho Verde w ogólności i Mendesa konkretnie – odnalazł Muros Antigos w Leclercu za jedyne 29 zł, to mamy tu do czynienia ze zjawiskiem zakrawającym na cud.

Zachęcony, sięgnąłem po kolejne etykiety Mendesa z tej samej serii. Muros Antigos Loureiro 2010, 100% interpretacja jednego z najpopularniejszych szczepów regionu, to pełne, szczodre wino w bardzo eleganckim stylu, o soczystej owocowości i nutach kwiatowych, które nadają mu specyficznej lekkości i miękkości.  Muros Antigos Alvarinho 2010 to zupełnie inny żywioł – w nosie obok brzoskwiń i skórki pomarańczowej wyraźne nuty ziołowe i kamieniste, usta długie, wyraźnie mineralne, z doskonałą cytrusową kwasowością i chmielową goryczką… To jest wino poważne, ale bardzo otwarte,  przy całej swej głębi nad wyraz przystępne.

Ja więc sobie naleję jeszcze jeden kieliszek… O tak, może ciut więcej… I poczytam Grę o tron Martina. Albo jakiś kryminał. Bordeaux i Burgundia nigdzie nam nie uciekną, a i średniowieczni filozofowie zaczekają cierpliwie.


Raj odzyskany

Najpierw jest raj na ziemi. Pogodni tubylcy żyją zgodnie z odwiecznym, niezmąconym mondializacyjnymi fanaberiami rytmem, realizując w praktyce mit szczęśliwego dzikusa. Czasem sobie zamienią patrylinearny model rodziny na matrylinearny (lub odwrotnie), żeby zażartować z antropologów, ale tak ogólnie to po prostu sielanka i życie seksualne dzikich.

Następnie raj zostaje odkryty. Najpierw przez śmiałków, pojedynczych podróżników, którzy zachwycą się jego autentyzmem – i swoim odkryciem podzielą z innym. W tym momencie nieuchronnie zaczyna działać znany z fizyki efekt obserwatora. Doceniając naturalność miejsc i ludzi, pragnąc jej doświadczyć, siłą rzeczy wkraczamy w rzeczywistość autochtonów. Chcemy podziwiać ich styl życia, ale oni, przez obserwację, uczą się naszego. Fascynuje nas wizja życia bliskiego natury, te wszystkie paleniska, klepiska i plemienne tańce – bo jest to doświadczenie skrajnie inne od naszej codzienności. Tymczasem tubylcy, raz poznawszy inne życie, z największą ochotą raz na zawsze by się swoich klepisk wyzbyli, bo to dla nich taka sama nuda, jak dla nas blokowiska – dlatego chętnie reprodukują  nowe formy codziennej egzystencji i adaptują podpatrzone rozwiązania. A my, choć wiemy przecież, że wszyscy mają prawo korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, z niechęcią przyjmujemy takie dysonanse, anteny satelitarne na dachach afrykańskich domostw. Pielęgnujemy w sobie bowiem, podsycane przez popkulturowe klisze, wzorce egzotyczności i niemożliwą we współczesnym świecie do zaspokojenia tęsknotę za autentycznością.

Tubylcy nie mają więc wyjścia – jeśli chcą zostać w centrum zainteresowania, a to im się wymiernie opłaca, muszą pójść na kompromis. Na co dzień noszą t-shirty, ale dla przybyszy przebiorą się w pióropusze. To może przez jakiś czas działać, ale potężna machina turystyki – już chyba każdy wie, że to o jej niszczycielskiej sile piszę – szybko znajdzie sobie kolejny raj na ziemi do zdeprawowania. Wtedy miejscowym nie wystarczą pióropusze, wtedy trzeba kombinować. Arkadia ginie pod zwałami betonu, gigantyczne hotele kuszą niskimi cenami, lepszy sort turystów jest już gdzie indziej…

Dużo ostatnio czytałem o antropologicznych i ekonomicznych aspektach współczesnej turystyki. O tym, jak staliśmy się wszyscy uczestnikami gry pozorów, jak z wywieszonymi językami gonimy za niemożliwym. Jedni zadowalają się masowymi wycieczkami do najpopularniejszych miejsc – albo im nie przeszkadza, albo nie ma dla nich znaczenia (bądź w ogóle nie rozumieją), że to przemysł, który daje betonową namiastkę egzotycznego przeżycia. Wypraną z emocji. Karykaturalnie sfalsyfikowaną.

Są także ci, którzy masówką gardzą. Oni autentyczności pragną ponad wszystko, ale ich pragnienie jest przecież popytem, więc natychmiast pojawia się podaż. Ruch backpackersów był kiedyś prawdziwy i oddolny, teraz jest parodią samego siebie – opisanie w niszowym niegdyś przewodniku Lonely Planet to dzisiaj gwarancja komercyjnego sukcesu, ale wizyta w takim miejscu niewiele będzie miała wspólnego z doświadczaniem lokalnego kolorytu.

Ekstremiści wreszcie. To ci, którzy ze wszystkiego, co napisałem powyżej, zdają sobie sprawę. Że wszelka egzotyka jest ułudą, że poza utartym szlakiem czeka jedynie kolejny utarty szlak. W tej sytuacji pozostaje cyniczne dobieranie sobie przeżyć według własnego widzimisię, odrzucanie samej skompromitowanej idei zachwytu – na rzecz zaskoczenia, które wciąż przecież jest możliwe.

Zjawiska te, dotyczące turystyki, rozciągnąć można z łatwością na wino. Jedni piją Carlo Rossi czy kiepskie Chile, bo albo jeszcze nie wiedzą, albo nie ma dla nich znaczenia, że to kiepski ersatz prawdziwego wina. Inni szukają objawienia w butelkach autorskich, naturalnych, organicznych – popyt na nie spowodował, że teraz już prawie wszyscy winiarze przywdziali naturalne maseczki eko-wojowników i trzeba dobrze pazurkami podrapać, żeby pod warstwą zielonego make-upu odkryć coś prawdziwego.

Miłośnicy doznań – i win – ekstremalnych szukają znowuż zaskoczenia bardziej niż zachwytu. Shiraz z Indii, Chardonnay z Chin, wina robione przez stukniętego Holendra na zboczach Etny, wina z Japonii, wina z Polski… Dużo muld, ale też mnóstwo satysfakcji. I odkryć.

Weźmy na przykład dwie butelki z Ukrainy, z odeskiej oblasti. Guliew się nazywa ich producent i, sądząc po wyraźnie zaznaczonej obecności w kartach win odeskich ristoranów oraz na półkach samów, jest wiodącym winiarzem regionu. Ukraina to wyjątkowo obojętny na wino kraj, tu prym wciąż wiedzie pita w ruskim stylu przy dowolnych okazjach wódka, pospołu z piwem oraz świetnymi, trzymającymi światowy poziom drinkami – można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że mojito stało się narodowym napojem Ukraińców.

Tak więc do ukraińskiego wina – zwłaszcza spokojnego i wytrawnego, bo krymskie tradycje szampanskoje to osobny temat – nie sposób podchodzić z przesadnym zaufaniem. Tymczasem taki na przykład Guliew Traminer Select 2010 (podług strony internetowej – poczujcie tę dezynwolturę – alkohol 10-13%) zaskakuje bardzo pozytywnie. Intensywny nos z ziołowymi, typowymi dla szczepu motywami, do tego intensywna różana perfuma, pod spodem zaś coś zielono-mineralnego, czy wręcz redukcyjnego. Dzieje się, słowem. Usta początkowo perfumowe jak pączek z różą, o bardzo dobrej długości. Balans cukru, kwasowości i alkoholu nie jest idealny, ale wszystkie te elementy składają się na bogate, bizantyjskie wręcz doznania, wśród których i owoc jest, i deserowy smaczek, i wrażenie pełni.

Guliew Merlot Select 2009 (znów 10-13% alkoholu, a i rekomendowana temperatura podawania równie zabawna, bo od 10 do 16 stopni) – to brzmi jak bardzo zły pomysł. Merlot z Ukrainy? Tymczasem jest to wino bardzo czyste, choć proste i ulotne – usta krótkie jak okres NEP, nos prosty jak mental poputczyka, ale za to świeżość, lekkość i owoc kompletnie bezobciachowe. Owocowość jest tu szczera, truskawkowo-malinowa, lecz nie brak kwasowego nerwu. Pije się to wino bez może przesadnej fascynacji, ale i bez męczarni.

I kto by się spodziewał – przyzwoite wina z nieprzyzwoitej pod każdym względem Odessy. Tu, na brzegu Czarnomorza,  gdzie kwitnie życie seksualne dzikich i cywilizowanych, powstają wina cywilizowane i dzikie zarazem. Nie zachwycające, lecz zaskakujące.


Docenci i blogerzy

Notka niniejsza równie dobrze dotyczyć by mogła bardzo ciekawego Veltlinskiego Zelenego od Radomila Balouna, o którym zresztą kiedyś już pisałem – żeby pokazać, że Veltliner niejedną ma twarz, a jego morawskie interpretacje mogą być bardzo, bardzo ciekawe.

Rzecz jednak w tym, że Kraków to jest grajdół, każdy się tu zna z każdym, wciąż się mijamy na wąskich uliczkach, uchylając kapelusza i mamrocząc pod nosem „Uszanowanie, pani profesorowo!” albo „Dobrego dnia, docencie!” W tym kontekście wydaje się zupełnie oczywiste, że wystarczy korkiem rzucić na oślep, by trafić w innego winnego blogera. To mi się dzisiaj właśnie przydarzyło, gdy wszedłem dziś do Winomana, żeby kupić butelkę na kolejny Winny Wtorek i oznajmiłem, że po Veltlinera przychodzę, bo jest zapotrzebowanie w Narodzie – z miejsca usłyszałem, że przed chwilą była Borysa z Książki i wina i wyszła właśnie z balounowym Veltlinskim pod pachą…

Sięgnąłem więc do źródeł, to jest do Austrii. Zöhrer Grüner Veltliner Kremstal 2008 zdobi iście przerażająca etykieta, o wstrząsającym designie z dominującymi złotymi wstawkami – ta maniera bling bling zasługuje na kontrę. Na szczęście to w zasadzie jedyna wada tego wina. W nosie odnajdziemy dość zaskakujące nuty miodu i białych kwiatów, do tego mandarynki i jabłka, a ta delikatna struktura aromatyczna  zbudowana jest na mineralnych, krzemiennych fundamentach. Długość średnia, ale ciało jest po rubensowsku pełne i  krągłe, o dobrej, grejpfrutowej kwasowości. Prostolinijne, szczodre wino, w sam raz dla pani profesorowej, dla docenta i dla depczących sobie po piętach krakowskich blogerów.

A oto pozostali Winni Wtorkowicze i ich Grünery:

Nasze wina

Białe nad czerwonym

Viniculture.pl

Winniczek

Sstarwines (1)

Sstarwines (2)

Jongleur

Środkowa półka

Uncle Matt in travel

Winne przygody