Traktat o pluciu

Po co jest wino? Żeby je pić. Albo nie pić. Żeby nad nim rozmawiać i rozmawiać o nim. Żeby się nim ekscytować i na nie snobować. Żeby swą nieogarnioną różnorodnością wyznaczało nam nieosiągalne cele, kusiło obietnicą spełnienia i zarazem wciąż umykało w swojej najgłębszej istocie. Mówiąc krótko, wino jest po wszystko – tylko nie po to, by je w ustach wymiędlić i wypluć.

Jak więc się dziać może, że z roku na rok, z miesiąca na miesiąc przybywa tych, którzy kochając wino nie pragną poczuć go w głębi, ale zatrzymują się na najpierwszym, najpowierzchowniejszym  kontakcie? Na to pytanie odpowiedzi udzielić można na dwóch poziomach. Praktycznym: ci, którzy wypluwają wino, robią to z konieczności, bo degustując dziesiątki próbek dziennie, od godzin porannych począwszy, nie da się postępować inaczej. I filozoficznym – jak robi to Barbara Holland w swojej cudownej książce Radość picia: wino wypluwane przestaje być groźne, nie zagraża dominującemu dyskursowi, kładącemu nacisk na zdrowy tryb życia i ciągłe, związane z nim wyrzeczenia;  skarlałe do roli hobby, poddawane analizie traci niebezpieczny wymiar upajania. Patrzcie, woła wyplute wino z dna kubełka, nie jestem po to, by przynieść ci podejrzaną podnietę z widmem nałogu w tle, ja niosę tylko całkowicie niegroźną, kolekcjonerską wiedzę o samym sobie!

Choć bliska jest mi gorzka konstatacja pani Holland, nie zapominam przecież o kronice Marka Bieńczyka, który  – o ile przytaczam ją w miarę prawidłowo – na swoją pierwszą wielką degustację do bodajże Bordeaux jechał z przekonaniem, że plwanie winem jest dla frajerów. I po pierwszym dniu, a właściwie pierwszej nocy, zmienił zdanie. Mnie także przyszło nauczyć się winem pluć, a wierzcie mi, nie jest łatwe i nawet najwprawniejszym trafi czasem do oka niczym wyrzut sumienia samotna kropla wzgardzonego trunku.  Bo jednak wygrywa w człowieku czasem Faustowskie dążenie do (nowej) wiedzy kosztem (znanych) rozkoszy. Za każdym winem kryje się następne, za nim kolejne, kolejne, kolejne, i tak do – cytując poetę – usranej śmierci. I chcemy poznać wszystkie.

Raz się więc plwa, a raz nie plwa. Ostatnio wina było zatrzęsienie, więc sporo skapnęło i w gardziel, i w różnorakiego autoramentu kubełki. Plułem niektórymi winami macedońskimi podczas degustacji w Krakowie (acz losu tego uniknął Vranec Imperator 2010 z Bovinu, który wbrew tromtadrackiej nazwie jest świeży i intensywnie owocowy) – przyzwoity poziom techniczny tych win to dużo, ale chce się czegoś więcej, dotknięcia terroir. Plułem zajadle niektórymi winami podczas Dni Węgrzyna i CK Wino – bratankowie spod znaku turula, niech będzie, wybaczam wam zmianę konstytucji, ale nie mogę wybaczyć tych piętnastu i pół procent alkoholu w czołowych winach z Villanyi i Egeru, a w wielu przypadkach także bezwzględnej tarki z dębiny na języku. Plułem wreszcie winami tokajskimi od Karadi-Berger, o których się sporo mówi ostatnio – to już kolejne moje do nich podejście i pozostaję jednak nieprzekonany. Z wyjątkiem Szamorodnego zbyt są ujednolicone stylistycznie, szukając nowoczesnej mineralności zatraciły tokajską odrębność i stoją sobie teraz w rozkroku.

Kronika  niedawnego nieplucia też jest imponująca. Wspomnijmy biodynamiczne wina langwedockie z Pic Saint Loup od Beauthorey, Terre Ferme 2010 i Danse des Ceps 2005 – oba zarazem intensywnie nieobliczalne w nosie i proste, pijalne w ustach. Oddajmy należne honory niesamowicie żywemu, owocowemu i aromatycznemu naturalnemu Cuvée Raoul 2006 z południoworodańskiej posiadłości Géralda i Jocelyne Oustric,  Domaine Le Mazel  (w wieku pięciu lat bez najmniejszego śladu siarki i bez śladu zmęczenia). A wspaniałe Barbaresco Pajore 1999 od Sottimano, godne, balsamiczno-pyłowe w aromatach, z duszonymi pomidorami i przypalonym masłem, a zarazem młodziutkie, giętkie niczym rumuńska gimnastyczka w ustach?  Albo Château Saint Georges Côte Pavie St Emillion Grand cru classé 2004, pachnące pieczenią wołową i suszonymi owocami tropikalnymi, o niesłychanie eleganckich ustach i intensywną mentolową końcówką?…

Pluć albo nie pluć, oto jest pytanie. Jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą ślorpać, międlić i plwać, czy też połykać i znosić pociski zawistnych spojrzeń tych, którzy też by chcieli, ale wszak im nie wypada? Niech sobie każdy odpowie sam.


Wino z Moraw i Święty Graal

Jak pamiętają zapewne miłośnicy grupy Monty Python, w legendarnym Żywocie Bryana zajadle rywalizowały ze sobą Front Wyzwolenia Judei  oraz Judejski Front Ludowy. Wiele lat później znajomy opowiadał mi o poważnym konflikcie  pomiędzy redakcjami dwóch czasopism o bardzo podobnej proweniencji: ci z Uzdrowiciela z wzajemnością nienawidzili tych z Uzdrawiacza.

Te błahe, lecz nieodmiennie wywołujące u mnie uśmieszek wspomnienia powróciły, gdy dowiedziałem się, że na rynku importerów wina działają dwie firmy o łudząco podobnych nazwach: Wino z Moraw oraz, uwaga, Wina z Moraw. W tym wypadku jednak nie ma mowy o wzajemnej niechęci (nic mi przynajmniej nie jest na ten temat wiadomo) czy podszywaniu się – ot, zabawy zbieg okoliczności.

Dla jasności więc: Wina z Moraw to jest firma Petra Vykopala, wiecznie uśmiechniętego entuzjasty, który się pięknie i wdzięcznie posługuje polszczyzną, potrafi o Morawach opowiadać godzinami a Mikulov uważa za najpiękniejsze miasto na świecie. To on sprowadza do Polski wina od inżyniera Josefa Abrle, o których pisałem tutaj.

Wino z Moraw to zaś prężnie się rozwijająca firma importerska pana Zbigniewa Gluzy, Polaka mieszkającego na Zaolziu, którego nie miałem jeszcze okazji poznać osobiście. Ma ona w portfolio kilku coraz bardziej znanych producentów, takich jak Vinařství Kovacs, Stapleton-Springer czy Lahofer. Pan Zbigniew odnalazł mnie skomplikowanymi kanałami (bo baran jestem i nigdzie żadnego adresu mailowego do mnie tu na Kontretykiecie do niedawna nie było) by zaproponować do degustacji dwa wina ze swego szerokiego katalogu.

Sauvignon 2009 z Vino Hort miało bardzo bajerancką, nowoczesną butelkę – i takim też winem się okazało. Niewiele tu nut odmianowych, niewiele też tak częstych w morawskiej bieli klimatów ziołowych. Zamiast tego w nosie aromaty skórki chlebowej i krzemienia, lekko tłuste i kremowe, podbite cytrusami – nie ma tu subtelności i niuansów, ale jest bardzo przyjemnie. Usta są długie, ładnie zbudowane, z cytrusowym kwasem i dozą cukru. Meldują się owoce lekko landrynkowe, ananas, brzoskwinia, kompotowy agrest. Wino w nowoczesnym, krągłym stylu, nieco morawskiego charakteru okazuje jedynie w pikantnym, ziołowym finiszu.

Pinot Noir Modre Hory 2009 od Stapletona-Springera to pozycja, o której było już trochę głośno – rocznik 2008 znalazł się wśród medalistów zeszłorocznego Grand Prix Magazynu Wino. Moje kolejne zetknięcie z nim potwierdziło słuszność tej decyzji. Głęboka, przejrzysta czerwień w kieliszku. Odmianowy nos, najpierw podwórkowy (kiszonka),  potem bardziej kwiatowy i mięsny, wreszcie owocowy. Usta lekkie, może nawet zbyt, ale soczyste, z doskonałym czereśniowo-malinowym owocem i wielką pijalnością – świetna kwasowość, nieściągające taniny i ładnie wydobyta pikanteria terroir… Dobre, środkowoeuropejskie czerwone wino, doskonale łączące charakter szczepu z miejscem powstania, niewielki tylko minus za niedostatki ciała.

Kończąc tak jak zacząłem, czyli Monty Pythonem: o ile Sauvignon 2009 to jest trochę Wino z Moraw w Hollywood Bowl, o tyle Pinot Noir to już prawie Wino z Moraw i Święty Graal.


Kontr-Etyek-ieta

Drzwi sklepiku na dworcu Keleti oferują podróżnym praktyczne ułatwienia

Gdyby na budapesztańskim dworcu kolejowym Keleti zorganizować casting, w dwie godziny można by bez trudu zapełnić obsadę ekranizacji dzieł zebranych Andrzeja Stasiuka. Ten przepiękny architektonicznie obiekt ma bowiem niezwykle intensywny knajacki klimat, który sprawia, że o naszych polskich dworcach zaczyna myśleć się wręcz z rozrzewnieniem, jako o kolejowej ziemi obiecanej. Tutaj właśnie, na Keleti przywiózł nas nocny pociąg z Krakowa, i patrząc dokoła łacno było wziąć sobie do serca modną w opiniotwórczych kręgach wizję Węgier jako nieledwie upadającego kraju, po którym szaleją hordy faszystowskich bojówkarzy, a premier Viktor Orban każdy dzień zaczyna od refleksji na jaką zasadę życia społecznego powinien się dzisiaj zasadzić.

Cóż, można nie kochać Fideszu i jego prymitywnego konserwatyzmu z odchyłem nacjonalistycznym – ale im dalej od Keleti, a bliżej celu naszej wyprawy, urokliwego miasteczka  Etyek, tym wokół było piękniej, a z powietrza parowały dworcowe miazmaty i wypełniał je świergot ptasząt.  Etyek jest stolicą malutkiego regionu winiarskiego Etyek-Budai, najbliższego stolicy. Co roku odbywa się tutaj bardzo popularny Festiwal Wina – na majowy weekend otwierają swoje podwoje lokalne piwniczki, a w każdej z nich obok miejscowych winiarzy stają zaproszeni goście z całych Węgier.

W tym roku majowe słońce grzało na potęgę, co sprzyjało winom lokalnych, etyeckim – powstają tu bowiem niemal wyłącznie lekkie białe wina, z lokalnych szczepów takich jak Cserszegi Fűszeres czy Irsai Oliver oraz międzynarodowych, m.in. Olaszrizling, Sauvignon Blanc oraz Chardonnay. W swojej masie są to wina odświeżające, codzienne, proste, nie warte ani wielkich pieniędzy ani wielkich deliberacji – na szczęście ani jednych, ani drugich nikt tu nie wymaga. Bukiety mają mocno kwiatowe, choć zdarzają się często nieczystości – nuty redukcyjne i piwniczne, usta o delikatnej zwykle budowie, łatwe do picia i mało finezyjne. Średni poziom tych win jest przyzwoity,  bez obaw sięgać można m.in. po butelki z winiarni Kattra, Orosz Gyula Csaladi czy Nyakas. Raz tylko trafiliśmy na wina praktycznie niepijalne – musujące z Kertesz Pince, bardzo, bardzo stęchłe.  Były też elementy folkloru, piwnice, gdzie muzyce granej na keyboardzie towarzyszyły wina o etykietach ozdobionych zdjęciem domu dumnych właścicieli i takim właśnie, domowym smaku – ale tu trudno mówić o jakichkolwiek ocenach, bo to są biesiadne sikacze lub właśnie efekt hobbystycznej, ubocznej działalności. Takie wina też swoje miejsca na festiwalu w Etyeku mają – i bardzo dobrze, bo z jakiegoś piachu trzeba przecież złoto wypłukiwać…

Wino naprawdę domowe

Prawdziwym odkryciem jest dla mnie Anonym Pince. Áron Szövényi robi wina bardzo eleganckie i czyste, nawet w trudnym roku 2010 – w swoim Szinkopa  w 2010 roku zastąpił Chardonnay winifikowanym na biało Pinot Noir, uzyskując zaskakująco odświeżające aromaty gruszkowe i świetną kwasowość. Frazir 2010 to znowuż 100% Sauvignon Blanc, o odmianowej charakterystyce, bez zieloności. Wina swoimi nazwami nawiązują do terminów muzycznych, więc można śmiało podjąć tę zabawę i napisać, że Áron unika  fałszywych tonów, uderzając w najwłaściwszą dla etyeckich win strunę.

Oddalona od centrum Etyeku piwniczka Anonym - i odkrycie wyjazdu

O jeszcze jednej osobie muszę wspomnieć, choć nie jest winiarzem. László Árpás to sonkamester – mistrz wędliniarski. W swojej malowniczo położonej na wzgórzu piwnicy serwuje surowe suszone szynki, pyszny boczek i kiełbasy własnej produkcji. Wspaniałe, autentyczne, znakomite wyroby, w których smaku czuć ciężką pracę i prawdziwą pasję. Obok win z Anonym Pince to dla mnie najjaśniejszy punkt etyeckiego festiwalu.

Warsztat sonkamestera - znakomite wędliny prosto z szafy

Wśród znakomicie, kulturalnie bawiących się ludzi, potrafiących docenić dobre wino i jedzenie, pośród urokliwych piwnic i winnic, sympatycznych winiarzy, traktowani z zainteresowaniem i życzliwością, patrzyliśmy w dobrą, jasną, uśmiechniętą twarz Węgier. Dworzec Keleti został daleko w tyle, a my nabieraliśmy apetytu na więcej…

CDN


Daleko od Babel

Jak wiadomo, ludzie po to budowali wieżę Babel, by się zrównać z Bogiem, na co ten się niezmiernie na nich wkurzył i na poczekaniu powymyślał im różne języki, żeby się nie mogli ze sobą dogadać w kwestiach konstrukcyjnych. Postąpił bardzo słusznie, bo gdybyśmy dzisiaj nie mieli języków Mickiewicza, Szekspira, Goethego, Moliera, Puszkina, Dantego, Cervantesa et consortes, to w zasadzie mielibyśmy bardzo niewiele.

Refleksyjka ta ma także pewne winne konotacje. Oto bowiem ujednolicanie stylistyki win z różnych zakątków świata, by przemówiły uniwersalnym językiem, jakimś esperanto przewidywalności czy volapukiem dębiny, do modernistycznie nastawionej na łatwą przyjemność ludożerki  – będące przedmiotem nieustannej krytyki, ale wciąż wyraźnie obecne w mainstreamowym winnym dyskursie – to wszak nic innego, jak budowa winnej wieży Babel.  Budowa, której wizja jest nie mniej przerażająca od tej biblijnej.

Dlatego z tak wielką radością przyjmuję winne pomieszanie języków, na każdym poziomie, na jakim może się przydarzyć. Te wszystkie niewymawialne pozornie nazwy lokalnych szczepów, nazwiska producentów, miana winnic i pojedynczych parcel. Te tak trudne, choć tak wdzięczne rozmowy z winiarzami, asekurowane międzynarodowym językiem najprostszych gestów. Te degustacje w gronie międzynarodowym, kiedy się człowiek do rodaka zwraca po obcemu, a do innostrańca po naszemu. To wreszcie plątanie języków, które się bierze z poplątania i nadmiaru win niewypluwanych, bo szkoda, bo rzadkie, niebanalne.

Ostatnio pięknie się nam plątało, kiedyśmy z Josephem zastawili  stół trzema winami jak najdalszymi od koszmarnej perspektywy winnego Babel. Pierwsze było wino pomarańczowe – termin ten, dopiero się w Polsce przyjmujący, oznacza wino winifikowane z białych winogron ale przy dłuższym czasie maceracji – od kilku dni do nawet kilku miesięcy – dzięki czemu nabierają one pomarańczowo-złotych tonów i niezwykłego, nieporównywalnego z niczym wyrazu.

Ribolla Gialla 2005 to dzieło Franco Terpina z regionu Friuli-Venezia, który jest najważniejszym w świecie miejscem wytwarzania win pomarańczowych. Oko zachwyciła głęboka, złocisto-pomarańczowo-miodową barwa. Pierwszy nos był dymny, z pewnymi nutami redukcyjnymi, krzemiennymi, chlebową skórką i kwiatowym tłem. Joseph wyrzekał nieco na beczkę, ale ten typ tak ma, i bardziej jest w orange wines opity, dla mnie się beczka gładko wtapiała w ogólne wrażeń bogactwo – zwłaszcza, że usta to mocna materia cudowna, długa mineralność, z odrobiną miodowej słodyczy, ziołowej goryczki i nut cytrusowych… Żeby było ciekawiej, gdy po dwóch godzinach wróciliśmy do tego wina, w nosie dominujące stały się nuty smalcu i terriny, usta zaś były bardziej krągłe, śmietankowo-warzywne.

Drugim winem wieczoru był Pinot Noir Ferenchegy 2008, wino od egerskiego producenta St Andrea z pojedynczej parceli, o którym pisałem już tu. Nie chcę się powtarzać, więc tylko pochwalę dobrze wtopione drewno (zgadnijcie, kto na beczkę jednak wyrzekał?), złożoność aromatów i żywą kwasowość.

Na koniec – Murmures 2005, kolejna niezwykła butelka z piwnicy pana de Givenchy. Dziwactwo nad dziwactwami, 100% Chenin znad Loary, od Domaine des Sablonnettes, robione w stylu jurajskim, na utlenieniu. Rezultatem jest nos w stylu wytrawnej sherry, pełen przejrzałych jabłek, orzechów włoskich, migdałów, słodkich owoców – a obok nich mocnych nut gotowanych białych warzyw: pietruszki i selera. Mocarne usta początkowo rozpoczynały się nutą benzynową, która jednak w trakcie kilkudniowej (spróbujcie wypić Murmures na raz!) degustacji zniknęła. Środek podniebienia wypełniają rosołowe smaki umami, następnie daje się odczuć piękna, intensywnie cytrusowa kwasowość – której siła rośnie wraz z kolejnymi dniami –  a w posmaku pozostają intensywne orzechy włoskie.  Wrażenia są piorunujące, a Wiadomo-komu nawet beczka nie przeszkadzała.

Trzy naprawdę niezwykłe wina do sączenia i dumania nad dziwami tego świata i mądrością dobrego Pana Boga, który co prawda wszystkim nam pomieszał języki, ale za to zmysły pozostawił przeważającej większości w należytym porządku.


Na kłopoty – Bojanowski

Nie ma towaru w mieście. To, co da się dostać, znamy na pamięć i budzi coraz mniej emocji. Głód rośnie. To dobry moment, by znaleźć dilera. Dobrze, żeby diler był z innego miasta, tak bezpieczniej. I żeby miał towar z pewnego źródła, najlepiej wprost od producentów – wiadomo, im mniej pośredników tym lepiej. Od małych producentów, dodajmy, towar majstrujących własnoręcznie w garażu, a nie od bezdusznego kartelu wielkich hurtowników.  Żeby ten towar dostarczał na czas, bo wiadomo, głód. Żeby go dla zmyły zostawiał wciąż w różnych miejscach. Żeby zawsze miał coś nowego…

Tak, zdobywanie ciekawego wina w Polsce wymaga czasem wejścia głębiej w winiarski półświatek, spojrzenia poza dający złudne poczucie komfortu wąski horyzont zaprzyjaźnionych sklepów. Zwłaszcza, gdy się ma w sobie tę wrodzoną niechęć do picia w kółko tych samych, choćby nie wiem jak uwielbianych etykiet, bo się dobrze wie, że tym samym tracimy ten jeden niepowtarzalny moment na skosztowanie czegoś nowego, bo życia nigdy nie wystarczy na wszystkie wina, na które byśmy mieli ochotę, bo wino jest większe niż życie.

Ale jak się znajdzie dobrego dilera, można odlecieć i uwierzyć, że we have all the time in the world. Wina Szlachetne to jest niewielka inicjatywa importerska, przywożąca w butikowych nakładach do Polski wino od kilku zaledwie producentów. O wielu z nich już tu pisałem – o Pierrze Fricku, Bernardzie Haegelinie, Pierrze Reinharcie z Azacji, Weingut Geierslay z Mosel-Saar-Ruwer czy wreszcie o Burggarten z Arh.

Kolejna ciekawa propozycja z Win Szlachetnych to langwedockie wina z apelacji Minervois, z Domain du Gravillas – posiadłości Nicole i Johna Bojanowski (John jest Amerykanin polskiego pochodzenia). Swe wina określają jako strongly elegant – i choć brzmi to podejrzanie marketingowo na sto kilometrów pachnie próbą podlizania się konsumentom z ojczyzny Johna, to miłośnicy wina z ojczyzny jego przodków powinni dać tym butelkom kredyt zaufania – spłaci się z nawiązką.

L’inattendu  2008 to białe wino robione z Grenache Gris – winifikowane i starzone przez 12 miesięcy na osadzie w beczkach o pojemności 400 litrów. Intensywna, żółto-zielona barwa z kremowymi odcieniami zaintrygowała, potem napięcie tylko rosło. W nosie grysik, mleczna słodycz i suszone tropikalne owoce, a w ustach potężne, piękne ciało (coś jak moje), niesione mentolową mineralnością, z wyraźnym posmakiem ryżu na mleku i chlebowej skórki w bardzo głębokiej końcówce. Gruboziarniste, kontemplacyjne, monumentalne wino.

Lo Vielh 2006 to flagowe wino posiadłości, powstające w 100% ze szczepu Carignan, w tym w części z równo stuletnich krzewów, starzone przez 13-14 miesięcy w dębowych beczkach (także 400-litrowych). Bardzo głęboka, czerwona barwa, aromaty czerwonych owoców i szlachetnej czekoladowej słodyczy, z łatwo odwirowującą się mgiełką klimatów podwórkowych. Usta to znów poważna sprawa –  aksamitne, głębokie, o świetnych taninach… I jednocześnie z poczuciem pewnej egzystencjalnej pustki, wydrążenia, nietzscheańskiej, że tak sobie zażartuję, otchłani, która patrzy w nas kiedy my patrzymy w nią. Warto, choć to nie jest wino tak na dzień dobry atrakcyjne i przymilne.

Jako ostatnią pozycję z Domain du Gravillas degustowałem podstawową czerwień, Sous le cailloux de grillons 2009. To niebeczkowany kupaż aż siedmiu szczepów, Syrah, Carignan, Cabernet Sauvignon, Mourvedre, Counoise, Grenache Noir i Terret Gris – i niestety (kolejność degustacji!) pierwsze wrażenia były kiepskie: zbyt okrągło, za słodko, za łatwo i banalnie. Butelka została niedopita, a mnie poniosło w wojaże… I gdy wróciłem po trzech dniach pokazała zadziorny, wiejski, kurzy, chciałoby się powiedzieć, pazur.

Jak więc widać, z winem jak ze wszystkim – szukajcie, a znajdziecie; proście, a będzie wam sprzedane. Jest dobrze. Jest nowy towar w mieście. The boys are back in town.


Bez dyskusji

Tak się składa, że kolejny Winny Wtorek wypada nam w okolicach komunijnych – i jest to jedyna okoliczność łagodząca dla win, których przyszło nam próbować.

Od razu powiem, że nie jestem z zasady nastawiony negatywnie wobec win dostępnych w handlu masowym – chociaż osobiście bardzo rzadko korzystam z tego kanału dystrybucji. Szabrowanie pennymarketów w krajach winiarskich lub o dłuższej tradycji picia wina potrafi przynieść świetne rezultaty, nad wyraz przyzwoite butelki z takich na przykład Węgier, po dwa euro sztuka, przywozimy pełnymi bagażnikami, ku doczesnej przyjemności i wiecznej chwale. Jednak niskie wskaźniki dystrybucji i konsumpcji wina w Polsce, mimo chwalebnych wyjątków, odbijają się także wyraźnie na asortymencie dostępnym na tym najbardziej podstawowym poziomie.

Dlatego powiedzmy sobie jasno –  wino z Lidla, za 14 złotych, to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Podobnie rzecz ma się z harlequinami i telenowelami, które tłumy śledzą z pasją –  przyciągają one czytelników i widzów, ale to nie wystarczy, by zwrócić uwagę krytyków. No bo i o czym tu gadać, skoro wszystko z góry wiadomo – mniej lub bardziej fortunne perypetie między bohaterami zakończą się banalnym, mydlanym happy endem, zwycięży łatwa, gładka, nudna przewidywalność. I pięknie – miliony nie oczekują przecież niczego więcej, wszak doktor Lubicz ma być dobry, mądry i mdły.

I dzisiejsze wtorkowe wina to właśnie jest doktor Lubicz. Vespral 2005 Gran Reserva Terra Alta Cosecha oraz Vespral 2006 Reserva Terra Alta Cosecha to butelki kilkunastozłotowe – i doprawdy trudno się po nich spodziewać iluminacji. Reserva 2006 okazała się rozlazła jak Rysiu z Klanu, sympatyczna, słodka, przeważnie dupowata, ale w pewnym sensie zdecydowana, z wyrazem alkoholowym i beczkowym. Gran Reserva to znowuż pani Stanisława – wino oksydowane, pachnące winnymi jabłkami i daleką nutą śliwki, bełkotliwie niewyraźne w ustach, po babcinemu mękolące.

W sumie najbardziej sprężysta i pijalna była pozawtorkowa Vespral  Reserva  Terra Alta Cosecha 2006 – co ciekawe, z okropnej flaszki odzianej w niegustowną złotą kabaretkę, w odróżnieniu od poprzednich, nowoczesnymi etykietami maskującymi swą populistyczną mizerię.

Ukradkiem lane w weekend komunijny, w otoczeniu sztucznych kwiatów i  kiczowatych bombonier, uchodzą takie wina, podobnie jak lecący w telewizorze w tle rodzinnego spotkania Klan czy inna Familiada, przy skręconym do granic słyszalności volume. Ale nie oszukujmy się, to nie jest i nie będzie żaden przyczynek do dyskusji. Czy to wtorek, czy też nie.

A o to, co mają do powiedzenia inni wtorkowi blogerzy – zgodni zresztą jak nigdy:

Czerwone czy białe

Jongleur

Uncle Matt in Travel

DoTrzechDych

Sstarwines

Winne Przygody

Nasze Wina

Białe nad czerwonym

Viniculture

Winna Pasja

Amarone


Cena przetrwania

Głęboko w podworcowych trzewiach Rynku, na odcinku pomiędzy Bracką, na której pada deszcz i Wiślną, na której kapowali na siebie redaktorzy „Tygodnika Powszechnego”, mieściła się kiedyś niesławna knajpa Dionizos. Po Dionizosie kręcili się podekscytowani wizją wypicia piwa nastolatkowie – wśród nich ja z przyjaciółmi  – oraz rozentuzjazmowane zupełnie bez powodu karaluchy. Dziś Dionizosa już, Zeusowi niech będą  dzięki, nie ma, jego duch jednak, jak się okazuje, jest wiecznie żywy.

Oto bowiem Dom Wina, jeden z wiodących importerów kraju, niosący wśród mas kaganek winnej oświaty, zorganizował w budynku Małopolskiego Centrum Kultury przy Rynku Głównym 25, swój Wiosenny Salon Degustacyjny – przy czym nazwę tego eventu wziąć musimy w solidny nawias lub  uznać zgoła za eufemizm, spory bowiem odsetek gości, szturmujących przy pomocy łokci oraz donośnego pohukiwania dwie niewielkie sale, przybył na Salon w celach nie degustacyjnych, lecz ewidentnie bachicznych. W dzikim tłumie prym wiedli mężczyźni w średnim wieku, posiadacze mocno zaczerwienionych oblicz, napastujący Bogu ducha winnych winiarzy, zaskoczonych obrotem, jaki przybrała degustacja. Poza nieśmiertelnym tekstem degustacyjnych sępów, „Co macie najdroższego z  czerwonych?!”, wart odnotować duży odsetek admiratorów cukru resztkowego (oraz na dobrą sprawę każdego innego, jaki da się znaleźć w winie), którzy krążyli początkowo dość zagubieni, by wreszcie odkryć swoje Eldorado w postaci złotego tokaju z winnicy Disznoko.  – Fajf putons, tak powiedz! – doradzali sobie strategicznie wzmiankowani zaczerwienieni, rozochoceni dżentelmeni… Doprawdy, niełatwo było się skoncentrować.

Niełatwo, to jasne. Ale czy było warto? Chyba jednak tak. Na pewno dla świetnych cav od Agusti Torello Maty, o bujnych, jabłkowych aromatach, mogących stawać w szranki z niejednym szampanem. Dla egerskich win od Lajosa Gala i Thummerera, ze słynnym kupażem Vili Papa Cuve o nieskończenie długim finiszu na czele. Dla niezwykle ciekawych win od Huby Szeremleya znad Balatonu, w tym dziwacznego, winifikowanego na biało (sic!) Pinot Noir oraz czerwonej interpretacji tego szczepu, bliższej ulotnemu stylowi loarskich naturalistów niż węgierskiej tradycji. Dla arcyciekawego producenta portugalskiego, Quinta do Casal da Coelheira. Dla klasycznej Francji w przyzwoitym wydaniu – burgundzkich win od Patricka Clergeta i Alzacji z Domain Riefle.

Nieciekawie wypadły Włochy – poprawne zaledwie Chianti z Casa al Vento oraz przegięte beczkowe wina z Veneto od De Stefani. Nie budziły entuzjazmu wina niemieckie ani austriackie, wyjątkowo blado wypadła Nowa Zelandia. Reszta Nowego Świata zniknęła w gardzielach publiki nim udało mi się jej skosztować…

W ogóle pod koniec degustacji wystąpiły dotkliwe braki w zaopatrzeniu stoisk. Rozrywkowe nastroje udzieliły się także przedstawicielom winiarni, którzy opuszczali swoje spustoszone posterunki, by dołączyć do tych towarzyszy niedoli, którym ostały się jeszcze jakieś zasoby. Butelki podwędzone przez gawiedź z degustacyjnych stołów krążyły swobodnie po sali. Winiarze poszli w tango z publisią, świadomi, że to przecież tylko biznes, hołd składany złotemu cielcowi w imię masowej popularyzacji wina w postkomunistycznym kraju. Głośno, coraz głośniej słychać było mściwy chichot Dionizosa.