Z polskim winem polski lud

Dla mnie – najlepsze wino Święta w Janowcu

Kiedy się słyszy ludzi, którzy nigdy w życiu nie zajrzeliby na taki blog jak ten – bo i po co? – jak z wielkim przejęciem odhaczają na karcie degustacyjnej kolejne wina nagrodzone znakiem Karty Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły, serce roście i wzbiera w człowieku duma z osiągnięć naszych winogrodników.

Serce roście nieco na przekór rozumowi, bo na chłodno brane poprzedniego dnia, podczas oficjalnej, w ślepo przeprowadzonej degustacji, wina z regionu Małopolskiego Przełomu Wisły – która to nazwa jest zapewne trafna geograficznie, ale z punktu widzenia marketingowo-poznawczego stawia odbiorcom raczej wysokie wymagana (– Małopolski? – W Janowcu, na wysokości Kazimierza nad Wisłą? – Przełom? Panie, jaki Przełom?!) – no więc wina te pozostawiały nieco do życzenia.

Zieloność, sporo mieszańcowych, nieczystych nut zwanych lisimi, chemiczne aromaty proszku IXI – bezwzględna organoleptyczna analiza większość win (niewielką, co prawda, ale zawsze) z poddanych osądowi  jury, w składzie Tomek Kurzeja jako przewodniczący, Wojtek Bońkowski oraz niżej podpisany, zdyskwalifikowała [jak słusznie zauważył Wojtek w komentarzach, selekcja miała charakter pozytywny – de facto nie dyskwalifikowaliśmy win, ale wskazywaliśmy te, które na Kartę zasłużyły]. Ale choć  po tak dobrym dla winorośli roczniku jak 2011 można by się pewnie spodziewać większych fajerwerków – te zresztą zapewnili organizatorzy Święta Wina w Janowcu –nie zmienia to faktu, że przez degustacyjne sito przeszło więcej win niż w zeszłym roku. I że podczas trwania Święta, pite bez pompy, tak po prostu, ujawniały więcej zalet niż wad, ciesząc jabłkowo-gruszkowym owocem i cytrusową kwasowością. Zresztą, co komu po naszym snobistycznym kręceniu upudrowanymi noskami – prawdziwy werdykt wydała przywołana na początku notki publiczność, szturmując stoiska winiarzy ze Stowarzyszenia z takim zapamiętaniem, że zapas flaszek skończył się mniej-więcej w połowie zaplanowanego czasu trwania imprezy.

Jeszcze raz podkreślę ludyczny wymiar tego święta, niezwykle udanego pod względem organizacyjnym i frekwencyjnym, odbywającego się malowniczej scenerii ruin janowieckiego zamku. Żeby bowiem  rodzime wino zyskało szeroką publiczność, bezwzględnie potrzebna jest aprobata krajan. Dopóki mieszkańcy  winiarskich regionów nie będą się utożsamiać ze swoimi winiarzami, dopóty nasze hobby pozostanie egzotyczną aberracją. Stąd taka radość z oblężenia stoisk, z występów ludowych zespołów i, fantastycznych skądinąd, chórów gospodyń wiejskich.

Niech się więc  bawią anegdotyczne warszawki  i krakówki i skrobią sobie potem coś na swoich blogach, ale przede wszystkim niech ludzie, którzy w życiu na nie zajrzeliby na Kontretykietę, bo mają gdzieś takie fanzolenie, odkrywają radość z picia naszych Siber, Seyvali, Hibernali, Cortisów i innych Marszałków Fochów. Wznoszę ich zdrowie najlepszym białym winem Święta, Tramini 2011 z winnicy Solaris Macieja Mickiewicza, triumfatora tej edycji Karty (odpowiada on także za wina z Domu Bliskowice).

Do zobaczenia za rok w Janowcu!

Wina, które otrzymały Kartę Małopolskiego Przełomu Wisły:

Dom Bliskowice Johanniter 2011

Dom Bliskowice Cabernet Cortis 2011

Dom Bliskowice Regent 2011

Winnica Modła Solaris półwytrawne 2011

Winnica Pańska Góra Sibera 2011

Winnica Pańska Góra Léon Millot Rosé 2011

Winnica Solaris Tramini 2011

Winnica Solaris Hibernal 2011

Winnica Solaris Rondo 2011

Winnica Solaris Regent 2011

Winnica Wieczorków Cuvée 2011


Perfidny różowy Albion

Nie ukrywam, że mam do Zjednoczonego Królestwa stosunek ambiwalentny. Jako nadaktywne czytelniczo dziecię pochłonąłem komplet wydanych u nas powieści Agathy Christie, wyrabiając sobie w głowie kompletnie anachroniczne wyobrażenie Anglii jako kraju romantycznych wrzosowisk, nienagannych dżentelmenów w białych rękawiczkach, lekarzy-opiumistów z Harley Street, pułkowników z rudymi bokobrodami, którzy dopiero co wrócili z Indii oraz dam z najlepszego towarzystwa, mdlejących przy byle okazji. Po paru latach jednak odwiedziłem Wielką Brytanię osobiście i… chyba sami rozumiecie.

Teraz Anglia odwiedza mnie – hordy angielskich kibiców, tropem swojej reprezentacji, zwalą się do Krakowa, by deptać Błonia, pić piwo i ogólnie robić porutę. Proszę mi wierzyć, nie piszę tych słów bazując wyłącznie na stereotypach i na tym, co oglądam w BBC Lifestyle. Przez ostatnich parę lat Brytyjscy turyści pokazali się w Krakowie z jak najgorszej strony.

W Warszawie tymczasem, wydawało mi się dotychczas, nie jest tak źle. Marks&Spencer, czołowa brytyjska sieć marketów, założyła swoje przyczółki w stolicy i handluje w nich workowatymi ciuchami, ładnie zapakowanym jedzeniem – i całkiem fajnymi winami. W sklepach tych dostępna jest selekcja stworzona na potrzeby brytyjskiego rynku, nie znajdziemy tu więc win od flagowych producentów ani od słynnych niszowców, ale za to dobrze skrojony, reprezentatywny zestaw win z najważniejszych światowych apelacji. Ja osobiście największą słabość mam do uroczego M&S-owego Beaujolais… Ale przy okazji ostatnich odwiedzin mój wzrok przykuła szeroka, sezonowa oferta win różowych. A wśród nich – wino angielskie. Tak, angielskie.

Dotychczas sporo słyszałem o tamtejszych winach musujących, żadnego nie miałem jednak okazji próbować. No, a brytyjski róż w Polsce to już zupełna egzotyka – ostatni mieliśmy okazję oglądać w 1996 roku, na policzkach odwiedzającej nas Królowej Elżbiety II. Niestety, jedyna jeszcze analogia, na jaką mogę sobie pozwolić, to kwestia wieku – English Rosé z Chapel Down Winery to rocznik 2008. W świecie win różowych, poza nielicznymi wyjątkami, to wiek godny sędziwej monarchini.

O ile jednak Elżbieta II to wciąż kwintesencja formy i elegancji, o tyle wino swój najlepszy czas ma już zdecydowanie za sobą. Co prawda słynna nordycka kwasowość nie pozwala mu się rozpaść kompletnie, ale już owoc jest jedynie swoim bladym cieniem, a siarkowo-gnilne aromaty sprawiają po prostu przykrość.

Szkoda okazji, można by skosztować wina brytyjskiego w szczytowej formie, a nie na smutnej emeryturze w Polsce. Ale, z drugiej strony, jeśli angielska reprezentacja ma przy polskiej wypaść tak, jak Rosé z Chapel Down przy Rosé Płochockich, to odżałuję te kilka dych panom Marksowi i Spencerowi.


Ogłoszenia parafialne

Strasznie się ostatnio rozpoetyzowałem, licencia graphomanica straszy z każdego zakątka, co się jednym pewnie podoba bardziej, innym zaś mniej. Łacno jednak wśród takiego bujania w obłokach zapomnieć o przyziemnych faktach – zwłaszcza, jak się nie pamięta, że istnieje życie poza fejsem. A istnieje, choćby tutaj, na Kontrze. Dlatego tym razem garść suchych faktów, które zwykle wrzucam na FB.

Po pierwsze, adres. Ponad rok życia Kontretykiety, trzydzieści tysięcy odwiedzin i blisko sto postów to doskonały pretekst do zmian. Zaczynamy od zmiany adresu – od teraz zapraszam pod adres krótki i węzłowaty adres kontretykieta.com Kolejne zmiany przyjdą niebawem.

Po drugie, bezwstydne samochwalstwo. Od jakiegoś czasu jak już ktoś musi, to może czytać  Janickiego nie tylko tutaj, ale także na łamach  portalu Winicjatywa.pl oraz, od czasu do czasu, w drukowanym „Magazynie Wino”. Na Winicjatywie publikuję mniej lub bardziej zabawny, ale w miarę regularny cykl poświęcony winom i kulinariom z terenu dawnej C.K. Monarchii, w najnowszym MW znajdziecie zaś współpopełniony z Josephem di Blasim artykuł o winach pomarańczowych.

Po trzecie, sezon winiarski w pełni, aż się trudno połapać co i gdzie i kiedy. Stąd też mniej ostatnio piszę, a więcej degustuję. Ale sezon się skończy i proporcje się odwrócą. Nieuchronny cykl natury, po prostu.

Po czwarte, wino. Żeby nie było że z pustymi rękami PT Publiczność zostawiam. tym razem naprawdę duża niespodzianka. Otóż od firmy Mardec, która sprowadza do Polski ambitniejsze wina z Bułgarii, otrzymałem butelkę co najmniej zaskakującą: Mavrud 2003 z wytwórni Pulden. Wino dość w sumie wiekowe, z lokalnej odmiany znanej z potencjału dojrzewania. Butelka okazała się świetna. W nosie wyraźna ewolucja z aromatami suszonych owoców, zwłaszcza żurawiny, oraz tytoniu, a do tego usta proste, równe z nosem, bardzo krągłe, o pijalności owocowej herbaty. Żadnego przeciążenia, przegotowania, wulgarności, po prostu bardzo smaczne wino o podręcznikowo balsamicznym nosie. Gdy już po degustacji sprawdziłem cenę, przecierałem oczy ze zdumienia – trzydzieści dziewięć złotych! Niby dużo jak na Bułgarię – ale jak na takie wino, to po prostu skandalicznie tanio. Uprasza się o nie przegapienie.

I tyle, w telegraficznym skrócie. Idźcie w pokoju, pijcie wino, wracajcie. Amen.

 


Ciągnik marki Fiat

Giovanni Terenzi ma sześćdziesiąt siedem lat. Cały czas się śmieje, pokazując – w zasadzie dla żartu – swoje ręce, pokrzywione, zgrabiałe od nieustannej pracy na winnicy.

Giovanni Terenzi  przy swoim traktorze marki Fiat, rocznik 1977. Używany rokrocznie, doczekał się w tym czasie zaledwie kilku drobnych usterek. Co fakt to fakt, rocznik i kolor lakieru kubek w kubek pasują do, wciąż sprawnego, Fiata Mirafori mojego dziadka Tadeusza. – Wezmę go ze sobą do grobu – mówi o ciągniku, w zasadzie dla żartu, Giovanni.

Giovanni Terenzi ma lekko zakrzywione, pałąkowate nogi, zjawisko częste u ludzi pracujących całe życie fizycznie na roli. Cały czas się śmieje.  – Parę lat temu dzieci zmieniły winnicę w spółkę. Syn ma czterdzieści procent udziałów, córka czterdzieści, żona i ja po pięć. Ja pracuję, oni pilnują pieniędzy – mówi, w zasadzie dla żartu.

Giovanni Terenzi od zawsze robi wina w mało znanej apelacji Cesanese del Piglio, pierwszej w całym regionie Lacjum, która otrzymała status DOCG. Robi je ze szczepu Cesanese d’Affile, dającego wina dość surowe, kwasowe. Robi je bardzo dobrze. Region wreszcie promuje je wśród zagranicznych dziennikarzy. Giovanni jest w swoim żywiole.

Giovanni Terenzi w roku 1994-tym po raz pierwszy w życiu ma lecieć samolotem. Jadąc na lotnisko, boi się. – Co się stanie z krzewami, jeśli mnie zabraknie? – myśli. Dziś opowiada nam tę historię w zasadzie dla żartu.

Giovanni Terenzi podchodzi do pięćdziesięcioletnich krzewów Cesanese, o kilkanaście lat młodszych od niego, ale nie mniej imponujących. Obiema dłońmi, nie bez wysiłku, wyciągając palce, obejmuje pień. I wtedy przez chwilę to widzę: jego niezgrabne buty zapadają się w grunt, w nasłoneczniony stok i puszczają korzenie, które biegną w dół, w głąb czarnej ziemi, a sękate dłonie, od początku podobne do winorośli, wrastają w ściskany kurczowo pień, ramiona stają się kolejnymi łozami,  i wtedy Giovanni Terenzi, w zasadzie dla żartu, cały staje się jednym z winnymi krzewami którym poświęcił życie, a może tylko ich lustrzanym odbiciem, a jego dzieci przejmują pozostałe udziały w przedsiębiorstwie i kupują nowy ciągnik.

Giovanni Terenzi tymczasem prostuje się, otrzepując dłonie. Ma sześćdziesiąt siedem lat. Cały czas się śmieje.

PS. Więcej o winach Giovanniego Terenziego i innych Cesanese del Piglio już wkrótce na łamach Winicjatywy, dzięki której odwiedziłem Lazio.