Pijące buty Houellebecqa

Człowiek pije wino. Zaczyna się nim interesować, więc zadaje pytania. Pije dużo wina i zadaje dużo pytań, aż nagle zauważa, że od jakiegoś czasu to częściej jemu zadają pytania. Coś tam człowiek napisał, przeczytali to inni ludzie, którzy piją wino i coś tam piszą, więc proszą człowieka, żeby pisał jeszcze więcej. Więcej wina, więcej pytań, więcej słów i człowiek wsuwa się w wygodne buty winiarskiego speca, choć przecież wie doskonale, że nic nie wie i nigdy nie będzie wiedział  – bo nikt nigdy nie będzie nic wiedział, choć wielu będzie wiedziało więcej od niego.

Człowiek wchodzi jednak w swoją rolę, przecież tego potrzebuje, przecież sobie zasłużył, pije i pluje na potęgę nie po to, żeby nie być specem, ale gdzieś wewnętrznie czuje, że to jest gra pozorów, że to jest przesadne odgrywanie pewnej roli, że te pozornie wygodne buty piją czasami nie mniej niż człowiek.

Pewnego razu człowiek sięga po książkę Wrogowie publiczni, w której dwóch ludzi ze sobą koresponduje, cynik-mizantrop z bufonem-idealistą, Michel Houellebecq z Bernardem-Henri Levym i znajduje w tej książce, w liście Houellebecqa, taki oto pasaż:

Niejednokrotnie, by nadać społecznej komunikacji płynności, musiałem przesadnie odegrać rolę Francuza. I rzucałem się namiętnie, z wszelkimi pozorami autentyczności, w dytyrambiczne deklaracje na temat wina madiran lub też tego czy innego produktu spożywczego, o którego istnieniu właśnie się dowiedziałem.

Człowiek przez chwilę nie może złapać tchu, tak wiele trafności jest w tym pozornie prostym spostrzeżeniu – i nawet jakby odrobina przeznaczenia, bo to jedyny ustęp w całej książce w którym wspomina się o winie.

Człowiek przypomina sobie, że wieszcz o twarzy smutnego klauna pija tylko Malbeca i myśli sobie, że Madiran, wino ze szczepu Tannat, także powinno mu w sumie smakować, ale z drugiej strony kto tam tego cholernego Houellebecqa wie. Może by wolał Tannata z Urugwaju, a może wódkę w Pięknym Psie. Miejska legenda głosi, że kiedy ostatni razem udało mu się dotrzeć do Polski i wchodził do tego krakowskiego przybytku rozpusty w swojej grubej, zielonej kurtce, poeta Świetlicki spojrzał w stronę drzwi i mruknął: – O, Murakami! Takie buty.


Możliwość wyspy

Raz w życiu – proszę mi wybaczyć tę skatologiczną wycieczkę, przysięgam, że to się nie powtórzy – zrobiłem kupę w lesie. Nie pamiętam już szczęśliwie, jaka przykra okoliczność zmusiła mnie do tej upokarzającej kapitulacji wobec własnej fizjologii, ale dobrze pamiętam mocne postanowienie, jakie wtedy powziąłem: nigdy więcej. Nie po to wynaleziono instytucją Water Closet (pierwsze zanotowane użycie tego wyrażenia miało miejsce w 1755 roku), nie po to pokolenia higienistów walczyły o prawo ludzkości do ogólnodostępnej kanalizacji, by teraz powrót do natury przybierać miał tak tragikomiczne formy.

Ja jeszcze raz przepraszam, ale to traumatyczne wspomnienie, zagrzebane w głębi podświadomości, uderzyło mnie z całą mocą, gdy zauważyłem gdzieś milionowy wariant pytania: – Jaką książkę/płytę/pluszową zabawkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę? No na miły Bóg!!! Czy naprawdę wybierając się na bezludną wyspę należy przede wszystkim zatroszczyć się o wybór lektury, którą będzie się tam katować bez końca?!? Survival jest mi równie obcy co kolekcjonowanie motyli, ale wystarczy to jedno leśne wspomnienie, bym w pierwszej kolejności pomyślał raczej o saperce.

No, chyba że mamy na myśli jedną z tych luksusowych wysp, na których bezludność oznacza po prostu, że poza dyskretna obsługą nie spotykamy zbyt wielu osób, które mogłyby nas zanudzać. Im jestem starszy, tym wizja spędzenia reszty życia w takim miejscu – pod warunkiem uczciwego zaopatrzenia w owoce morza – wydaje mi się bardziej pociągająca. Ot, takie nieustające mizantropiczne wakacje. I rzeczywiście w takim wypadku pytanie o to, co byśmy ze sobą zabrali, nabiera sensu.

Gdyby ktoś kazał mi więc wskazać jedno wino, które mógłbym pić do końca życia, po krótkim i – raczej pro forma, niż rzeczywistym – wahaniu, wskazałbym wino z Libanu. Tak, z Libanu. Chateau Musar. Bo to też jest wino ze swojej własnej wyspy – żyznej doliny Bekaa, w której winorośl uprawiano od 6000 lat i gdzie w 1930 roku Gaston Hochar, potomek XII-wiecznych krzyżowców, rozpoczął historię Chateau Musar.

Winnica ta jest legendą. Z kilku powodów. To jej niekorzystne położenie geopolityczne sprawia, że czasami pociski przelatywały praktycznie nad głowami winiarzy, którzy mimo to się nie poddawali. To tutaj uprawiano winorośl nieinterwencyjnie, rezygnując z chemii, selekcjonowanych drożdży i przesadnego siarkowani na długo przed tym, nim stało się to modne. To stąd pochodzące wreszcie wina – tak czerwone, jak i białe, zasłynęły ze swej długowieczności. Chateau Musar trafia do sprzedaży w wieku siedmiu lat (a więc obecnie rocznik 2005), jako wino wspaniałe, ale wciąż jeszcze młode. No i wreszcie – ceny. Jak na wina, które wytrzymują porównanie ze swoją legendą, butelki Hocharów są nieprzyzwoicie tanie: od ok. 160 zł za główną etykietę Chateau Musar do mniej niż stu (!) za Hochar Père et Fils, wino w zasadzie nie mniej zjawiskowe.

Za co kocham Chateau Musar? Niełatwo w kilku słowach podsumować tę mnogość wrażeń z wielu roczników obu etykiet, ale spróbujmy: za połączenie niezwykłej świeżości, kwasowości i pijalności z balsamiczną ewolucją, która nadaje im aksamitnej gładkości. Za bezsprzeczną elegancję, która nie boi się naturalności – w nosie często pojawia się lotna kwasowość, w końcówce czuć zaś przeleżałe poziomki. Ale dzięki tej naturalistycznej klamrze tym mocniej i wyraźniej lśni klejnot koronkowej struktury oraz niesamowicie soczystego, czereśniowo-likierowego owocu, który sprawia, że od Chateau Musar po prostu nie da się oderwać.

Dlatego właśnie wybieram je jako oficjalne wino swojej tropikalnej emerytury pomostowej na luksusowej bezludnej wyspie. Niech będzie, na każdej bezludnej wyspie. Po co komu saperka, kiedy jest Musar?


Triumf Gargamela, czyli o miłości do spraw przegranych

Przedstawiciele licznych dyscyplin sportowych oraz sztuk mniej lub bardziej wyzwolonych skutecznie nas od lat oduczają wiary w szanse zwycięstwa. Od Euro po Eurowizję, każdy rok takiego zimnego chowu coraz dogłębniej przekonuje, że wszelkie złoto jest poza naszym zasięgiem. Ba, nawet gdy ktoś to złoto obieca w formie sztabek wraz z gwarancją wysokim procentem, efekt okazuje się taki jak zawsze.

Co z tego wynika? Bez wątpienia niezmienna siła polskiej martyrologii – niby wszyscy mówią o konieczności pozytywnego myślenia, ale jak przyjdzie co do czego, to wiadomo: gloria victis, Polacy, nic się nie stało. Perwersyjnie lubujemy się przeżywaniu porażek. U mnie osobiście głęboko zakorzeniona sympatia do spraw przegranych sięga odmętów dzieciństwa, gdy z zaciętym uśmiechem życzyłem Gargamelowi, by wreszcie dorwał jednego z tych irytujących niebieskich kurdupli – z pełną świadomością, że nie ma na to żadnych szans…

Z drugiej strony, wracając do naszych winiarskich baranów, na karb skłonności do klęsk zrzucić można wciąż niewielką popularność szampana w Polsce. Wiadomo, szampan jest trunkiem celebracji i beztroski, my zaś troskamy się nieustannie, a celebrujemy tylko sukcesy nieuchronne, takie na które – szczęśliwie – Polacy nie mają żadnego wpływu, jak na przykład zwycięstwo Nowego Roku nad Starym. Bąbelki więc nad Wisłą, zamiast płynąć szerokim strumieniem, ciurkają sobie powoli, jakby zawstydzone faktem, że mają czelność być symbolem wesołości nawet w tej ponurej krainie.

Ale brak okazji to też doskonała okazja – do tego, by zachęcać do picia szampana bez okazji. Jak odrzekł ponoć sam Napoleon, pytany, dlaczego każe wszędzie wozić za sobą szampana:  – Jeśli wygram, będę nim świętował. Jeśli przegram, będę go potrzebował. I my też go potrzebujemy.

A kiedy jeszcze przy okazji degustacji kilku interesujących butelek z oferty Domu Szampana dokonać można małego odkrycia – a właściwie utwierdzić się w odkryciu dawniejszym – to już jest pełnia szczęścia. Oto bowiem Le Mesnil Grand Cru Blanc de Blancs, zdobywca Złotego Medalu Grand Prix Magazynu Wino 2011 w kategorii win musujących zostawił w pobitym polu takie tuzy jak Pol-Roger Brut Réserve czy Bollinger Special Cuvée Brut. Ten pierwszy, przysmak Churchilla, w ogóle zdał się nieco przyciężkawy i toporny, drugi, tajna broń Bonda, imponował rokokowym bogactwem i wręcz szarlotkowymi nastrojami  (szerzej o Bollingerze pisał niedawno Wojtek Bońkowski) – ale oba musiały uznać wyższość Le Mesnil.

Wino to, ze spółdzielni pochodzące, a nie wielkiego domu szampańskiego, co należy do firmy handlującej jednocześnie torebkami, jest niebywale eleganckie – w aromatach krzemienne, z nutami świeżo ściętej trawy i suszonych polnych kwiatów, w ustach spójne z nosem, o delikatnej, drobnej perlistości i subtelnej, choć wyraźnie zaznaczonej strukturze. Nie ma tu prężenia mięśni, tego udowadniania na siłę, że butelka była warta wydanych na nią pieniędzy – co tak często się wśród szampanów znanych marek zdarza. Jest za to wszystko, co powinno być, w punkt – i to za dokładnie połowę ceny Bollingera (125 vs. 250 zł)…

Więc może jednak jest co świętować? Może w końcu Gargamel złapał tego cholernego Smerfa? Jego zdrowie!