Styczeń, a deszcz pada

Szczep - nudziarz

Szczep – nudziarz

Dzieci się nudzą.

Nudzą się? W czasie deszczu? Bzdura. Dzieci, mądrzejsze od nas brakiem dystansu i doświadczenia, w ogóle się niczym nigdy nie nudzą, bo wszystko jest dla nich nowiuteńkie – a nawet jeśli nie jest, to akurat to, co już znają, lubią sobie utrwalać w nieskończoność. Przypomnijcie sobie własne, zajechane do oporu bajki z dzieciństwa, wymuszony uśmiech na twarzach rodziców, którzy po raz milionowy puszczali wam ten sam odcinek przygód kota Tip-Topa z tej samej zgranej doszczętnie kasety wideo. Ty podnosisz w górę rączki z radości, bo znasz to na pamięć, zakatowaną powtarzalnością bajki Mamusię tymczasem szlag trafia.

A kiedy zaczynamy pić wino na poważnie, to przecież jakbyśmy się rodzili. Trochę tam sobie popływamy w płodowym Gato Negro, potem Bońkowski i Bieńczyk przecinają pępowinę, bierzemy w płuca pierwszy haust powietrza i… No właśnie, nigdy się nie nudzimy, bo wszystko jest nowe. Te porzeczki z Caba, ta obsikana trawka w Sauvignon Blanc, te korzenne niuchy w Pinot Noir, ta łatwość przyporządkowywania i przyjemność płynąca z przewidywalności. Za to się właśnie kocha Nowy Świat, ten winiarski Disneyland, za dziecięcy zachwyt nad płytką sugestią głębi i powtarzalnością wrażeń. Ale z biegiem czasu oczywistość zaczyna nudzić. Teraz oryginalność, wyjątkowość trzęsą naszą łodzią. Nieznane na horyzoncie podnieca. Egzotyczne – to znaczy zewnętrzne.

Widmo nudy jednak czai się w cieniu, zawsze. Been there, done that, got a t-shirt. Ile jeszcze win, winiarni, winiarzy, regionów, krajów, wyblakłych kawałków okleiny na globusie z podstawówki naprawdę może wzbudzić w nas prawdziwe emocje? No ile?

Każda, każdy z nas ma swoją drogę. Jedni szlifują w nieskończoność wiedzę już nabytą, wygodnie rozparci na swej grzędzie znajdują rozkosz w dzieleniu włosa na czworo (Monty o tym pisał niedawno). Inni – do nich się chyba zaliczam – gnani przez życie winnym ADHD wciąż szukają nowych podniet, coraz mocniejszych wrażeń, coraz większej ich dawki. Ale jest trzecia droga przecież – znaleźć przyjemność w nudzie. Nie wygodę, ale perwersyjną satysfakcję, że się nudziarstwo przyłapało na gorącym uczynku. Nie jest to sposób na życie, ale na styczniową rozrywkę na pewno.

Tak więc w moich oczach jeden szczep urasta do rangi symbolu nudy. To Muller-Thurgau. Nie dość, że samą nazwą przywodzi na myśl upiorną parę lekarzy przeprowadzających eugeniczne eksperymenty na kim popadnie, to jeszcze przez ileś tam lat w miarę poważnego degustowania przeze mnie win nie zrobił na mnie nigdy najmniejszego wrażenia. Niemiecki, austriacki, włoski, nieważne – zawsze tak samo nudny, banalny, co najwyżej przyzwoity (a wbrew temu, co głoszą tani moraliści, przyzwoitość sama w sobie nie jest jeszcze żadną zaletą).

Oczywiście, zapewne upraszczam, i gdzieś tam czekają na mnie fascynujące, olśniewające flaszki Mullera-Thurgaua. Jaaaasne. Ale póki co pozwólcie mi przywołać jako koronny dowód świeże wspomnienie nudnego do szpiku kości wina z tej odmiany od uznanego producenta z Górnej Adygi, St. Michael-Eppan. Wystarczyło kilka kieliszków, bym poczuł się jak po zafundowanym mi po raz setny przez Mamusię seansie tych samych przygód Jaskiniowców… Tylko że wtedy podnosiłem rączki do góry, a teraz mi opadają.

Reklamy

O roku, uff!

Przełom lat to czas kaca-zabójcy, wyjątkowej intensyfikacji wiochy w telewizji oraz urwanych przez fajerwerki rączek. Doświadczywszy dwóch pierwszych (przy czym drugiego o dziwo w większym stopniu) i dzięki wrodzonej zapobiegliwości uniknąwszy trzeciego, co pozwoliło mi zachować pełny komplet wypustek służących do obierania marchewki i pykania w klawiaturę, mogę płynnie przejść do ostatniego punktu noworocznej jazdy obowiązkowej – rankingu. Przychodziły mi do głowy pomysły złośliwe, na przykład nagroda za śledztwo dziennikarskie roku, ale że mamy być dla siebie dobrzy przecież, to tylko pięć najlepszych, najciekawszych, najlepiej przeze mnie zapamiętanych win zeszłego roku. Subiektywnie, od serca, w kolejności przypadkowej, ku pamięci i do siego. 1. IMG_20131117_162517 Labouriou 2011 od Marka Pesnot – nadloarskie cudo pite w specjalizującym się w winach z tego regionu londyńskim  barze Green Man and the French Horn. Powstaje z rzadkiego szczepu Abouriou, kojarzonego głównie z apelacją Côtes du Marmandais i daleko spokrewnionego z Malbekiem i Merlotem – jednak jeśli dla niezwykłej owocowej bomby od Pesnot szukać jakiegoś porównania, będą naturalne interpretacje Gamay czy Poulsarda. Niebywale soczyste, upojne, zaskakujące, niezapomniane. 2. IMG_20130616_190609  Barolo 2008 od trediberri. Andrea Oberto, to jeden z bardziej doświadczonych winemakerów La Morry, ale na przedsięwzięcie duży wpływ ma, dający mu twarz i imię, Nicola Oberto  – robią tu wino tak tradycyjne, że aż nowoczesne: bez grama ciężkości i przesuszenia, uderzające genialną kompozycją nut truskawek, wiśni i jagód. trediberri pokazuje, jak dużo uroku, pijalności i młodzieńczego wigoru można wycisnąć z Barolo. I jak wiele zależy tu, jak wszędzie, od właściwej osoby we właściwym miejscu. 3. Barbetta Sannio Barbera Barbetta 2010 z Antica Masseria Venditti. Nicola Venditti to enolog, znawca ampelografii i niestrudzony propagator win z niewielkiej apelacji Sannio, położonej na północy Kampanii. Z ocalonego przez siebie lokalnego klonu Barbery produkuje właśnie Barbettę – wino niepozbawione akcentów rustykalnych, ciut podwórkowe w obejściu (pun intended), ale przy tym niebywale świeże, jeżynowo-fiołkowo-anyżowe. Z założenia ciekawostka, a w rezultacie – fantastyczne, niezapomniane wino. 4.

95d66af019fc78f06b46a7f124e2e068

Regent 2012 ze Srebrnej Góry. Doskonałe wino z mojego ojczystego terroir, przywodzące na myśl proste, nieco rustykalne chianti – w dobrej cenie i estetycznej butelce (identyfikacja graficzna Winnicy Srebrna Góra została nominowana do prestiżowej nagrody w branży reklamowej – Kreatury, moim zdaniem bardzo zasłużenie). Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko następnego rocznika, który – jak ćwierkają wtajemniczone ptaszki – zapowiada się świetnie. 5. 2403_1 Mendall od Laureano Serresa. Nie ukrywam, że mam nieustanny – mimo stosunkowo częstych degustacji – problem w ogarnięciu wszystkich win sprzedawanych pod marką Mendall, zwanych Terme du Guiu, Finca Espartal, Carabonica i bądź jak jeszcze, z których każde jest nieco inną kompozycją szczepów. Wszystkie łączy je jednak połączenie nut typowych dla win naturalnych – a więc grejpfrutowo-plastelinowych, mocno akcentujących owocowość – z prawdziwą głębią i powagą. Jedno z bezsprzecznych odkryć zeszłego roku No i tak. Oby 2014 nie był gorszy – a poprzeczkę ma wysoko ustawioną!