Kontra na gigancie

Nie płacz, dziecię, i ty otrzyj łzę, niewiasto, albowiem Kontretykieta nie umarła. Po prostu zaniemogła. Wakacyjny stupor i bezprzykładne samozadowolenie ją dopadły, włóczyła się tu i tam, raz upojona, raz znów przesadnie zaaferowana okolicznościami i nijak się nie mogła w sobie zebrać. Ale teraz jest znowu z nami i to jest najważniejsze. Siedzi sobie przy stole, lekko zgarbiona, z głupkowatym uśmieszkiem na ustach. To jest nastrój imprezowicza, który wraca do domu po dwóch dniach balangi, zmęczony, wymięty, ale w sumie cholernie z siebie zadowolony.

No bo i ma Kontra co wspominać. Choćby ten weekend za-poprzedni, kiedy po przejechaniu połowy Polski dotarła na Festiwal Smaku w Grucznie, gdzie, jak się okazało, wina było jak na lekarstwo – więc w sukurs przyszły jej zabezpieczone uprzednio odwody. Pewien Redaktor wyciągnął mianowicie zza pazuchy La fille en cage od jurajskiego winiarza, Jean-Marca Brignot,  czyli, tłumacząc na polski, Pannę w klatce. Może dziwić ta nazwa, ale Brignot ma na swoim koncie także wino znane jako Muchy mają stopy… No bo przecież mają, nie?

Redaktor wyciągnął więc wino, Kontretykieta wyciągnęła z podróżnych skarpet kieliszki, Zbyszek Kmieć wyciągnął genialny półgęsek od pani Renaty Osojcy i pili byli oraz jedli wszyscy,  bezmyślnie szczęśliwi, odganiając się od os dłońmi umazanymi gęsim tłuszczykiem. Panna z klatki miała wspaniałą, naturalną ekspresję, aksamitną fakturę, mocną kwasowość i grejpfrutowo-plastelinowe smaki, idealnie, nawet w przeraźliwym upale, podkreślające na podniebieniu wyrazisty półgęsek. Było sielsko, anielsko, wariacko, naturalnie.

Albo weekend kolejny, w Koziarni – fantastycznym agroturystycznym gospodarstwie państwa Lorków, którzy robią swoje sery z mleka rzadkich polskich krów czerwonych, wędliny własne i wino, jedno z najlepszych w Polsce. Kontretykieta jadła w Koziarni wspaniale, boską jagnięcinę czy strudel z miejscową ricottą i liśćmi botwiny, sama trochę pokucharzyła, biorąc na warsztat króliczka i wreszcie piła – między innymi znakomitego Seyvala z wyselekcjonowanych winogron, wina charakternego, w stylu przywodzącym na myśl Grunery.

Lokalny kłapouch z lokalnym winem.

I tak się tułała biedna Kontretykieta po Polsce, póki jakiś życzliwy dorosły nie raczył jej odprowadzić do punktu zbiórek i nie wywołał przez megafon prawnych opiekunów. Teraz czeka ją seria wizyt u psychologa i, zapewne, dietetyka. Ale przeżyje i wróci silniejsza.