Czy butelka szampana jest armatą czy nie?

"Portret ostrzegawczy Apollinaire'a" z celownikiem wymierzonym w głowę poety Giorgio de Chirico namalował na dwa lata przed jego śmiercią

Po dziesięciu latach fascynacji twórczością pewnego poety, ładnych już kilka lat temu, odkryłem, kartkując jego biografię, że urodził się, co do dnia, równo sto lat przede mną.  Dwudziestego szóstego sierpnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego roku.

Guillaume Apollinaire, genialny poeta, postać jednocześnie pociągająca i odpychająca. Apollinaire  pijący na umór – bez znaczenia: z kubistami, orfistami czy dokerami. Apollinaire wiecznie nieszczęśliwie zakochany, do obrzydzenia czułostkowy, karykaturalnie dominujący, piekielnie zazdrosny. Ze skłonnością do picia,  do tycia, do znikania na jakiś czas i po powrocie znów narzucania się ludziom. A przy tym ujmujący, słodki, bezradny, poczciwy.

W jego poezji wino nie odgrywa szczególnie istotnej roli – daleko Apollinaire’owi do tradycji Rabelais’go (który ponoć nad wszystko cenił wina z Chinon) –  a nawet jeśli się pojawia, to bardziej jako jej spiritus movens niż sjużet. Wiele utworów traktujących o sprawach innych zgoła niż wino, zaświadcza jednak, jak oczywistym elementem codziennego życia było ono wówczas, jak wiele widywało i odwiedzało się winnic, ilu spotykało podczas wojaży winogrodników.

Najbardziej przejmujące są jednak poetyckie relacje Apollinaire’a z frontu Wielkiej Wojny, frontu przetaczającego się przez Szampanię, która dla nas, współczesnych, jest synonimem ponadczasowego arystokratycznego blichtru, kliszą łączącą płynnie na jednej osi luksusu francuskie hrabiowskie zamki i kalifornijskie hiphopowe teledyski, a którą poeta w mundurze widział zaoraną bombami, krwawiącą i wysysającą krew, jego kolegów i jego własną.  Szampanii poświęcił wiersz Winogrodnik szampański, który, niczym echo wybuchającego pocisku artyleryjskiego, dzwoni mi ostrzegawczo w uszach zawsze, gdy wokół strzelają beztrosko korki od szampana:

Pułk dociera do wsi

Wieś już prawie usnęła pachnącym światłem zalana

Ksiądz ma na głowie hełm

Czy butelka szampana jest armatą czy nie?

 

Winny szczep jak gronostaj na tarczy

Dzień dobry dzień dobry żołnierze

Widziałem ich jak przebiegali i powracali biegiem

Dzień dobry  żołnierze butelki szampana fermentujące krwią

Parę dni tu popasacie a potem pójdziecie na linię

Ustawieni rzędami tak jak szczepy winne

Wszędzie rozsyłam moje butelki niby pociski czarownych armat

 

Noc jest płowa O płowe wino

Winogrodnik śpiewał zgarbiony w winnicy

Winogrodnik bez ust na horyzoncie ginął

Winogrodnik który sam był butelką ognistą

Winogrodnik który dobrze wie co to jest wojna

Winogrodnik szampański który jest artylerzystą

 (…)

 

 Pokój, spokój, winorośl. Niczego więcej sobie nie życzę.

Reklamy

Douce France

Francja? Kwaśne wino, panie, drogie jak cholera, a do tego żaby, ślimaki, kiła, mogiła, syfilis.

Tak, w Polsce nie tylko francuskie wino jest niedocenianie. Tamtejsza tradycja gastronomiczna jest nie dość, że lekceważona, ale praktycznie u nas nieobecna – i idę o zakład, że ogółowi kojarzy się przede wszystkim z głupkowatym akcentem szefów kuchni w reklamach i kreskówkach oraz filmami z Louie de Funesem.

Powody są proste – francuska kuchnia uchodzi za skomplikowaną, wyrafinowaną do granic absurdu, a przy tym nienowoczesną, wręcz démodé. Nawet osobom mniej uprzedzonym jawi się jako nieprzystępna, droga, odpowiednia co najwyżej na specjalne okazje. Tym bardziej więc wypada zauważyć zmiany na lepsze, tym bardziej warto pisać o ludziach i miejscach, które zmieniają postrzeganie Francji jako kraju płazożernych zarozumialców.

Pierwsza była Zazie. Jak się uwielbia Raymonda Queneau et consortes, szalonych literatów-matematyków z OuLiPo, to nie sposób się nie uśmiechnąć na samą myśl o tej nazwie – Zazie Bistro, nazwie francuskiej do cna i całkiem przy tym bezpretensjonalnej. Takie jest też to miejsce, na rogu ulic Józefa i Jakuba. Kuchnia francuska, ta prosta, codzienna, w tym świetne ślimaki, grasica i inne wcale nie oczywiste dla polskiego konsumenta dania, wszystkie jednak w nadzwyczajnie rozsądnych cenach, wśród szczerze wyluzowanej obsługi i pod czujnym okiem Oli, której Zazie jest ukochanym dzieckiem. O winach ani słowa, bo mi nie wypada – tylko tyle powiem, że już wkrótce będzie nowa karta.

Jeśli po wizycie w Zazie mało wam jeszcze Francji i uśmiechów, pędźcie na Sławkowską – tutaj, w sklepiku Rendez-Vous en France uśmiechnie się do was Kasia, a wy uśmiechniecie się na widok francuskich przysmaków: rillets, terrin, foie gras, fleur de sal i innych wspaniałości, a także win z Château Grézan, które przede wszystkim miłośnikom klimatów nowoświatowych sprawić mogą dużą radość – zwłaszcza w tak dobrych cenach.

Las, but not least – nie mam pojęcia, jakby to szło w języku Balzaka – jest sobie Mała Francja na ul. św. Tomasza. La Petite France de Cracovie to  królestwo Serge’a, Francuza rodem z Chinon, choć już doskonale zadomowionego w Polsce. Tutaj można przyjść na świetne sałatki, kanapki ciepłe i zimne, charcuterie, no i oczywiście na sery. Serge sery kocha. Słychać to w jego głosie, gdy z entuzjazmem przedstawia poszczególne gatunki i gdy popada w zadumę nad ich tysiącletnimi dziejami, widać w jego czułych gestach, kiedy, korzystając z pokaźnego instrumentarium, zgodnie ze sztuką dzieli kręgi i krążki na porcje. Jest też oczywiście i wino w małej Francji, wino z autorskiego importu, podawane w identycznych jak w paryskich bistro kieliszkach, niskich i pękatych niczym Sancho Pansa, lane aż po ich brzegi, bo przeznaczone do cieszenia się, a nie odprawiania nad nim modłów. Polecam zwłaszcza widniejące na zdjęciu Bordeaux Superieur Chateau Bois-Malot 2001, pełne i radosne – jak ja po moim francuskim Tour de Cracovie.


Madziarskość wątroby

Zdecydowałem się na coming out. Kontrowersyjny, nieoczywisty, pewnie wcale mi nie pomoże, ale nie mogę już dłużej tego faktu negować: – Mamo, Tato, jestem Węgrem.

Nie urodziłem się nim, ba, przez lwią część życia były mi Węgry całkowicie obojętne. Egzaltowałem się jako młodzian paryską bohemą i londyńskim spleenem, zupełnie nieświadom, że to co najpiękniejsze jest tuż za miedzą. Ale kiedy się zaczęło, to już na dobre. Przykurzony blichtr budapesztańskiej architektury i zapierające dech w piersiach widoki z obu brzegów Dunaju, restauracje, o jakich Warszawa i Kraków mogą tylko pomarzyć i zapomniane przez Pana Boga targowisko na tyłach Moszkva Ter,a poza stolicą senny Tokaj, sandomierzowaty Eger, malowniczy Etyek… Każda podróż to kolejne odkrycie i kilka procent madziarskości więcej.

Teraz na przykład byliśmy w Erdőbénye, na kameralnym festiwalu wina i muzyki, odbywającym się w ogrodach tamtejszych winiarni. Miejscowość leży kilkanaście kilometrów od Tokaju i jest o wiele od niego przyjemniejsza, rozłożysta wioska na zboczu wzgórza, z labiryntem piwnic pod każdym zabudowaniem, świetnym i niedrogim hotelem z dobrą restauracją i basenem – oraz, co najważniejsze, bardzo zdolnymi winiarzami.

Duszą imprezy jest Zsolt Berger z winiarni Karadi&Berger. Wielki przyjaciel Polski i Polaków, bywa u nas regularnie, propagując swoje wina (pisała o nich  Ewa Rybak, pisał Wojtek Bońkowski ostatnio) – ascetyczne, wręcz purytańskie w stylu. Lubię Szamorodny Zsolta, przepadam za słodkim Selectio, a o ile w stosunku do wytrawnych Furmintów z trudnego rocznika 2008 pozostaję sceptyczny, o tyle rocznik 2009 zapowiada się bardzo ciekawie.

W ogrodzie Karadi&Berger panowała atmosfera bukoliczno-hippisowska, w sam raz na rocznicę Woodstock.

Na miejscu można też było dostać winyle - głównie jazz.

Wasz wysłannik malowniczo relacjonuje Zsoltowi Bergerowi wrażenia z Furmintów Narancsi i Palandor 2009.

Inne ciekawe adresy w Erdőbénye to Illés Pince i Abraham Pince oraz winnica Berés (fantastycznie mineralne Cuvee Naparany).

Abraham także błyszczał wytrawnymi Furmintami.

Legendą Erdőbénye jest Attila Hommona – obok swoich słodkich win prezentował także wytrawny Furmint, który jako winemaker robi dla marki Jakab: potężne, masywne wino, starzone w dębie przez półtorej roku.

Atilla Hommona i jego rozczłonkowany jamnik.

Wina są w Erdőbénye ważne i wspaniałe, ale nie tylko hardkorowi winomani będą się tu dobrze bawić. Coś czeka także na miłośników widoków oraz kulinariów…

Toskania czy Tokaj? Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać! (Plecy @Katarzyna M.)

Chleb ze smalcem i cebulą w wersji zrób to sam.

Chyba już nie muszę nikogo przekonywać. Za rok w Erdőbénye zorganizuję mały zlot mentalnych Węgrów. Niech się z nas śmieją, że nasi nowi Rodacy głosują na Orbana i tęsknią za Wielkimi Węgrami. Dla nas dzisiejsze Węgry też są wielkie, i to nawet z, tfu, tfu, Orbanem.


Iskry w jacuzzi

Wino wieczoru - Franciacorta od Enrico Gattiego

To Marek Bieńczyk bodajże pisał, że jeśli chodzi o szampana, woli angielską, dumną i zawadiacką wymowę słowa champagne od miękkiej, wycofanej pronuncjacji francuskiej. Ja ze swojej strony dodam jeszcze zachwyt nad określeniem sparkling sparkles, iskry, wino iskrzące, czy to nie piękne?

Tak się doskonale złożyło, że zbiegły się w czasie dwa fakty. Kontretykieta, ta moja skromna bazgranina, doczekała się dziesięciu tysięcy wizyt, za które PT Czytelnikom serdecznie niniejszym dziękuję. Jednocześnie nasze krakowskie Winiarskie Konfrontacje spotkały się w restauracji Il Calzone na degustacji win musujących – można więc powiedzieć że zamiast symbolicznej lampki, wzniosłem ich, dobra Bozia mi wybaczy, siedemnaście

Przyznam się, że do win iskrzących mam szczególną słabość. Ograniczanie ich spożycia wyłącznie do celebrowania jakichś szczególnie świątecznych momentów uważam za okrucieństwo nie do przyjęcia, a kiedy widzę strużkę bąbelków ulatującą z dna w górę kieliszka, mój krytycyzm spada o jakieś osiemdziesiąt procent. Nie sądzę jednak, że to jedyny powód, dla którego te Konfrontacje wypadły tak ciekawie – po prostu zróżnicowany świat win musujących jest coraz lepiej reprezentowany w Polsce, i to w całkiem niezłych kategoriach cenowych.

Złe jednak miłego początki. Dwa wina portugalskie od Luisa Pato, Maria Gomes Bruto 2009 oraz Touriga Nacional Bruto 2009 były zaledwie poprawne – nieco bałaganiarskie, miotające się między  piwniczną oksydacją, słodyczą i poszukiwaniem utraconej świeżości. Lepiej zdecydowanie wypadło, tańsze o połowę, włoskie San Maurizio Cuvee Pinot Noir Chardonnay – bardzo delikatne, niby przezroczyste, ale dobrze w swej skromności ułożone.

Następne w kolejności było włoskie Prosecco, wino przebojem zawojowujące europejskie rynki, w Austrii i Niemczech niemal napitek narodowy. Śmieją się złośliwi, że zawdzięcza to głównie swojej neutralności, brakowi żadnych, poza gazem i kwasem, właściwości. Że to wierutna bzdura mogłoby  przekonać każdego Malibran Gorio Prosecco Valdobbiadene Extra Brut – wino o typowym dla niektórych Prosecco aromacie chlebowej skórki, niebywale sprężyste i pijalne, o dobrej strukturze. Dobrze wypadło także Furlan Congeliano Prosecco Superiore Valdobbiadene, znów mocno chlebowe, złożone i eleganckie. Bez wspomnień zostawiły mnie za to Prosecco z Tenuta Viscone oraz Azienda Agricola Ornella Molon – oba raczej plaskate, nie to, że złe, ale zwyczajne, w degustacyjnym tłumie ginące, choć samodzielnie zapewne całkowicie satysfakcjonujące, zwłaszcza w odpowiednich okolicznościach przyrody.

Następnie na warsztat trafiła Cava – musujące wina hiszpańskie z Katalonii, produkowane metodą tradycyjną, uznawane bywają za tańszą, a niekoniecznie gorszą alternatywę dla szampanów. Zaczęło się kontrowersyjnie, od Deshora Brut, wina, które odrzuciło mnie mało świeżymi nutami grysikowymi i kartonowymi oraz przyciężkimi ustami – innym jednak (np. Mariuszowi Kapczyńskiemu) przypadło do gustu, więc warto przekonać się samemu, że to, ekhem, jednak ja miałem rację. Kolejna butelka przez ogół degustatorów nie została doceniona. Jane Ventura Brut Nature to rzeczywiście trudne, wymagające wino, nie dające łatwej przyjemności – wolę jednak jego wyżyłowaną mineralną wytrawność niż budyniowatą Deshorę, howgh!

Do tej samej kategorii co dwa ostatnie Prosecco zaliczyłbym włoskie Il Roncal Vino Spumante Brut  – wino lekkie, dość zgrabne, ale do szybkiego wypicia i równie szybkiego zapomnienia. Emocje wzrosły wraz z otwarciem La Montina Franciacorta, butelki o dużych ambicjach, ale jakby przeleżałej, dalekiej od świeżości. Furorę zrobiła za to znakomita Franciacorta od Enrico Gattiego, płynnie łącząca wątki krzemienno-drożdżowe, redukcyjne, z prawdziwie odświeżającą głębią owocu i dobrą, mineralną kwasowością. Jako jedno z niewielu, wino to z każdą minutą stawało się w kieliszku lepsze…

Szampańskim rodzynkiem było Mailly Grand Cru – początkowo wiejskie i podwórkowe, przechodzące w winne jabłka, poważne, ale pozostawiające w finiszu przykrą aspirynową goryczkę. Nie błysnął ten szampan, niestety.

Potem przyszedł czas na deser. Bez bicia przyznaję się, że Moscato d’Asti to jest wino w stylistyce obce mi niczym muzyka z San Remo – mówiąc szczerze, jeśli miałbym łączyć słodycz i bąbelki, wolę sięgnąć po krymski Nowyj Swit. Z trzech butelek jakie trafiły na panel najlepsze wrażenie zrobiło na mnie San Maurizio Spumante Dolce 2010, pachnące kwiatowymi pąkami, różaną marmoladą i balsamem do ciała, o słodyczy nieźle nawet zrównoważonej kwasowością. Tej zabrakło butelce od słynnego G.D. Vajry, Moscato s’Asti 2010 – o szybko ulatniających się aromatach i przesadnej słodkości. Zupełnie karykaturalne okazało się natomiast Moscato d’Asti Lodali 2010 – o ledwie wyczuwalnym i raczej odrzucającym aromacie rozpuszczanej tabletki wapna i nieznośnej słodyczy.

Na koniec  zaś, jako odtrutka na małmazyjne miazmaty Moscato, do kieliszków trafiło cudaczne Movia Puro 2003, wino, z którego po wtórnej fermentacji w butelce nie został usunięty osad, więc otwierać trzeba je za pomocą czarodziejskich sztuczek. Mięsne początkowo nuty, przechodzące we włoskie orzechy oraz kawał ciała sprawiają niesamowite wrażenie, choć jest to raczej ciekawostka niż wino wybitne.

Wina się skrzyły w kieliszkach, iskrzyło między panelistami, buzowały emocje, nad stołem przetaczał się perlisty śmiech. Jeden może tylko płynąć morał z tak udanej degustacji – pijmy jak najczęściej wina z naturalnymi bąbelkami, pozwalajmy sobie na relaksujące jacuzzi w smukłym kieliszku.

Blogi pozostałych uczestników ostatniej Konfrontacji:

Vinisfera – Mariusz Kapczyński

Wino w Krakowie – Monika i Andrzej Łazęccy

Książka i Wino – Borysa Lasko

Kobieta i wino – Monika Bielka-Vescovi


Listy w butelce

Pożytecznie jest, nawet takiemu nieuleczalnemu narcyzowi, od czasu do czasu posłuchać krytycznej opinii na temat swojej twórczości. Krytyka, choćby się nie zgadzać w pierwszym odruchu, w pierwotnej autoafirmacji, zostawia w nas ślad, który często wiedzie ku dobremu – bo zmusza do refleksji, wkurza, wytrąca z błogiego samozadowolenia. Niby wiadomo, że krytyk i eunuch z jednej są parafii, że hejterzy hejtują, że sieć chamstwem stoi, pieniactwem i złudną, dającą poczucie bezkarności anonimowością. Czasem jednak da się z tego błota, co po człowieku spływać powinno jak po kaczce woda, wygrzebać jakiś kamyczek, niekoniecznie od razu szlachetny, ale na tyle prawdziwy, by zaczął uwierać.

Ostatnio ktoś, nawiązując do którejś z tutejszych notek, napisał: – Jak można pisać takie rzeczy o sfermentowanym soku z winogron? Strasznie mi to dało do myślenia. Bo może rzeczywiście jest tak, że wino to jest zwykły rolniczy produkt, przetworzony w stopniu nie większym niż pierwsza z brzegu wędlina, i pisanie o nim w sposób inny niż prosty, techniczny opis jest pretensjonalne? Nikt o drobiowym filecie z Bobrownik poezji nie uprawia, więc w sumie przesadne językowe esy-floresy w odniesieniu do wina nie mają racji bytu?

Ale krótko tylko myślałem w ten sposób. Narracyjna siła wina, która sprawia, że wbrew zgorzkniałym sceptykom zawsze będzie ono paliwem mniej czy bardziej udanej twórczości, nie leży jedynie w jego upojnych właściwościach czy fascynującej różnorodności. Wino jest bowiem językiem. Żądać od piszącego o nim, by ograniczał się do empirii, do weryfikowalnych faktów, to tak, jakby od kogoś zajmującego się literaturą wymagać tylko i wyłącznie spostrzeżeń natury edytorskiej. Taki a taki drukarz, taka prasa, taki papier, taka czcionka, taki kerning, taka interlinia. To jest materia, to jest książka, to jest sfermentowany sok z winogron.

W imię czego, jakiej purystycznej zasady mamy jednak odrzucać prawo do krytyki, rozumianej jako interpretacja? Wielu winiarzy to ideowi, twórczy ludzie, którzy mają światu coś do zakomunikowania – swoje przekonania, swoją wizję, swoje zasady. Jako narzędzia komunikacji używają wina, i w tym momencie przestaje ono być tylko sumą swoich fizycznych właściwości, stając się nośnikiem myśli i idei. Negując dyskurs dopuszczający swobodną, konceptualną krytykę win, paradoksalnie odbiera się głos nie tyle odbiorcom, co nadawcom komunikatów – samym winiarzom.

Otrzymałem ostatnio od pana Zbigniewa Gluzy, właściciela firmy Wino z Moraw, o którego działalności już tutaj pisałem, sześć butelek do degustacji. Sześć butelek niezwykłych, bo stworzonych przez morawskich winiarzy z grupy Autentystów – założonej przez poetę, literata i tłumacza, Bogdana Trojaka wraz przyjaciółmi. Stawiają sobie oni za cel odkrywanie autentycznej ekspresji morawskiego terroir poprzez nieinterwencjonistyczne podejście do uprawy i jak najbardziej tradycyjną winifikację – naturalne drożdże, żadnego filtrowania, długa maceracja na skórkach…

Każda z tych sześciu butelek to była butelka z listem w środku. Z komunikatem. Jego zignorowanie, skupienie się wyłącznie na organoleptycznych właściwościach win byłoby nieuczciwością – nim dojdą do swojego stylu musi minąć trochę czasu, a wszak już są fascynującym świadectwem zmian w mentalności winiarzy, zachodzących w naszym regionie, oraz niezwykłego indywidualizmu ich twórców. A przy okazji to po prostu – w większości – bardzo dobre wina.

Sylvánské zelené 2010 od Petra Kocarika to fantastyczne wino w stylu przywodzącym na myśl Pierre’a Fricka – nieco apteczne, nieco cytrusowe, o pełnych ustach, z doskonałą kwasowością i bogactwem materii, poważne, świeże i solidne. Cuvée Letohrádek 2010 z Vinarstvi Korab to bardzo ciekawe, przy swej delikatności, wino, zrobione z Ryzlinku rynskiego i Sauvignonu. Lekko musujące, o aromatach nieco podwórkowych, z naturalistyczną kiszonką, a do tego jabłka i słodsza, jakby waniliowa nuta. Usta równe z nosem, bardzo świeże, o lekkiej budowie, z delikatnymi bąbelkami na języku. Przedpołudniowe, wakacyjne wino z biologicznym pazurem i dobrą strukturą – słowem, duży fun. Znowuż Veltlínské zelené 2009 z Vnarstvi Vykoukal to porządna, klasyczna interpretacja szczepu, krągła i pełna, z jabłkowo-gruszkowo-mineralnymi aromatami i długimi, dobrze zbudowanymi ustami.

Znakomicie wypadły też autentystyczne wina czerwone.  Zwiegletrebe 2008 od Jaroslava Osički w nosie atakuje brusznicą, nutami mięsnymi i mentolowymi  w treściwym, węgierskim nieco stylu. Usta sprężyste, o dobrej kwasowości – oto proste, ale uczciwe wino. Ota Ševčík znowuż sprawił mi wiele radości swoim Cabernet Sauvignon 2009. Było znowuż prosto, ale nad wyraz zrównoważenie.  Nos dość pikantny, odrobinę piwniczny, ale z fajnym owocem obiecywał wino co najmniej niezłe, jednak usta okazały jeszcze ciekawsze, bo przyjemne zaokrąglone, aksamitne i szczodre, bez śladu chłopskiej szorstkości.

Jedno jedyne wino Autentystów, które zbyt było dziwaczne, by je uznać za dobre, to Vin Natur Divý Ryšak 2009 z Vinarstvi Richard Stávek. Bladoróżowe wino, o którym nie wiem nic, poza tym, że redukcyjne wątki spalonych opon i siarki totalnie je zdominowały, i miast ulatywać, z każdą minutą odbierały winu lekkość i świeżość – choć tliły się one w tle, jakiś melon jakieś truskawki w śmietanie… Coś nie wyszło tutaj jednak. Mam nadzieję, że to wada tej konkretnej butelki.

To jednak, zda się, wypadek przy pracy. Autentyści en masse są warci naszej uwagi i naszych pieniędzy. Nie zawiedzie się ani ten, kto będzie chciał, moim wzorem, wsłuchać się w to, co mają do powiedzenia ich wina, ani ten, komu wystarczy do szczęścia sfermentowany sok z winogron.

PS. O winach Autentystów możecie poczytać także u Mariusza Kapczyńskiego oraz na czechofilskim blogu Tajnosti.


Jeszcze będzie różowo

Jedno z najciekawszych win panelu

Osobiście jestem wielkim admiratorem koloru różowego – może nie aż taki jak Jola Rutowicz, ale prawie. Dlatego bardzo ucieszyła mnie informacja, że w ramach Winiarskich Konfrontacji degustować będziemy wina różowe. Pogoda, remont oraz liczne zajęcia dodatkowe nie sprzyjały jednak potem opracowaniu dość bogatego materiału z degustacji, swoimi notkami dzielę się więc chyba jako ostatni uczestnik Konfrontacji – za co wszystkich zainteresowanych serdecznie przepraszam i posypuję głowę różowym brokatem.

Spotkanie rozpoczęliśmy od dwóch win musujących. Furlan Spumante Rosé Brut przywitał nas wdzięcznym majtkowym kolorem i pienistością proszku do prania. Aromatycznie dość powściągliwe, nieco biszkopta i truskawek posypanych cukrem. Do tego usta raczej niepoważne, z kwasowością cytrynowego kwasku, szybko ginącymi bąbelkami i słodkawym, oranżadowym finiszem. Zupełnie innej wagi wrażenia oferował szampan Camille Save, Cuvee Rosé Brut, Bouzy Gran Cru – ze swoim płowym, miedzianym odcieniem, ewoluowanym nosem pełnym winnych jesiennych jabłek i akcentów piwnicznych oraz odrobiną czekolady. Usta dosyć cięte, o ładnym ciele, ale i długiej, ostrej kwasowości różowych grejpfrutów… Dla mnie bomba.

Niezbyt imponująco zaprezentowała się Hiszpanii. Ani kurzowo-warzywne w bukiecie i likierowo-alkoholowe w smaku Quinta El Refugio 2009 z Toro, utrzymane w nieznośnym stylu ekspresyjnych win różowych na granicy czerwoności, ani  Mi Villa Rosado 2010 z Riojy, łącząca zapach likierowego owocu i drożdżowego ciasta z ustami landrynkowo słodkimi i zielono kwasowymi.

Mniej jednoznacznie wypadły Włochy, choć o olśnieniach mówić ciężko. Interesujące Mateo Braidot Blush Pinot Grigio 2010 z Veneto, La Valentina Montepulciano d’Abruzzo 2009 z Cerasuolo  oraz Pravis Sort’Magre Schiava Gentile 2009 z rzadkiego u nas regionu Vigneti delle Dolomiti pomimo pewnych różnic reprezentowały zbliżony styl – lekki, eteryczny wręcz. Pijalność spora, doznań niewiele, zwłaszcza w przypadku La Valentiny. Bardzo kontrowersyjnie wypadła inna butelka z tej samej apelacji, Valle Reale 2009 Vigneto Ville Nuovo – z pudrowymi cukierkami owocowymi w nosie i sporym zamieszaniem alkoholowo-cukrowym w ustach, któremu przygląda się jakby z boku zawstydzony, kompotowy owoc.

Show ukradły za to wina z Europy Środkowo-Wschodniej, która nie bez kozery uchodzi za różową ziemię obiecaną. Świetne, kulturalne pomimo spiętrzenia wrażeń Rosito 2009 ot Toniego Hartla. Ziołowe, pachnące konopiami i agrestem, bardzo równe Cabernet Sauvignon rosé 2010 od Tamasa Duzsiego czy pikantne, pomarańczowo-herbaciane Cabernet Moravia Rosé od znanego i lubianego inżyniera Abrle  Nawet rozwarstwione nieco w ustach Zweigeltrebe rosé 2009 od Radomila Balouna obroniło się świeżym, cytrusowo-różanym rejestrem aromatycznym. Mniej oczywiste zachwyty wzbudza wino do którego mam osobiście słabość – będący sporą ciekawostka Zempleni Pinot Noir Pendits 2009, różowe wino wytwarzane w Tokaju.

Bardzo dzielnie obronił się jedyny reprezentant Nowego Świata, Aresti 2010 Estate Collection z Chile. Nos cytrusowy, z pomelo i herbatą, usta o dobrej długości, smakach brzoskwiniowych i jabłkowych i lekkiej słoności w finiszu. Po prostu dobrze zrobione wino – i kto by się spodziewał?

No i na koniec dwie ciekawostki. Cramele Resac z rumuńskiej Dacji, czyli Merlot rosé – w nosie obora pełna poziomek, do tego wątki jogurtowo-mleczne, ale usta  solidnie zbudowane, rześki i winne. I wreszcie Marani Saperavi rosé 2010 – pachnące kremem do ciała i parfumą, niby kwasowe, ale w końcówce jakby zetlałe, piwne i goryczkowe.

Ach, nie wypada zapomnieć. Polską sherry też odkrywaliśmy – Bielkowin 1996, czyli wino z przydomowych winogron niewiadomej proweniencji, utlenione aż miło, smakujące rosołem i włoskimi orzechami. Urocza rzecz, ale, wybaczcie, kompletnie nie do dostania.

Wnioski? Pod nieobecność prostszych francuski win z Andegawenii czy Prowansji oraz prestiżowej apelacji Tavel prym wiodły butelki z szeroko rozumianych naszych stron. Biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia o wysokiej jakości polskich win rosé, wygląda na to, że możemy stać się w tej kategorii pępkiem świata – i niech chociaż w tym sensie będzie różowo!

Poniżej znaleźć można relacje innych uczestników Konfrontacji:

Vinisfera – Mariusz Kapczyński

Wino w Krakowie – Monika i Andrzej Łazęccy

Książka i Wino – Borysa Lasko

Kobieta i wino – Monika Bielka-Vescovi (tutaj także informacje o cenach i importerach)