Fatalone zauroczenie

Spóźniać się nie znoszę, bo mam zawsze wrażenie, że coś mnie omija. Długi czas zajęło mi zrozumienie, że czasami wypada być fashionably late, że wpadanie na zapowiedziane na godzinę dwudziestą urodziny o tejże dwudziestej kończy się podpieraniem ściany przez trzy bite godziny, a wybranie się do klubu muzycznego przed pierwszą w nocy jest oznaką wiochy i ogólnie pojętego zgredziarstwa.

Dlatego nie cieszy mnie wcale, że się na Winny Wtorek spóźniam o równy tydzień – na swoje usprawiedliwienie mam tyko to, że to inne winne sprawy uniemożliwiły mi odbycie degustacji Primitivo w odpowiednim terminie. Ale oto, pospiesznie, nadrabiam, sięgając po wino, które nie daje mi spokoju i zawsze budzi skrajne uczucia – Fatalone Gioia del Collie 2005 z Aziende Agricola Pasquale Petrera di Orfino Rosa, dystrybuowane przez Wina.pl

Posłuchajcie: sześć hektarów zaledwie, winnica zarośnięta na dziko, bez pielenia, minimum siarki – i żadnego dębu! Efekt jest wstrząsający. Nos dziki, bagienny, jednocześnie i słodki i mięsny, jak dziczyzna z żurawiną, skórzano-lakierowy, w klimacie samochodowej tapicerki i benzyny, z nutką terpentyny i żużlu, a zarazem nieco balsamiczny, pełny słodkiego owocu. W ustach jest znowuż długie i zbalansowane, z niezłym, świeżym owocem, dobrą kwasowością ciepłe, gorące wręcz, z taninami pełnymi siły, w idealnym wieku – ale całość dostajemy w słodkim, likierowo-wiśniowym opakowaniu.

Jest w Fatalone coś drażniącego, ta przenikająca je słodycz wkurza mnie jako zaprzysięgłego miłośnika klimatów północnych, a z drugiej strony nieodparta i niezaprzeczalna świeżość, elegancja i organiczny pazur nie pozwalają się oderwać od kieliszka. Jak mi miły Piemont i Burgundia, ja sobie tu będę sączył, a wy się odwróćcie i udawajmy, że nic się nie dzieje…

 

Inni winni wtorkowicze:

Czerwone czy białe

Winniczek.eu

Nasze wina

Do trzech dych

Białe nad czerwonym

SStarwines

Uncle Matt in Travel

Bordowe

Viniculture

Książka i Wino


Toskania okiem małpy

Zanim się jeszcze same ułożą w spójną całość wrażenia z Toskanii – po garści ogólnych spostrzeżeń czas na kilka zdjęć. Obrazy te też się w żadną koherentną opowieść bynajmniej nie układają, bo  jestem na bakier ze szlachetną sztuką fotografii i nawet najprostszy automat typu małpa w moich rękach zamienia się w wyrafinowane narzędzie do oszpecania ludzi i przekłamywania wyglądu fotografowanych miejsc. Proszę więc o wyrozumiałość dla tej fragmentarycznej relacji, mając nadzieję, że się Toskania sama przed obiektywem małpki mojej obroni.

Ta przepiękna willa, zaprojektowana przez Michała Anioła lub jego współpracowników, należy, podobnie jak winnica Tenuta I Colazzi, do rodziny Marchi i znajduje się w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Miłośników brytyjskiej rodziny królewskiej zaintrygować może fakt, że łożę dzielili tu niegdyś Książę Karol i Diana,  a stałym gościem bywała Królowa Matka.

Z zawołania herbowego wywiedziona została nazwa podstawowego wina Tenuta i Collazi – kupażu Syrah, Merlota i Sagiovese Libertà.

Dwa powyższe obiekty uwiecznione przez małpkę to zabudowania słynnej Fattoria di Felsina. A teraz coś dla wszystkich, którzy zastanawiali się kiedyś, jak wygląda granica pomiędzy apelacjami. Otóż granica między Chianti Classico i Chianti Colli Senesi przebiegająca przez Felsinę, wygląda tak:

Zapraszam do obstawiania, po której stronie drogi która znajduje się która apelacja. Nagród niestety nie przewidziano.

Na zdjęciu górnym winorośl, a na dolnym drzewa oliwne, z których powstają słynne jednoszczepowe oliwy Felsiny, oczko w głowie właścicieli. Ich degustacja to ciekawa sprawa – osobiście skłaniam się ku Pendolino 2010

Będzie, będzie już tej feerii obrazów, bo się w głowie kręcić zaczyna – nie od oliwy przecież, więc pewnikiem od widoków. Do zobaczenia wkrótce!


Tradycja kontratakuje

Wino wyjazdu - niezrównana balsamiczna elegancja i równowaga

Zachwycić się Toskanią to jest taki banał, że aż mi wstyd, więc sobie daruję. Komu żal, niech sięgnie po Herberta czy Muratowa, a po ich lekturze będzie miał w głowie Toskanię odmalowaną jak przez największych mistrzów włoskiego quattrocenta – więc nic tu po moich bohomazach. Jednak ochy i achy nad niezrównanym pięknem toskańskiego krajobrazu nie powinny nikomu przysłonić okrutnej prawdy: tutaj, wśród bukolicznych pagórków, strzelistych cyprysów i arcydzieł renesansu, toczy się bezwzględna wojna. Jej rezultat pozostaje niepewny, bitwy są ciche, a najeźdźcy noszą koszulki polo od Ralpha Laurena wzwyż.

Idzie mi o wielki wysiłek, jaki musi wkładać Toskania w to, by nie stać się karykaturą samej siebie, Baudrillardowskim symulakrum, by jednocześnie odpowiadać zrodzonemu przez popkulturę i dokarmianemu regularnie nowymi dziełkami obrazowi raju na ziemi – i się przy tym nie zatracić w Disneylandzie globalnej turystyki i bezwzględnej mediatyzacji. Póki co chłód starych murów i cień rozłożystych gałęzi wchłaniają nader sprawnie transoceanicznych turystów, którzy zresztą wydają się tutaj jakby spokojniejsi, onieśmieleni, cichsi, mniej niebezpieczni – przynajmniej w miejscach nas interesujących, małych mieścinach wokół których rozciągają się winnice, bowiem Florencja czy Siena zadeptywane są klapkami wrażych armii i rozjeżdżane autokarami z taką intensywnością, że chce się wyć, uciekać i kryć pośród krzewów Sangiovese.

Nie pisałbym o tym wszystkim, gdyby front tej wojny nie przebiegał także wśród winorośli i winnic. Wojna tutaj toczona, wojna o tradycję, rynki zbytu, stylistykę, wojna o to, jak stare ma być stare i jak nowe ma być nowe, to rzecz absolutnie fascynująca. Jako że relacjonowanie wojennych zmagań może być pierwszym krokiem do literackiego Nobla, o czym dobitnie świadczy przykład Winstona Churchilla, donoszę prosto z frontu – trwa wojna pozycyjna.

Najeźdźczą stronę reprezentują wina zwane, od nazwiska amerykańskiego krytyka-wyroczni, Parkerowskimi. To panom Parkerowi, Jamesowi Sucklingowi et consortes, mówiąc w dużym uproszczeniu, zawdzięczamy „międzynarodowy styl”, czyli oderwanie wina od tradycji i terroir i oddanie go we władanie drewna. Hiperekstrakcja, dążenie do potęgi, maksymalne śrubowanie długości i rozpierającej mocy dębowych tanin skazały miliony hektolitrów tutejszego wina na odsiadkę, często wieloletnią, w celach o pojemności 225 litrów – barrique z francuskiego dębu. Wina z mocno wypalanych beczek potrafią porazić, oszołomić, uderzyć, ale nie mogą – mnie i według mnie – zachwycić. Bywają oczywiście robione lepiej i gorzej, i te lepsze warto docenić, mogą być wręcz obezwładniające w swej przesadnej ekspresji. Jednak degustując etykiety tego typu ma się wrażenie pewnej przypadkowości: alkoholowy potworek czy wino rozważne w swej mocy – tu nie ma żadnej reguły, wiele zależy od rocznika czy nieustannych zmian w procesie winifikacji, wprowadzanych przez winnicę w poszukiwaniu własnego stylu i rynkowego sukcesu…

Nie tylko ja najwyraźniej odnoszę takie wrażenie, bowiem szala zwycięstwa przechyla się w tym momencie w drugą stronę. To biegun win tradycyjnych, dębem zaledwie doprawionych, zrównoważonych, szukających głębi, a nie wyżyn. O barrique nie mówi się już w Toskanii z dumą, ale raczej z pewnym wstydem, podkreślając powrót do dużych beczek z dębu slawońskiego. Coraz większe znaczenie zyskuje praca na winnicy, w zasłużoną pogardę popadają winiarskie dopalacze –i pojawia się w związku z tym nadzieja, że niesamowity potencjał kryjący się w toskańskich terroirs znajdzie wreszcie ujście, że międzynarodowy styl zastąpią lokalne patenty. Nadmorska Maremma zamiast silić się na bordoską potęgę odkryje mineralny potencjał win białych, Chianti odzyska równowagę między owocową ekstrakcją a kwasowością i zapoda nam oldskul za którym wszyscy tęsknią, a nowe, małe apelacje szukać będą swojej odrębnej, własnej drogi.

Proces poszukiwania optymalnego wyrazu gleby, geograficznego położenia oraz lokalnej kultury to najlepsza mapa drogowa, prowadząca do pokoju w wojnie między moderną a tradycją. To toskańska winnica, w której wino zostaje zakorkowane, powinna decydować o jego charakterze – nie amerykańska restauracja, w której korek wyciągnie z niego zmanierowany kelner.


Apellation d’origine Flaubert

Gustawa Flauberta większość kojarzy z jego najsłynniejszym dziełem, które miało nieszczęście trafić do kanonu szkolnych lektur, a więc Panią Bovary, odważnym studium kobiecości skazanej na konwenans i konwenansem wykończonej. W pamięć poza perypetiami tytułowej bohaterki  zapadł zwłaszcza bon-mot Flauberta: – Pani Bovary to ja! Choć w wieku szkolnym prześladowała mnie wizja malutkiego i okrągłego jak piłeczka Gustawa, który stroi się w podwiązki i wygłasza te słynne słowa wdzięcząc się do lustra, dziś dostrzegam wagę jego stwierdzenia. Odczytuję je jako nie tyle nawet utożsamienie autora z dziełem, co mężczyzny z kobietą, nieświadomie subwersywną deklarację równości płci wyprzedzającą o lata świetlne nauki genderowe.

Jednak  spod pióra nadzwyczaj płodnego literacko Flauberta wyszedł też, znany w Polsce zaledwie garstce miłośników i specjalistów, Słownik komunałów. Po mistrzowsku rozprawia się w nim Flaubert z  modnymi i bezmyślnie powtarzanymi podówczas na paryskich salonach kliszami, frazesami, wytartymi paradoksami, przesadną czułostkowością i pseudo-erudycyjnym scjentyzmem. Taki słownik komunałów to oczywiście projekt, który nigdy nie może być ukończony (w takich Flaubert się specjalizował), a na osobną edycję lub choćby suplement zasługiwałaby każda, najwęższa nawet dziedzina.

Bez trudu mogę na przykład wyobrazić sobie słownik komunałów winiarskich:

Szampan – dobry na kaca, ale ceny zbyt wyśrubowane, ręcznie obraca go w piwnicy francuski hrabia.

Rosé – kiedyś obciach, teraz rzecz modna, czy wiedzą państwo że wcale nie powstaje z wymieszania wina czerwonego z białym?

Biodynamika – niby czary mary na winnicy, ale pewne badania potwierdzają, że to naprawdę działa.

Wino kobiece –

I tu się na chwilkę zatrzymajmy, bo właśnie kliszę „kobiecego wina” chciałbym prześwietlić. Cóż by to miało znaczyć, wino kobiece? Że słodkawe i mdławe, wątłe jako kibić białogłowy, więc powinno „naszym paniom” wystarczyć, podczas gdy my, samcza elita winiarskiego światka, raczyć się będziemy prawdziwymi cymesami?

Doprawdy, trudno o kategorię, która bardziej by bazowała na idiotycznych zgoła stereotypach. Żadna, żadna dosłownie z kobiet które znam, a które się winem interesują bardziej poważnie, nie gustuje w winach nazywanych często kobiecymi – są one bowiem pijane z równą ochotą przez przedstawicieli obu płci, którym akurat takie a nie inne wina smakują. Znam dziewczyny, które za insynuowanie winnych preferencji w oparciu o seksistowskie profilowanie gotowe byłyby mentalnie dać delikwentowi w papę – i chętnie temu przyklasnę. Podobnie bowiem rzecz ma się w moim przypadku z winami nazywanymi „męskimi”. Jeżeli przepalona beczka, ekstrakcja w stylu Hulka Hogana i garbniki szorstkie jak trzydniowy zarost mają być męskie, to ja uprzejmie dziękuję.

Wina są dobre i złe, degustatorzy są mniej i bardziej wprawni, są gusta i guściki. Ale wino nie ma płci. Nigdy dość przypominania o tym, nigdy dość rozbijania szklanego sufitu z butelkowego szkła. Pani Bovary – to ja.


De gustibus disputandum est

Jak wiadomo  gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Z tej przyrodzonej nam skłonności do sejmikowego gardłowania i uderzania pięścią w stół, bez wahania zgodziłem się uczestniczyć w Winiarskich Konfrontacjach – już sama nazwa tej inicjatywy pachnie bowiem na kilometr karczemną zwadą i bezlitosnym bigosowaniem. Idea jest prosta – zbierzmy osoby, które piszą o winie, podajmy do stołu w ramach ślepej degustacji wina otrzymane  od importerów,  i niech się gryzipiórki biorą za  łby!

Rzeczywistość, jak to ma zwyczaju, zaskoczyła. Zebrani, zacne grono mądrych głów,  których autorytetem wasz skromny sprawozdawca czuł się co najmniej onieśmielony, byli bowiem nadzwyczaj zgodni. Z wyjątkiem kilku zdań odrębnych  odnośnie niektórych etykiet, generalnie osiągnięto consensus godny, ekhem, najlepszych tradycji polskiego parlamentaryzmu.

Tematem głównym były kupaże bordoskie z różnych rejonów (choć trafiły też na panel inne butelki) . Dlatego cieszy, że najlepszym winem wieczoru wybrane zostało jednogłośnie Chateau La Graverie 2009, AOC Cotes du Bourg z Wine Garage, wino ab origine bordoskie, a przy tym biodynamiczne.  Organiczną proweniencję wina zwiastowały pierwsze, redukcyjne, siarkowo-podwórkowe nuty w nosie, spod których wyłaniały się świeże i soczyste owoce – bez kompotowej przejrzałości. Usta lekkie i zrównoważone zarazem, o dobrej kwasowości,   bardzo pijalne… Świetne, świeże codzienne Bordeaux.

Mnie bardzo do gustu przypadło również wino Digia Batzelli 2009 z Bolgheri, importowane przez Barrique. Nos ze słodkim akcentem wiśniowym i nutami dębowymi, niezbyt wyrazisty, nie zapowiadał tak długiego, mocnego wina o solidnych taninach, dobrym owocu. Mentolowy akcent w finiszu dopełnił dobrego wrażenia.

Drugie wino od tego producenta, który wraz z żoną gościł na panelu, to już nie moja  bajka – Tam 2006 to perwersyjnie ściągające, drewniane wino dla miłośników parkerowskiego prężenia muskuł. Podobnie kolejny włoski zawodnik, Borgo San Daniele Arbis Ros 2005 z Friuli od  Salute. Oparte w 80% na Pignolo wino mimo obiecujących nawet wątków balsamicznych okazało się suche jak ściółka w sierpniu, ściągające – a przy tym mniej rozbudowane niż Tam.

Klasyczny bordoski kupaż reprezentowała Poncaia 2007 z Collio Roso, Subida di Monte (od Restaurcji Il Calzone). Czereśniowy nos bardzo poprawny, choć  niezbyt charakterystyczny, ustom brakowało jednak owocu – przy porządnych, acz dębowych taninach, które miłośnikom tego stylu mogą się podobać.

Za dobre w swoich kategoriach uznać należy także Vina Perez Cruz 2006 od Quelen z chilijskiej Doliny  Maipo – momentalnie rozpoznawalne, mimo degustowania w ciemno, przez słodki do granic wytrzymałości zapach dżemu z kwiatów bzu, walczący w nosie o prymat z równie intensywnym lakierem do paznokci. W ustach przebija się alkohol, konfiturowe owoce i moc ekstrakcji – bo jest to wino, które dąży do mocy, nie bawiąc się po drodze w złożoność. Dla amatorów tego typu doznań.

Drugą stroną beczkowego medalu jest Görögszó 2006 od Tamasa Duzsiego z Szekszardu – tutaj nie ma ekstraktywnego owocu, bo jesteśmy na Północy, ale jest ta sama intensywna, dominująca beczka, która sprawia, że wino pachnie jak chipsy Peppie’s Bacon, a usta ma puste, jakby wydrążone, pełne głównie alkoholu.

Reprezentacja Francji, z wyjątkiem gwiazdy wieczoru, wypadła przeciętnie. Medok Chateau Lousteauneuf  2007 z Louestau (MJA Distribution) intrygował zapachowymi nutami bobu i białej fasoli w zalewie, spod zacnych strączkowych zapodając jednakowoż beczką. Usta były dość płaskie, bez fanaberii, ale zrobione solidnie i uczciwie, nawet na swój sposób eleganckie – jak chłop w niedzielę strojący się do kościoła. Za to Chateau la Croix 2004 z Lalande de Pomerol (Sobiesław Zasada Import Win) niestety, zamiast energii pana Sobiesława, emanował głównie kurzem i ziemistą gnuśnością, w smaku także okazując się zdechławy i przeleżany.

Na koniec odnotować warto dwubutelkową ekipę z Gruzji. Zarówno Khvanchkara Marani 2009 z Rachy, o pikatnym, truskawkowo-przyprawowym nosie, jak i Kindzmarauli Marani 2009 z Kachetii¸ o aromatach słodko-bagnistych, miały typową gruzińską słodycz, do której przyjdzie mi się jeszcze przyzwyczaić – choć tę ostatnią flaszkę, wyrazistą w charakterze, można spokojnie przynieść do babci na podwieczorek i wypić samemu lwią część.

Cudowna to rzecz, pić wino z ludźmi, którym się chce i którzy wiedzą, czego chcą i dyskutować z nimi o gustach. Dlatego podczas pierwszych Winiarskich Konfrontacji chętniej chwytaliśmy za kielichy niż za szabelki, i nikt się nie kładł Rejtanem, nawet w wyniku zmęczenia degustowaniem. A że na drugie spotkanie zapowiadane są wina różowe, istnieje duża szansa, że duch pokoju i miłości nadal będzie unosił się nad naszymi spotkaniami. Jakby to wieszcz powiedział: Kochajmy się!


Jura wyszła

Wine Garage przy ul. Poselskiej

Wino to, jak już tu pisałem niejednokrotnie, zdecydowanie więcej niż wino. To ludzie, którzy je tworzą i z którymi je pijemy – oraz miejsca im oddane. Każdy, kto pije wino na serio, rysuje w sercu własną topografię, mapę, na której nowe odkrycia i doświadczenia naznaczają się, niczym biały obrus, kolejnymi kroplami wina, którym nieuważnie pozwolimy spłynąć po połyskliwym ciele butelki.

Proszę spojrzeć, ta tutaj plamka na przykład.  Jest już nieco wypłowiała – to nie zasługa jednak wybielacza od cioci z Ameryki, ale bezwzględnego czasu. To Szafa Win na Kazimierza Wielkiego w Krakowie, gdzie pod czujnym okiem Przemka przechodziłem winiarskie rytuały przejścia. Same wina zatarły się w pamięci, wielu ówczesnych swych zachwytów bym się wstydził dziś zapewne – ale miejsce trwa, Szafa gra, Przemek jak dawniej czeka, z dobrym winem, dobrą muzyką, dobrymi książkami i dobrą nowiną.

Te znowuż dwie plamy są stosunkowo świeże, jedna z nich jeszcze nawet do końca nie wsiąkła w materię miasta. To Wine Garage – starszy, na ulicy Józefitów i nowy, na Poselskiej. Tutaj jest nowocześnie, designersko i bezpretensjonalnie, w stylu berlińskim czy skandynawskim. Tutaj leje się wino naturalne, organiczne, biodynamiczne, tokaje Marty Wille-Baumkauf  i morawskie wina inżyniera Abrlego. Tutaj gotuje Agnieszka, a wierzcie mi, że tak gotować niewielu w tym kraju potrafi – a do tego, co jeszcze rzadsze, korzysta z naturalnych składników o sprawdzonym, kontrolowanym pochodzeniu. Tutaj Mariusz doskonali się w sztuce pogodnej melancholii. Tutaj czas płynie wolno, za to wino – zdarza się – szybko, a wraz z nim płyną rozmowy o wszystkim i o niczym, o imponderabiliach i pierdołach, winie i jedzeniu, sensie i bezsensie, przeszłości i przyszłości.

Ta z kolei plama jest za to duża i już po kolorze widać, że z pucharu szlachetnego trunku uroniona. To Vinoteka w Pasażu 13 na Rynku – jest tu bistro, gdzie można na kieliszki spróbować ciekawych win i coś małego przekąsić, jest sklep spożywczy dla wymagających gurmandzistów, pełen dóbr wszelakich, zwłaszcza pochodzenia włoskiego, jest wreszcie sam sklep z winem, także głównie włoskim, dobrze pojętym mainstreamowym topem (Mann z Alzacji, Haas z Trydentu, Fattoria di Felsina z Toskanii). Przede wszystkim jednak jest tu świetna ekipa, która winną pasję docenia i w mgnieniu oka rozpoznaje kto swój, a kto dyletant czy snob. Często można mnie tu spotkać, oj, często.

No i wreszcie jest ta nowa plamka, świeża, zarazem żywa i bledziuchna, jak najlepsze środkowoeuropejskie czerwone wina. To Winoman przy ulicy św. Tomasza. Pod tym numerem mieściła się niegdyś licznie nawiedzana przez opiniotwórcze, medialno-michnikowe kręgi Herbaciarnia Nr 1 (to były czasy kultowej, humorystycznej ostatniej strony krakowskiego dodatku do Gazety Wyborczej, zwanej The End, która zasługuje bezsprzecznie na osobną monografię) , potem mniej popularna Pizzeria pod Amorem. Teraz panuje tutaj wino z naszych, a więc zwłaszcza moich, stron – tokaje Kikelet (polecam podstawowy Furmint!) i te od Zsolatana Demetera, morawskie wina od Balouna, dostać można też flaszki polskie, od Płochockich, Jaworka, Krojciga… Tylko bym trochę wnętrze Winomana zmienił, z restauracyjnego na bardziej barowe, bo wina i ich ceny wołają o więcej luzu – którego nikomu tu nie brakuje.

To zaledwie kilka plamek, uzbierałoby się ich zapewne o wiele, wiele więcej, cała konstelacja. Ale i tak każdy z nas, pijących wino na serio, marzy o swojej własnej plamce. Miejscu, gdzie po selekcjonowane przez nas butelki z mniej znanych apelacji Beaujolais czy z Friuli ustawiałyby się długie kolejki, ludzie robiliby zapisy na flaszki od biodynamików z Loary i na musujące wina z Wysp Brytyjskich , a nie tak wcale późnym wieczorem na szybie wywieszalibyśmy, ku rozpaczy kłębiącego się na zewnątrz tłumu (jak to sobie wymarzył Sebastian), karteczkę z napisem „Jura wyszła”…

Póki co jednak dziękujmy za to, co mamy, tym, którzy potrafili kroplą swoich marzeń naznaczyć nasz świat.


Węgier w kredensie

Krakowski Kredens to jest marka, która budzi entuzjazm wszerz i wzdłuż ukochanej Ojczyzny oraz zgrzytanie zębów w samym Krakowie – żeruje bowiem na stereotypowym postrzeganiu Krakowa jako miasta wąsatych mieszczan w melonikach, wiecznych Dulskich, nadętych jak Zielony Balonik nałogowych nudziarzy zapatrzonych w obsrany przez muchy portret Najjaśniejszego Pana. Ale gdyby nie lecąca na łeb, na szyję jakość produktów sprzedawanych pod szyldem Kredensu, miarkowałbym się z krytyką, bo ten specyficzny klimat marki bywa rzeczywiście urzekający, a moje krakówkowe wydziwianie może być tylko dowodem na trafność spostrzeżeń kredensowych twórców…

Więc gdy przypadło w udziale wybrednej i wydziwiającej frakcji krakowskiej wybieranie win do degustowania w ramach kolejnego blogerskiego Winnego Wtorku – frakcji, nadmieńmy, składającej się z wyżej wymienionego oraz z Borysy – perwersyjny tok naszych myśli doprowadził do win sprzedawanych właśnie pod własną marką Krakowskiego Kredensu. Oczywiście, nie bez znaczenia był fakt, że wina te tworzone są przez uznawanych węgierskich producentów: tokaje kredensowe pochodzą bowiem od Patriciusa, biały Eger od Thummerera, Egri Bikaver zaś od Lajosa Gala. Te dwie ostatnie właśnie pozycje trafiły na warsztat w ten wtorek.

Forras Egri Cuvee 2009 Thummerera jest kupażem Kiralyeanki i Leanyki – da się w nim wyczuć nuty białych kwiatów, lipowe, podbite cytrusami, ale i niepokojący wątek herbaciany, mało szlachetny, szmaciany wręcz, trawiasto-zielony, z domieszką ogórków małosolnych. Usta są puste jak sala Sejmu podczas najważniejszych debat, nieczyste, trawiaste, krótkie, z landrynkowym tyłem. Bez rewelacji, niestety, w porównaniu z ogółem eleganckiego portfolio Thummerera robi to wino wrażenie wstydliwego produktu ubocznego.

Ciut lepiej rzecz ma się z Egri Bikaver 2007 od Lajosa Gala. Dość wspomnieć, że sam doktor Gal chwalił się wejściem jego byczej krwi w kredensową paletę. Oczywiście, nie ma mowy o odlotach, czterdzieści mniej-więcej złotych to jest za tę etykietę o dziesięć za dużo – ale tu jakaś owocowa uczciwość i prostota, upajająca oczywistość wolna od warzywnej, beczkowej zmuły, tak częstej w egerskich winach. Gdyby tylko korki nie wyglądały tak podejrzanie, a same wina nie balansowały na granicy korkowości…

A tak rzeczywistość niestety skrzeczy, i mniejsza o to, że akurat skrzeczy po węgiersku. Wpychać te wina proszę do kredensu , polewać, gdy wszystkim jest już wszystko jedno i udawać, że nic się nie stało.

Inni wtorkowicze w ataku:

Nasze Wina

Białe nad czerwonym

Winne Przygody

Sstarwines — Forras Egri Cuvee

Sstarwines — Egri Bikaver

Uncle Matt in Travel

Czerwone czy białe?

Winniczek

Viniculture