Korek i bomba

Spośród niezliczonych typów degustatorów, koneserów, podpijaczy, blogerów, aktywistów, szyderców, poetów kieliszka i w ogóle wszelkiej maści miłośników wina, jeden jest moim ulubionym. To besserwisser – taki, co zawsze wie lepiej. Wystarczy jedna-dwie wspólne degustacje, by takiego typa zidentyfikować. Nie ma producenta, którego by nie znał. Wina, którego by nie próbował. Regionu, którego by nie odwiedził. Nazwiska, które by coś mu nie mówiło – nawet, jeśli właśnie przed chwilą, w celu ostatecznej identyfikacji besserwissera, nazwisko to zmyśliliśmy.

Oczywiście, należy odróżnić patologiczne besserwisserstwo od zwykłego mistykowania – jak zwykł to nazywać jeden z moich przyjaciół – czyli blefu, który się każdemu od czasu do czasu zdarza. W moim przypadku wynika to zwykle tyleż ze względów konformistycznych, co ekonomicznych – do nieznajomości tego czy owego zdarza mi się bowiem nie przyznawać w towarzystwie gaduł, które zdecydowanie preferują monolog nad dialogiem. W ich przypadku szkoda mi po prostu czasu, wolę grzecznie potakiwać w wyczekiwaniu chwili, gdy na horyzoncie mignie inny znajomy, dając pretekst do ucieczki.

W każdym innym, zacnym gronie – a za takie uważam czytelników Kontretykiety – do braków przyznaję się chętnie. W końcu to jedyny tak naprawdę skuteczny sposób, by się czegoś nauczyć, a zarazem rodzaj cichego hołdu wobec bezgranicznego bogactwa, jakim świat wina mami nas i zachwyca.

Do niedawna jeszcze polskie winiarstwo było polem, na którym besserwisserstwo nie wymagało szczególnego wysiłku – zwłaszcza, jeśli chodzi o producentów, którzy weszli do legalnego obiegu, a których można było ich zliczyć na palcach jednej ręki. Dlatego z tym większą przyjemnością się przyznaję – nie miałem pojęcia o istnieniu Winnicy Saint Vincent, która wbrew szumnej nazwie nasza jest, swojska, lubuska. Mieści się w Borowie Wielkim, a jej wina odkryłem nie podczas Konwentu Polskich Winiarzy ani żadnej innej branżowej imprezy, ale w sklepie pod domem. Podwójne zaskoczenie i podwójny szacun.

Image

 Wina są cztery – Riesling 2012, Regent 2012, Cuvee Słoneczne 2012 (Gewurz, Pinot Gris i Muscat Ottonel) oraz Cuvee Jutrzenka 2012 (wbrew mylącej nazwie jest to kupaż Pinot Noir i Regenta). Kupiłem wszystkie, w przyzwoitej cenie 45,50 zł za butelkę, ale niestety miałem okazję spróbować tylko dwóch. Riesling i Cuvee Jutrzenka okazały się korkowe – pojedynczy przypadek zrzuciłbym na karb losu, dwa na cztery kazały mi się zastanawiać, czy to nie poważniejszy problem winnicy.

Szkoda tym bardziej, że oba pozostałe wina były świetne. Regent zaczyna się w nosie bardzo odmianowo, od nut warzywnych, pieczarkowych wręcz, ale usta od początku szepczą, że będzie dobrze – i rzeczywiście, po chwili i w aromacie i smaku mamy do czynienia ze smakowitym, lekkim, doskonałym na co dzień winem gastronomicznym w klimacie polskich czerwonych owoców z chłopską zażywnością w tle. Cuvee Słoneczne to zaś jedno z najlepszych polskich białych win, jakie miałem okazje pić – tak ciekawe, że aby przekonać się, cz nie przesadzam, przedegustowałem drugą butelkę. I nie przesadzam: pięknie pachnące mirabelkami, białymi kwiatami i owocami w syropie, o fantastycznie zrównoważonej kwasowości i niezwykłym napięciu w ustach – bogate, ale nie nuworyszowskie, zdecydowanie bliżej mu pod względem stylu do Nowej Anglii niż Nowych Ruskich. Bomba.

Cóż, tak więc jeśli ma się to wiązać z takimi odkryciami, mogę choćby codziennie przekonywać się, że nie wiem, nie znam, nie orientuję się. I tylko ten korek przeklęty, ech!..

Reklamy

Beneficjenci splendoru

monte-del-fraJak wiadomo, blogerem winiarskim się zostaje dla splendoru i apanaży. Czerwone dywany, światła reflektorów, wywiady, wizyty w zakładach pracy, podróże po całym świecie – czy błyskotliwa kariera i życie opływające w luksusy nie jest warte zaprzedania ułomnego pióra w służbę możnym winiarskiego świata, importerom i decydentom? A dodać musimy do tego jeszcze płynące szerokim strumieniem darmowe wino, dzięki któremu wszyscy my, minoderyjni pieczeniarze, jesteśmy wiecznie na delikatnym rauszu i łacno można nas nakłonić do napisania największej nawet bzdury…

Osobiście dostaję tak dużo wina, że większość rozdaję ubogim lub po prostu wylewam do zlewu, a notki degustacyjne przeklejam wprost ze stron producentów – tak jest najszybciej i najwygodniej. Czasem jednak zdarzy się jakaś przesyłka szczególnie interesująca,  z regionu, który się lubi, a uważa za niedoceniany – wtedy wzdycham ciężko, zakasuję rękawy i biorę na siebie ciężar niesienia kaganka oświaty. Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje.

Nie inaczej było z przesyłką od znanego importera Wineonline – wyborem win od producenta z regionu Veneto, Monte del Fra. Na pierwszy ogień poszło lekko musujące fra’ttino vino frizzante, niestety dość landrynkowe i raczej pomijalne. Biel, w postaci Bianco de Custoza, a więc kupażu z tej mało znanej w Polsce apelacji znad jeziora Garda, zaczęła się od lekko gruszkowego nosa, z wyraźnie wyczuwalną słodyczą. W ustach chłodne, z delikatną goryczką, soczyste, mocno ziołowe, trawiaste, nie okazało się może hitem, ale winem dobrym i solidnym na pewno.  

Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak przy czerwieni. Bardolino to jedna z moich ulubionych włoskich apelacji. Jej interpretacja z Monte del Fra, z rocznika 2012, jest  nieco siermiężna i rustykalna. Sporo tu nut pestkowych, trochę aptecznych, owoc jest mocno dojrzały, ale całość ma elegancki drive i wciąga, pomimo całej prostoty.

Valpolicella 2013 okazała się lekuchna, wyraziście kawowa w nastroju, o ledwie zaznaczonej taniczności, mięciutka i pluszowa. Ot, niewinna przyjemnostka. Znacznie poważniejsze wino to Corvina 2010 –  pyszne, pełne smaku, z odrobiną suszu, ale przede wszystkim ziołowe. Smakuje liściem laurowym, zielem angielskim, białym pieprzem. Elegancko, powściągliwie i zarazem smakowicie – dobra jakość owocu, zero przeciążenia. Soczysta, smaczna butelka.

Valpolicella Ripasso Classico Superiore 2010 Lena di Mezzo to kwintesencja stylu tego producenta – na ile oczywiście udało mi się go wydedukować na postawie otrzymanego zestawu.  Wino mocne, wyraziste, nieco wyniosłe, trochę grafitowe, a trochę krwiste, lecz przy całej swojej sile – eleganckie i powściągliwe. Szacun i w ogóle, choć przyznam się bez bicia, że więcej przyjemności z samego picia dała mi Corvina.

Podsumowując, wina z Monte del Fra obok podstawowej zalety, jaką jest fakt, że nic mnie nie kosztowały, mają jeszcze co najmniej jedną. Są naprawdę dobre. I to akurat piszę zupełnie, zupełnie serio.