Biel, biel, biel i badyle

Winnica pokryta śniegiem to nie jest widok piękny w oczywisty sposób. Nie to nawet, że średnio się nadaje na pocztówki, bo tylko biel, biel, biel i badyle. Ma w sobie także coś nieoczywistego, niepokojącego – no bo jak tu uwierzyć, że ta zielona, piękna, bujna winorośl, ta co tak niedawno jeszcze rankiem nakrapiana rosą, a wieczorem skrząca się promieniach słońca, na pewno do nas wróci na wiosnę? Że się nie pogrąży w wiecznej badylowatości?

Wiem, przesadzam, to są takie mieszczańskie lęki, signum temporis, obawy ludzi, których kolisty obieg spraw przyrody wprawia w zdumienie i zachwyt zamiast być czymś najnaturalniejszym w świecie. Ale nie da się ukryć, że zimowe przemarzanie winorośli to w warunkach polskich naprawdę poważny problem – i jeden, obok pory dojrzewania oraz chorób roślin, z najważniejszych powodów, dla których w Polsce obok szlachetnych odmian winorośli Vitis Vinifera tak wiele sadzi się odporniejszych mieszańców. Brzmi to groźnie, ale oznacza tylko tyle, że na etykietach naszych rodzimych butelek rzadko znajdziemy  powszechnie znane nazwy szczepów, te wszystkie Merloty i Cabernet Sauvignon, a we wnętrzu butelek ich dobrze znane, powtarzalne klimaty. Oczywiście, pod względem marketingowym to poważny problem, bo od społeczeństwa, które mozolnie uczy się pić i odróżniać  Caby i Pinoty trudno wymagać  nagle, by zapałało pasją do odmian takich jak Marechal Foch, Leon Millot, Vidal Blanc czy choćby E.S. 10-18-30.

Marek Jarosz z Polskiego Instytutu Winorośli i Wina i jego eksperymentalna, pełna rzadkich odmian winnica.

A jednak, wydaje się, że – być może poza zachodnimi rejonami Polski, Śląskiem i okolicami Zielonej Góry – to właśnie od tych odpornych, nowoczesnych odmian zależeć będzie przyszłość polskiego winiarstwa. Od tych egzotycznych nazw i nieoczywistych win, które z nich powstają.

Na szczęście z roku na rok „nieoczywiste” coraz rzadziej oznacza „oczywiście na nie”, a degustowanie polskiego wina, choć wciąż jest znakiem przygody i nikt nie zna dnia ni godziny, nie nosi już cech zajęcia straceńczego. Najlepszego tego przykładem nasza ostatnia wizyta w gospodarstwie agroturystycznym Koziarnia i położonej przy nim Winnicy Smykań, należącej do gościnnej rodziny Lorków. Tutaj, wśród malowniczego Beskidu Wyspowego, w pobliżu cysterskiego opactwa w Szczyrzycu, znanego przez wieki z produkcji piwa, można nie tylko wypocząć i spróbować wytwarzanych przez właścicieli świetnych kozich serów oraz domowych wędlin. Można też skosztować ich wina, które jest z roku na rok coraz lepsze.

Wspaniałe wędliny i sery z Koziarni

Świetny okazał się kupaż Aurory, Seyval Blanc i Bianki 2011, o czyściuchnym, lekko perfumowanym nosie i intensywnej, ale całkowicie znośnej bez kompromisów jabłkowo-gruszkowej kwasowości. Podobnie czerwony kupaż wspominanych już powyżej dżentelmenów, Marechala Focha i Leona Millota 2011, eksperymentalnie dwa miesiące (póki co) trzymany w nowej beczce, to wino z doskonałą jakością owocu, gładką, czekoladową fakturą i wysoką pijalnością – oby tylko jego pobyt w beczce nie wydłużył się ponad miarę…

Prawdziwą perełką – lub, w zależności od punktu widzenia, ciekawostką degustacji – był Johanniter  2010. To wino, stworzone pod wpływem inspiracji słynnego winiarskiego enfant terrible Egeru, Imre Kalo, choć teoretycznie białe, można by uznać za pierwsze polskie orange wine – trzy tygodnie maceracji na skórkach nadały mu charakterystycznych nut aromatycznych i kolorystycznych soku pomarańczowego i brzoskwini. Usta niestety były raczej niezdecydowane, nie odpowiadające dużemu potencjałowi nosa, zapewne ze względu na subtelny charakter szczepu – kierunek poszukiwań wydaje się jednak nadzwyczaj ciekawy i obiecujący.

Warto też wspomnieć pewien lokalny specjał, najpopularniejsze wśród gości wino Lorków – i , ogólnie, okolicy – a więc tak zwane Krasne. Krasne to wino produkowane z zapomnianej, zapoznanej odmiany, pamiętającej czasy, gdy zakłady w Tymbarku nie należały jeszcze do Maspeksu i produkowały wino marki wino oraz pokrewnych. Krasne jest to nie tyle wino, co hiperkwasowa alkoholowa oranżada, trunek w swojej jabłkowo-winogronowej pornograficznej owocowości po prostu nieodparcie uroczy.

Na pierwszym planie wino musujące z 2009. roku, jedno z pierwszych w Polsce - i ciągle w niezłej formie!

Wreszcie na wzmiankę zasłużył lokalny destylat, 78-mio procentowy koncentrat szczęścia i gościnności, którego degustacji efekty towarzyszyły nam raźnie w drodze powrotnej do Krakowa. Dobrze, że Marechal Foch prowadził, mogliśmy sobie bowiem z tyłu z Leonem Millotem pośpiewać do woli, podczas gdy na przednim siedzeniu pasażera Aurora grzała się w pierwszych promieniach Jutrzenki. Czy jakoś tak.


Terroir ziemi czarnej

Osoby:

Klient

Kelner

Rok 2025. Katowice, Polska. Restauracja regionalna.

Klient, pochylony nad menu, z namysłem:

– Poproszę roladę z kluskami i modrą kapustą. A do tego kieliszek miejscowego wina.

Kelner, gnąc się, uniżenie:

– Służę panu uprzejmie…

Owacje, kurtyna.

To wbrew pozorom nie teatr absurdu, żaden Ionesco ani Beckett dla ubogich, ale realizm pełną gębą – może tylko tyle, że przy przyjęciu pewnych optymistycznych założeń. Śląskie wino jest bowiem faktem już dzisiaj.

Winnica senna, niby jesienna - choć zimowa.

Póki co to jego skromne początki, ale gdy słucha się Piotra Jaskóły, gdy ogląda się jego posiadłość, Winną Zagrodę, schludną, położoną na pięknym południowym stoku winnicę (jak trudno uwierzyć, że mieści się w administracyjnych granicach miasta Katowic), gdy wreszcie próbuje się jego win, jeszcze nieśmiałych, ale jakże obiecujących, łatwo uwierzyć w tę wizję. Wizję wina śląskiego, naszego, polskiego.

Póki co rośnie uprawia on 0,5 hektara winorośli, odmian reprezentatywnych dla najnowszych nurtów poszukiwań polskiego winiarstwa. Z czerwonych znajdziemy tu Rondo, Cabernet Cortis i Monarcha, z białych zaś Solaris, Biancę i Johannitera. Wszystko to młode, trzyletnie nasadzenia, dzieciątka jeszcze, niedorostki. Powstają z nich w tej chwili dwa wina, właściwie dopiero co powstały – Hanna, kupaż odmian białych, nazwany tak na cześć córki właścicieli, oraz Charbon, wino czerwone. Charbon to po francusku węgiel. Jesteśmy na Śląsku.

Hanna 2011 zaczyna się mało obiecująco, od nut lekko zielonych i dominujących aromatów siarkowych. Usta jednak mają świetną świeżość i elegancję, a i nos odwirowuje się w stronę środkowoeuropejskich zapachów rumianku czy balsamu do ciała – widać tu potencjał codziennego białego wina dobrej klasy, w stylu porządnej Słowacji czy Węgier.

Oparte głównie na Rondzie Chabron 2011 to zaś młode wino w stylu bożolskim, zaskakująco czyste,  pełne aromatów czekoladowych, czereśniowych i cukierkowych. Obłe, ładnie zbudowane, równoważące swój lekko niepoważny nastrój ziemisto-mięsną tonacją tła. Wino nie tyle nawet pijalne, co pitne. Jak woda.

Nagroda ze debiut - bez wątpienia zasłużona.

Bo nie jest prawdą, że to my wybieramy, gdzie sadzić winorośl. To ona sobie wybiera,tak miejsca, jak ludzi. I wygląda na to, że, cholera jedna, nie mogła lepiej trafić.

PS. Do tego dodajmy przepyszne, wytwarzane na miejscu sery z mleka kóz należących do właścicieli. Państwo pozwolą, że ich sobie przedstawię:


Pięć samorodków

Photo by naturalwine.com

Więcej wina w winie! – woła pewien krakowski winiarski punk, bitnik i anarchista – więcej wina, a mniej pitolenia! Inni znów, przy czym niektórzy z właściwą sobie subtelnością, empatią i kulturą osobistą, skarżą się nie tyle  na proporcjonalny udział wina w tutejszych notkach, ile na jego proweniencję – że generalnie do niczego ta Kontretykieta, bo opisywane wina się do picia z założenia na nadają. Ba, nawet jakby ktoś chciał podważyć zaoczną opinię Innych, to nie ma jak, ponieważ owych win nie idzie nigdzie dostać.

Zgadzać się, oczywiście, z większością zarzutów nie zgadzam, ale nie o to chodzi. Vox populi, vox dei. Dlatego śmiało zanurzyliśmy się – zacne grono – w głównym nurcie, brodziliśmy na jego obrzeżach, aż wypatrzyliśmy pięć złotych samorodków.

***

Samorodek pierwszy to Montegrilli 2008 od znanego w Polsce Elvio Cogno, nietypowe wino piemonckie, bo stanowiące kupaż pół na pół Barbery i Nebbiolo. Każde moje spotkanie z tą etykietą przynosi dużą dawkę niczym nieskrępowanej przyjemności i  nie inaczej było tym razem. Fenomenalna jakość owocu, nuty mięty, malin i porzeczek, usta eleganckie, równe, z odświeżającym szypułkowym akcentem. Wino jak David Copperfield – nie ten z Dickensa, tylko z telewizji – czaruje i znika, zanim ktokolwiek zdąży się zorientować.

Później musiałem wtrącić swoje biodynamiczne trzy grosze – ale proszę jeszcze z obrzydzeniem nie odwracać wzroku. Ozdobione wizerunkiem borsuka Les Paradetes 2007 od katalońskiego producenta o malowniczej nazwie Escoda Sanahuja nie pachnie oborą, wodą spod kwiatów ani niczym podobnym. Pełne jest za to upojnych zapachów owoców, leśnej ściółki i grzybów. Usta są znakomicie zrównoważone, długie, pełne, ich mineralna słoność przechodzi płynnie w nuty herbaciane i wreszcie w delikatną słodycz jagód czy – jak chciał K.Sch. – gotowanych na pierogi borówek. Piękna i poważna sprawa. I to był drugi samorodek.

Trzeci to klasa sama dla siebie. Legenda. Ale legendy, jak wiemy, lubią zawodzić. Moja historia ze słynnym libańskim Chateau Musar zaczęła się od szoku podczas pierwszej degustacji głównej etykiety, gdzieś w początkach moich zainteresowań winnych – zupełnie nie wiedziałem wtedy o co chodzi. Nie twierdzę wcale, że teraz już wiem, ale zachwytu nad Chateau Musar 2000 nie ukrywam. Tego wieczora zresztą nikt nie ukrywał. Nos otwierający się surową wołowiną, lubczykiem i rukolą, przechodzący w skorupki małży, morską wodę, glony, a potem znowuż coś z lakierowanej skóry, podmokłej łąki, ulęgałek… Wąchać można bez końca, bo całe to bogactwo aromatów nie ma w sobie nic z przegięcia, bizantyjskiej ostentacji. A usta… Tu wszystko jest na swoim miejscu, kompozycja doskonała, wino jednocześnie doświadczone wiekiem i niesłychanie gibkie, mocne i delikatne. Całość wywiera wrażenie tak nieodparte, że aż się chce przyzywać imienia Pana Boga swego na daremno, co też zresztą wielokrotnie czyniliśmy.

Gdy ujrzeliśmy dno butelki, a i ono groźnie na nas łypnęło, wiedzieliśmy już, że epifanię wieczoru mamy za sobą. Ale udało się znowu – Cabernet Franc 2007 od Weningera z węgierskiego Villanyi, najlepszy Cab Franc ostatniego panelu Magazynu Wino to wino krzepkie, solidne, przysadziste, balansujące na granicy przesady, ale nigdy jej nie przekraczające, łączące w potężną całość fasolowo-mięsny charakter szczepu i delikatną warzywną słodycz, niczym z pieczonych pomidorów czy karmelizowanej cebuli. To zupełnie inne przeżycie, nie do porównania z Musarem, ale też porównań takich wcale nie wymagające.

I wreszcie ostatni samorodek. Lekkie ślady przecieku przy korku Jacques Boyd Margeaux 2003 kazały nam zwątpić – czyżby tombakowe zakończenie złotego wieczoru? Ale nie, nie, było dobrze. Nos przykurzony, ciut mięsny, w  miejsce rozpychającej się łokciami węgierskiej dosadności wprowadził znów arystokratycznego ducha umiaru, choć pozbawionego egzotycznego wymiaru Chateau Musar. Usta pozostawały świeże, o idealnych garbnikach, owoc trzymał się świetnie, boskiego dotyku jednak zabrakło. Zrzuciłbym to atoli raczej na karb poprzedzających butelek i nadciągającego już zmęczenia nie oszczędzających się degustatorów, bo wino samo w sobie wszak było doskonałe.

***

Trzeba przyznać, że tej nocy, bo wieczór już dawno zamienił się w ciemną noc, fortuna nam sprzyjała.  Wina, wszystkie naraz i każde z osobna, wypowiadały się przekonująco, z głębi trzewi, pełnią głosu, nas, maluczkich, przy tym zawstydzając. I choć usta nam się nad nimi nie zamykały, to tak naprawdę nie mieliśmy nic do powiedzenia.


Pęknięcia i bąbelki

Photo by Vinnoseur

W porządku, bez ściemy, żadne tam ą ę, żadne bułkę przez bibułkę. Pękło sporo w tego Sylwestra, i nawet myśmy, ci rozpękujący butelki, nieco od tego wszystkiego popękali i w zasadzie do dziś się sklejamy. Ba, niektórzy pewnie nawet się trochę rozklejają, bo i jest się nad czym rozklejać  – celebracje miały jednoznacznie winny charakter, a wszystkie wina, które piliśmy, były charakterne. Nie mogło zresztą być inaczej, skoro przyjęły nas gościnne progi Redaktora Tomasza K., a wśród świętujących znalazł się Joseph di B. vel Vinnoseur. Przy tak nieprzejednanych ewangelistach win naturalnych nawet największy hipster polskiej blogosfery, choćby nie wiem jak się wytężał, jak w wielkich i jaskrawych oprawach ubrał okulary i jak wiele hajsu zostawił Jadze Hupało za funky fryzurę, wyjdzie na nudnego mainstreamowego mydłka.

Piliśmy więc naturalnie, naturalnie. Były dwie butelki magnum przez Josepha dostarczone: wyznaczające standardy bezwstydnej pijalności Contadino 2007 od Franka Cornelissena, belgijskiego szaleńca ze zboczy Etny, oraz niesłychanie świeży po dziś dzień, żywy choć bez grama dodanej siarki, friulijski kupaż Pinot Nero i Cabernet Sauvignon od Bressana z 2000 roku. O ile koledzy, bardziej bez wątpienia doświadczeni, na Bressana wyrzekali, że się był nie otwarł i że nadto jednowymiarowy, a w zachwytach nad Contadino wprost rozpływali, o tyle mnie Bressan ujął jakością owocu, sprężystością i niekłamaną soczystością, Contadino zaś po prostu potwierdziło swoja klasę. Tylko tyle i aż tyle.

Był nowy rocznik Mon P’tit Barriot, 2010, wina roku w kategorii do 50 zł wg Magazynu Wino, i Mademoisselle Lilly 2010, bogate i aromatyczne nowe białe wino Bojanowskich, i wina Pierre’a Fricka. Było też wreszcie Tuderi 2006 od Dettoriego z Sardynii, dla mnie butelka wieczoru, wino głębokie i ekspresyjne zarazem, pyszne po prostu, doskonale zbudowane, mocne owocem, wszechstronne… Mimo okoliczności skrajnie niesprzyjających poważniejszym refleksjom, nie sposób było przejść nad nim ot, tak do porządku dziennego – a właściwie północnego, bo północ zbliżała się nieuchronnie.

I właśnie w związku z północą ostatnie spostrzeżenie. Na Gali Grand Prix Magazynu Wino tryumfy święciła włoska Franciacorta – ale ja mam w dziedzinie win musujących za zeszły rok innego faworyta. To Cremant d’Alsace, szampańską metodą produkowane wina alzackie, do niedawna zaledwie śladowo obecne na polskim rynku. W 2011 zaś mogliśmy wybierać już m.in. pomiędzy ekstremalnym Pierre’m Frickiem, eleganckim Bernardem Haegelinem, kontrowersyjnym Julienem Meyerem  i wreszcie świeżo rzuconym do likusowej 13-tki Cremant 2008 od Alberta Manna. To fantastyczne wino w stylu szampańskim, jesiennym, ciut piwniczne, ciut szarlotkowe, ale przy tym wszystkim dość subtelne i powściągliwe wspaniale wpisało się w krajobraz noworocznego świętowania.

Dziś zaś, gdy mija sylwestrowa gorączka, a my wszyscy, noworoczni rozbitkowie, próbujemy jakoś przetrwać do Trzech Króli, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim gościom Kontretykiety – naprawdę wszystkim, także tym najbardziej krytycznie nastawionym – odwagi i samych sukcesów w omijaniu głównego winiarskiego nurtu, a przynajmniej wyłuskiwania z niego tego co wyjątkowo nasze i tego co nasze, bo wyjątkowe.

Niech przy tym każdy sam sobie tę wyjątkowość definiuje – jak K.Sch., który wśród naszych naturalnych ekscesów głośno wyrażał tęsknotę za odbeczkowymi taninami i tradycyjnymi apelacjami, bo taka jest jego kontrrewolucja – niech sam główkuje, jak iść o krok dalej, jak i wobec kogo być na przekór, jak myśleć pod prąd. Bo jak głosił stary góralski dowcip – z prądem to byle gówno płynie. O!