Na marginesie

Jedni szukają idealnych proporcji, podręcznikowych wymiarów, jak najpełniejszej zgodności z niedosiężnym wzorcem. Innych znowuż pociąga oryginalność, delikatne imperfekcje, drobne przesunięcia, asymetrie, które przekonują nas, że – wbrew pozorom – wciąż tkwimy po uszy w dalekiej od doskonałości rzeczywistości.  Ja rozdarty jestem jak ta sosna, bo choć ciągnie mnie do win-ikon, do symulakrów – błądzę nierzadko wśród ciemności platońskiej jaskini, chwytając się cieni z rozpaczy, że nigdy nie będzie mi dane dotknąć ideału – to z drugiej strony coraz więcej znajduje sensu na marginesach, wśród, przywołując słowa Grzegorza Turnaua, warg splotów, bełkotów niezrozumiałych, w próżni gestów zawisłych.

Dziwnie się z tym można czuć czasami. Jak na przykład wtedy, kiedy wykupiłem w krakowskim Winomanie wszystkie trzy butelki Cuvée Blanc 2004 z libańskiego Chateau Musar. Gaston Hochar to producent legendarny, zwłaszcza przez wzgląd na swoje wina czerwone – jego biel uchodzi za dziwaczną, trudną, kontrowersyjną. Kupowałem butelkę po butelce i patrzyli na mnie tam jak na wariata, mówiąc, że ile razy lali to wino na degustacjach, tyle razy wszyscy się wykrzywiali z obrzydzeniem. A ja się zakochałem w tym miodowym nosie, w tych ustach ewoluowanych, masywnych i oleistych, z dozą mineralności i piękną, soczystą brzoskwinią w końcówce, która trwa i trwa. To jest wino nieoczywiste, racja, ani nadto gibkie, ani po rubensowsku bogate, ale  przecież nie sposób się odeń oderwać, mimo pewnej, rzekłbym, przysadzistości.

Drugi biegun, margines strony przeciwległej to Mon P’tit Barriot 2008 od Marca Barriota z Clot de l’Origine – stuprocentowe Syrah z głębokiego południa Francji, wytworzone metodą maceracji węglowej, biodynamiczne. Połączenie trzech żywiołów daje efekt piorunujący. Długi, elegancki nos zaczyna się od organicznego podwórka, potem pojawiają się nuty bananowo-kwiatowe, charakterystyczne dla węglowej maceracji, po chwili zaś coś fasolowego, głębszego. Usta mają świetną kwasowość, ale zarazem są aksamitne, z delikatną taniną, świeże, o południowej końcówce gorzkiej czekolady, ziół…  Równe, pełne, spełnione wino.

Dwie różne kompletnie butelki, które łączy tyko to, że są spoza mainstreamu  i, szczęściary, w podobnym czasie wpadły w moje ręce. Wino, które płynie pod prąd, obiekt afektów gwałtownych, mało platonicznych.

Reklamy

Szturmowcy Imperium i pyra na patyku

Zielona Góra to winiarska stolica Polski. W teorii przynajmniej. Empiria, która przybrała postać trwającego tydzień festynu pod mylącym hasłem Winobrania,  a właściwie mojej jednodniowej na nim wizyty, przypadającej w sobotę, kulminację tego pandemonium, tej obiegowej prawdy nie potwierdza. Gdybym miał po tych jednych odwiedzinach zawyrokować, wyrok byłby surowy – prawdziwe winiarskie serce Polski bije bowiem gdzie indziej.

Znalezienie podczas winobraniowego festynu jakiegokolwiek wina przysporzyć mogło sporo kłopotu. W smrodzie kiełbas, wśród winnych parasoli i odpustowego szajsu wszelakiego autoramentu, pomiędzy tłumami młodzieży poprzebieranej nie wiedzieć czemu w kompletne kostiumy bohaterów Gwiezdnych Wojen, wypatrzenie skromnych budek winiarzy było nie lada osiągnięciem.

Jednak samo ich namierzenie nie oznaczało automatycznie sukcesu. Otóż większości wystawiających owoce trudu swych rąk winiarzy owoce te najnormalniej w świecie zdążyły się skończyć, stali więc w swoich budkach, z anielską cierpliwością znosząc potworny hałas dobiegający z ustawionej nieopodal sceny, i rozkładali ręce ze smutnym uśmiechem. Nie ma to nie ma.

Przypuśćmy jednak, że najbardziej wytrwałym udało  się wytropić winiarza, któremu ostało się jeszcze kilka butelek, i nawet którąś z nich kupić. Powód do zadowolenia? Niekoniecznie. Przedstawiciel Winnicy Kruczej zapytany, z jakich szczepów powstał widoczny na poniższym zdjęciu kupaż Krucze Blanc (co brzmi zupełnie jak Kurcze Blade), odparł, że trudno powiedzieć, ale generalnie  z tego, co jemu i jego sąsiadom w tym roku akurat wyrosło. Trudno się dziwić wobec takiego dictum, że dzieło przypadku zwieńczył równie przypadkowy koniec – wino kompletnie utlenione, o walorach octu jabłkowego, przełykliwe jedynie przy dużej dozie samozaparcia.

W tle Katarzyna M. - jak zza krzaka, a właściwie zza winnego krzewu

Jedynym – obok pożywnej pyry na patyku – jasnym punktem Winobrania były wina od Marka Krojciga. O jego St. Laurencie 2009 już tutaj w tonie bardzo pozytywnym pisałem, tym razem zostały białe butelki z 2010 roku, kupaż Saphira oraz Traminer – oba nad wyraz wdzięczne, świetnie zrobione technicznie, do picia z przyjemnością i częstowania bez kompleksów na tle środkowoeuropejskim. Szlachetne bukiety, przejmująca, acz czysta kwasowość, wszystko na swoim miejscu.

Saphira sprawdza się degustowana w warunkach partyzanckich, sprawdzi się i przy eleganckiej kolacji

Szkoda tylko, że taki klejnot jak Krojcig ginie w zalewie festyniarskiej taniochy. Doceniając pielęgnowaniu winiarskich tradycji, życzyłbym na przyszłość uroczej zapewne (trudno orzec, wszystko bowiem zasłaniały stragany) Zielonej Górze więcej odwagi i więcej wina w winie. Jestem pewny, że nawet szturmowcy Imperium docenią szklaneczkę burczaka.

 

PS. W podobnej poniekąd sprawie wypowiada się Ewa Wieleżyńska w najnowszym Magazynie Wino. Omawiając pożyteczny skądinąd przewodnik Ewy Wawro po polskich winnicach, wytyka jej infantylną archaizację języka, ucieczkę od tu i teraz do przetartych baśniowych klisz w stylu Kraszewskiego i afektowanych inwokacji do Dionizosa (zarzuty przytaczam, sam książki jeszcze nie czytałem). Dla mnie ta kwestia i przypadek imprezy w Zielonej Górze to dwie strony tego samego medalu. Nie doczekaliśmy się jeszcze współczesnego, zanurzonego w głównym nurcie dyskursu o polskim winie – wina tego wciąż jak na lekarstwo, więc pustkę zagadujemy bajaniem o kurdeszach i odpustową cepelią. Szczęśliwie polskie wino ma się coraz lepiej, i prędzej czy później ze sfery mitów wybije się na niepodległość.

 


Szumy, zlepy, ciągi

Jak to jest, że czasem można na kanwie kiepskiego wina od niechcenia machnąć całkiem zgrabną notkę o tym i owym, a czasem pije się świetne butelki – i nic, nijak wrażenia nie chcą się ułożyć w jakkolwiek spójną całość.  Na nic się zdają suplikacje do muz, miast niczym ta kozica dziarsko wspinać się po zboczach na szczyty Parnasu  człowiek się ześlizguje jak głupek ze słupa wysmarowanego mydłem na jarmarku. Dionizos obecny, Apollo leseruje. W takiej sytuacji cóż nam zostaje? Szumy, zlepy, ciągi, urywki wrażeń, myśli rozproszone.

***

Nie można zrobić wina bez siarki – jedna z pierwszych rzeczy, jakich się uczy człowiek wchodzący w wino. Ktoś, kto się nie zna, patrzy z obrzydzeniem na napis „zawiera siarczyny”, a my mu wtedy uczenie tłumaczymy, że to nie tak, że to normalne… Może to jednak profani mają rację? Może bez siarki da się robić poważne wino? Na pewno udało się zrobić Peyra Crepuscule 2005 – legendarne Gamay o nosie w którym o lepsze idą woda spod ogórków i różane płatki oraz o obłędnej świeżości i kwasowości w ustach. Sześć lat, wspaniałe wino, żadnej siarki. Albo Porta del Vento Saharay  2008 z sycylijskiego szczepu Cataratto, wino długo macerowane, pachnące żywicą, imbirem, cynamonem, z nutą słoną, przywodzącą na myśl prosciutto, w ustach z mocarnymi taninami, morelami i nutą rosołową – naturalne drożdże, bez siarki, trzy lata i przyszłość przed nim.

***

Skoro o wieku mowa, to wpadł mi w ręce innych dziarski staruszek – Were Dreams, now it is just wine 1999, Chardonnay z Wenecji-Friuli, od znanego producenta Sylvio Jermanna,  butelka, po której nikt nie wiedział, czego się spodziewać – swoje na półce wino odstało, etykieta już się go trzymać nie chciała. Tymczasem z masywnego, choć ze starzonego w barrique wina w nosie nie zostało co prawda zbyt wiele, coś lekko zbutwiałego i długo, długo nic – za to dojrzałe, ewoluowane usta, z mocnym, eleganckim ciałem, nutami wanilii i orzechowym finiszem przyniosły pełną, hedonistyczną głębię przyjemności, w sam raz żeby się w niej zanurzyć po uszy i zapomnieć o pretensjonalnej nazwie. Rzadkość, odkrycie, kuriozum, skarb.

***

Łyżka dziegciu. Winny Wtorek. Jakoś nie stanęło czasu przez wakacje, choć w ramach zacnej blogerskiej inicjatywy chodziły całkiem ciekawe szczepy i butelki. Wróciłem do akcji w sam raz na Pinot Noir z Nowego Świata, co zabrzmiało groźnie. Poza nielicznymi przypadkami z Nowej Zelandii i bodajże Lot 21 z Leydy w Chile, nie uświadczyłem w życiu dobrego Pinota spoza Europy. Burgundia wiadomo, raj miliarderów-utracjuszy, ale bywają też świetne Spatsburgundery w Niemczech, sporo ciekawych etykiet z Węgier, Pinot Nero z Włoch, nawet w Katalonii znajdzie coś ciekawego…

Ale ja, stary a głupi, oczywiście bezmyślnie sięgnąłem na półce po butelkę z RPA. Glen Carlou Pinot Noir 2008 to najdroższy kompot z truskawek, jaki w życiu piłem. Ugotowane, płaskie, nudne, niepijalne praktycznie wino, którego nawet przy kucharzeniu lać nie warto, za cholerne osiemdziesiąt złotych.

***

Takie to właśnie jest to postmodernistyczne degustowanie, od Sasa do lasa, od win bezsiarkowych po bezsensowne. Nieredukowalna heterogeniczność dyskursu, że tak sobie porobię jaja z Lyotarda  – niektóre wina na żadnej niemal płaszczyźnie się ze sobą nie stykają, tworzą osobne narracje, własne światy. Co z tego, że wszystkie powstały z winogron – wszystkie książki są z liter. Miłośnicy Peyra i Glen Carlou mają sobie nawzajem tyle do powiedzenia, co czytelnicy nouveau roman i Dana Browna.  Fragmentaryczność jest nie do uniknięcia, zwłaszcza, gdy talent nietęgi i znikąd natchnienia.

Wrażenia pozostałych uczestników Winnych Wtorków:

Bordowe

Winne Przygody

Viniculture

Czerwone czy białe

Uncle Matt in travel

Środkowa półka

Sstarwines

Winniczek


To nie jest wino dla biednych ludzi

Kalifornia jest winiarską legendą. W zależności od punktu widzenia  – białą albo czarną. Wedle zwolenników tej pierwszej ucieleśnia ona nowoświatową energię i bezpośredniość, które podczas słynnej paryskiej degustacji w 1976 roku pospołu pozwoliły Kalifornii utrzeć nosa wyniosłym, snobistycznym żabojadom i ich przecenionym winom o niewymawialnych nazwach. Czarna legenda, którą utrwalił głośny film Mondovino, pokazuje natomiast Kalifornijczyków jako bezwzględnych imperialistów, unifikujących wina całego świata na swoją modłę, ciągnących je pod gusta amerykańskiej publisi, w stronę hollywoodzkiego efekciarstwa i przewidywalności. By obraz społecznej recepcji kalifornijskiego winiarstwa nie był tak czarno-biały, przypomnieć trzeba też słynne  Bezdroża – film o Kalifornii i jej winach, ale odcinający się od masówki, mówiący o tęsknocie za autentyzmem, w którym pod niebiosa wynosi się staroświecki Pinot Noir kosztem symbolizującego nieznośnie homogeniczną nowoczesność Chardonnay…

Nie bez przyczyny zapodaję takie banalne dość streszczenia, jadę bardziej brykiem niż eseistycznymi wynurzeniami. Okrutna prawda bowiem jest taka, że ja się na kalifornijskich winach w ogóle nie znam. Flirtowałem w początkach degustacyjnych  z Nowym Światem w postaci Chile czy RPA, piło się trochę Australijczyków, po Nową Zelandię wciąż sięgam  z przyjemnością – a w miejscu Kalifornii zieje w mojej winnej edukacji biała plama, niczym na starych mapach.  Czy to kwestia szybko nabytych do nowoczesnego stylu uprzedzeń? Pewnie tak – ale z pewnością  problemem jest także bardzo ograniczona u nas dostępność win kalifornijskich z półki wyższej niż Sutter Home, od małych, ambitnych producentów.

Dlatego z taką radością powitałem zaproszenie na degustację butelek z Kalifornii, organizowaną przez Erika Christiansena i Chrisa Kohlwesa, którzy słusznie dopominają się o obecność win z tego regionu w Polsce, oferując ułatwienia dla importerów, którzy zechcieliby je sprowadzać. Z radością, ale też – cytując niezapomnianą Annę Patrycy – z pewną taką nieśmiałością. Przecież to są wielkie wina kalifornijskie, napakowane, zdopingowane najlepszym suplementem na rynku, czyli punktami Parkera, a ja jestem mały miki i się nie znam.

I cóż,po wszystkim wrażenia mam mieszane. To nie jest moja stylistyka, nie te poziomy alkoholu, nie to drinkability  – ale dobremu procentowi etykiet oddać trzeba sprawiedliwość. Z win białych nieciekawie wypadły dwie interpretacje Sauvignon Blanc – może nie jest tej odmianie pisany los na kalifornijskiej ziemi. Bardziej pozytywne wrażenia zostawiły po sobie pikantne, imbirowo-cynamonowe Napa Valley Albarino 2009 od Petera Franusa oraz krągłe, waniliowe Napa Valley Chardonnay 2005 z Vineyard 8, o nieźle zrównoważonych ustach.

Jeśli chodzi o czerwone szczepy dla regionu anegdotyczne, na dobre słowo zasłużyło Amador County Syrah 2006 od Chaima Di Arie oraz Dry Creek Petite Syrah 2008 z wytwórni Bonneau  – oba dość odrzucające ze względu na oddębowe aromaty, ale gibkie w miarę i pijalne jeśli chodzi o usta. Gibson Ranch Mendocino Sangiovese 2008 z Miner pozostawiło po sobie otrzepujące wrażenie ciamkania bryłek węgla drzewnego zanurzonych uprzednio w kompocie. Los Carneros Pinot Noir 2008 od wzmiankowanego Bonneau miało wszystkie grzechy nowoświatowych Pinotów – w nosie kombinowało szczepowe aromaty z przepalaną beczką, usta zaś były płaskie, niby poprawne, ale kompletnie pozbawione drajwu.

Osobne two thumbs up przeznaczam dla Stagecoach Vineyard  Napa Valley Merlot 2007 z Miner – to wino uwodzicielskie, potężne, o mocnej kwasowości i niezłych taninach.

Jak wiadomo, Kalifornia stoi Cabami. Nie są to łatwe wina. Właściwie to człowiek ma ochotę stanąć na baczność i salutować, krzycząc: – Sir, yes sir! Jest jak podczas szkolenia US Army na pustyni Mojave: sucho, surowo, wymagająco i ciężko. Na szybką promocje oficerską zasłużyły Napa Valley Cabernet Sauvignon 2007 od Petera Franusa (uwaga na tego gościa!) oraz Napa Valley Reserve Cabernet Sauvignon 2006 z Bennet Lane – oba ułożone, sieriozne, długie i hedonistyczne. Zwłaszcza to ostatnie to wino-monolit, o którym niewiele da się powiedzieć, można sobie tylko wokół niego chodzić z rozdziawioną gębą i pokrzykiwać, jak naczelni bohaterowie Odysei kosmicznej.

Naprawdę trudne, jak modelowy wredny sierżant z wąsem z obozu rekrutów, było Napa Valley Cabernet Sauvignon 2007 od Hendry’ego – suche i kurzowate, po prostu trudne w piciu, przynajmniej an tym etapie egzystencji. Gdzieś w połowie stawki zameldował się Cab od Benneta, też 2006, ale nie rezerwowy, oraz Spring Mountain Napa Valley Cabernet Sauvignon 2004 z Vineyard 7.

Niestety, rozkład jazdy naszych ukochanych kolei nie pozwolił mi zdegustować Zinfandeli – z nimi kalifornijskie doświadczenie byłoby pełniejsze. Ale i tak pozwolę sobie wyciągnąć wnioski – przy wszystkich zastrzeżeniach dotyczących mojej ignorancji w temacie.

Otóż, bez zdziwień, to nie jest moja bajka. Ale, jestem o tym przekonany, są to wina w hołdzie Polakowi – pełne, soczyste, bogate, o gigantycznym potencjale sprzedażowym. Mają jednak jedną podstawową wadę. Jest nią cena. Z reguły nie piszę tu o kwestiach finansowych, ale w tym wypadku muszę zrobić wyjątek, bo to sprawa kluczowa. Otóż, z wyjątkiem podstawowych bieli, żadna z butelek, które degustowaliśmy, nie kosztowałaby na naszym rynku mniej niż 100 złotych. Monolitowa rezerwa z Bennet Lane to blisko sto dolarów na półce na miejscu w Kalifornii – u nas więc jakieś 800-900 złotych, zgaduję… Nie wiem, nie potrafię sobie moim reklamiarskim zmysłem póki co wyobrazić modelowego nabywcy takiej butelki – tych Pinotów za 180 zł czy Sangiovese za 150 zł zresztą też nie. Ale żywię nadzieję, że taki ktoś się znajdzie – mniejsza o jego profil psychologiczny, nie musimy przecież pić razem. Ważne, że high-endowe flaszki z takiego kraju i regionu po prostu wzbogacają nasz winiarski rynek. Niech się ziści ten dream of californication.


Duma i uprzedzenie

Przynudzałem ostatnio poezją, to dziś będzie popularnie: pamiętam otwarcie pierwszego McDonalda w Krakowie. Złote łuki  jako złoty cielec, śmieszne bułki z mielońcem jako zakazany owoc, fetysz konsumpcji. Nikt wtedy myślał o foodmiles, nikt szukał jajek z wolnego chowu, nikogo nie cieszyło, że w jednej budce na Kleparzu (nie powiem której) dostać można grasicę za bezcen. Liczył się duch Zachodu, obtoczony w panierce i usmażony w głębokim tłuszczu.

Albo inne wspomnienie – pierwszy sklep wielkopowierzchniowy w mieście. Wierzcie albo nie, ale posiadanie kart do Makro było wtedy oznaką przynależności do wąskiej grupy uprzywilejowanych, przepustką do świata zakupów na nieznaną wcześniej skalę. Co z tego, że wszystko kupować trzeba było na zgrzewki, że w zasadzie Makro to półhurtownia dla handlu i gastronomii – wtedy to było COŚ!

Oczywiście po latach możemy się śmiać ze swojej ówczesnej naiwności, świata liznęliśmy, nie tak łatwo nas już byle błyskotką zauroczyć. Makro kojarzy się dziś raczej z facetami w skórzanych kurtkach, kupującymi mrożone zapiekanki do swojej – nie znoszę tego wyrażenia – małej gastronomii, niż z blichtrem shoppingu. Ale wiadomo, sentyment jakiś w człowieku zostaje…

Wstęp ten stąd, że zupełnie nieświadome moich młodzieńczych z nim przejść Makro, w osobie sympatycznej pani z działu marketingu i PR, przysłało mi, podobnie jak wielu innym blogerom, wino. Nie całą zgrzewkę co prawda, ale trzy butelki, z czego póki co otworzyłem dwie.

Trochę mi zeszło, zanim to się stało, z powodów oczywistych. Człowiek ciężko pracuje na wizerunek pretensjonalnego snoba, a tu nagle – Makro. Ale, jak mawiali starożytni, służba nie drużba. Flachy obie pękły.

Valmarone Prosecco na dzień dobry straszy plastikowym korkiem. Te słowa piszę w Kijowie, stolicy kraju, który tanim winem musującym stoi (a raczej płynie) – ale nawet w tych najtańszych, jak w popijanym teraz Artemiwskim, korek jest tradycyjny, korkowy. Plastik to domena napojów gazowanych winopodobnych słodkich, produkowanych w Białymstoku, z bukwami na etykiecie dla picu. Nie należy się więc dziwić, że na widok tego Prosecco serce podeszło mi do gardła – plastikowy czop wyciągnąłem niezwłocznie, żeby winem niesforny organ spławić z powrotem na właściwe miejsce.  W nosie było ciut redukcyjnie, ulotnie, z lekką owocową słodyczą. Usta proste, o dość agresywnym dwutlenku węgla, zatykającym jak w coli, bez wielkiego wyrazu, ciut toporne – ale nie budzące obrzydzenia, wypijalne. Nie wiem, ile kosztuje taka butelka w Makro – ale Google podpowiada, że w jakiejś restauracji można ją mieć za 31 zł.  W restauracji za tyle ciężko w ogóle o jakiekolwiek wino, więc to się mu liczy na plus.

Jeszcze gorzej zaprezentowało się wizualnie różowe z RPA, Nederburg Foundation Rose 2010. Butelka dziwaczna, taki niby wazonik, ani słowa o tym, jakie szczepy w środku. Alarm mi się włączył, code pink – jak się okazuje, niepotrzebnie. Nos miało to coś delikatny, odrobinę landrynkowy, z lekką  nutą porzeczkową i herbacianą. Usta nawet dość zbudowane, z porzeczkami, czerwonymi owocami, trochę pestkowe, z niezłą kwasowością ale też słodyczą w końcówce, zupełnie niepotrzebną, w stylu wody z sokiem – wina jednak ona nie przekreśla, się je pije łatwo, zupełnie bez bólu i złych emocji.

Jak na lęki i wątpliwości, z którymi rozpoczynałem degustację, wynik nie jest jednoznacznie negatywny, a w przypadku różu pozytywne zaskoczenie było spore. Wiadomo, że to jest masówka, wiadomo, że plastikowy korek i kryształowy wazon to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej – ale jak się nie ma co się lubi, to Makro też da się lubić. Howgh!

PS. Napisałbym jeszcze, że mają fajne ryby w Makro, ale zaraz się pojawią podejrzenia, że liczę na darmową tołpygę do degustacji.


Le style c’est l’homme

Jeden z najprzenikliwszych i obdarzonych najlepszym poczuciem humoru polskich autorów, Julian Tuwim, był popełnił kiedyś w ramach swojej działalności satyrycznej przepyszny cykl parodystyczny, którego tytuł podwędziłem i teraz firmuje również niniejszą notkę. Zabawa polegała na tym, że Tuwim wziął na warsztat słynny i znany pokoleniom – moje się jeszcze załapało – wierszyk o Andzi. Idzie on tak:

Nie rusz, Andziu tego kwiatka,
Róża kole, rzekła matka.
Andzia mamy nie słuchała,
Ukłuła się i płakała.

Wersja oryginalna to baza, punkt zero, pełna przezroczystość – sama fabuła, żadnych ozdobników. Miała nie ruszać, ruszyła, ukłuła się, zbrodnia i kara, dla dziatwy morał jak znalazł. Posługując się tą banalną historyjką jako kanwą, uszył Tuwim serię wybornych wierszyków, snadnie pokazujących, jakby brzmiałaby  ona w interpretacji wybranych poetów i prozaików różnych epok.

Nie jest to odpowiednie miejsce na przydługie cytaty, a i żart dzisiaj zda się chyba zbyt hermetyczny. Dość wspomnieć wersję w stylu Mikołaja Reja:

(…)

Rzekła matka Anusie, by róż nie ruchała,
Aleć rozważne mowy Anuś nie słuchała;
Nizacz to wszystko maiąc, naprzeciw przestrodze,
O kolec się ukłuwszy, zapłakała srodze.

I dla kontrastu Stanisława Przybyszewskiego:

Hanka stała z utkwionymi w jeden punkt oczyma. W mózgu jej płonęły wściekłe nawałnice szalonych paroksyzmów boleści. Te róże… te róże czerwone… Wirski zaśmiał się… He-he… Pani patrzy na kwiaty… A róże kolą… Krew! Rozumie pani? He-he… Z histerycznym łkaniem chwyciła róże z wazonu i sama zaczęła wbijać sobie w palce długie, ostre ciernie. Ryszardzie! Miłość moja! Ryszardzie, ten obłędny taniec chuci i śmierci! Ryszardzie, ha-ha, krew! Wirski wstał, kopnął ją, napił się koniaku, wypalił nerwowo kilka papierosów i wyszedł. A Hanka szlochała. Szlochał deszcz za oknem.

Chyba wystarczy, wszyscy wiedzą, do czego zmierzam. Temat się nie liczy, liczy się styl. Nie opuszczała mnie ta Panatuwimowa idea przy degustacji serii bezsiarkowych butelek od Pierre’a Fricka, z którego winiarskiej twórczości jak tak dalej pójdzie pewnego dnia zrobię doktorat.

Otóż cechy stylu Fricka są właśnie tak wyraziste, tak osobne. Niezależnie od szczepu, który dał winu temat, liczy się przede wszystkim poetyka jego interpretacji, a ta jest zbliżona dla wszystkich etykiet. Upojna, zaskakująca mieszanka nut aptecznych, miodowych, jabłkowych, chlebowych, suszonych owoców, rosołu, włoskich orzechów… Te same lub bardzo podobne wątki przewijają się z różnym natężeniem,  z inaczej rozłożonymi akcentami, przez wszystkie te butelki.

Cremant d’Alsace 2009 Zéro sulfites ajoutés to jest wino-objawienie, długie, świeże,, z chlebową skórką  i orzechami, o otulającej słodyczy i świetnych bąbelkach, mam je pisząc te słowa w kieliszku i czuję się szczęśliwy. Pinot Blanc 2007 Vin biologique Vinifie Sans Soufre, praktycznie wino pomarańczowe, ma genialną kwasowość i cudowny drive, imperatyw kategorycznie nakazujący jak najszybciej opróżnić butelkę. Gewurztraminer 2009  z kolei to pełna powaga, w nosie rosół, a w ustach orzechy laskowe i miodowe słodkości. A jeszcze jest Pinot Noir 2007, lekki, podwórkowo-owocowy, sprężysty i aksamitny, który również – gul, gul, gul – idzie jak złoto.

Ktoś może powiedzieć, że to winna przybyszewszczyzna, kicz, takie nieustanne skakanie po skrajnych rejestrach, od redukcji do oksydacji, od młodego owocu po umami. Ale choć można się, z zastrzeżeniami, zgodzić, że są to wina robione na jedno kopyto, to wszak na pewno nie należy ono do żadnego szatana, choćby najbardziej młodopolskiego. Siarki na to za mało.