Bukareszt i reszta

Po Bukareszcie chodzi się jak po architektonicznej makiecie. Może to kwestia gigantomańskich założeń urbanistycznych, może bezwzględnego słońca, którego promienie odbijają się od białych elewacji bloków tak długo, aż człowiek nie poczuje się zamarłą w pół kroku, wypłowiałą figurynką, na którą spogląda z góry czujne oko Wielkiego Projektanta. Geniusza Karpat.

DSC_3316

Można próbować uciec przed tym słońcem w Stare Miasto, ale uroczy banał jego wąskich uliczek przesłania całkowicie absurdalne spiętrzenie kiczowatych, przekrzykujących się nawzajem pubów i dyskotek. Fikcyjna tkanka miejska, deptak  kojarzący się bardziej z czarnomorskim kurortem niż stolicą.

Ale jest ucieczka. W nieoczywistość. W niepożarte przez Godzillę komercji boczne uliczki, gdzie w cieniu rozłożystych drzew niszczeją sobie z godnością secesyjne i eklektyczne kamienice, pałacyki i rezydencje – niektóre zupełnie zapomniane, niektóre zmyślnie zaadaptowane na kluby i ogródki przez raczkującą bukaresztańską hipsternię. Tu jest chłodniej – i dosłownie, i od podmuchu nostalgii, bez której Rumunia byłaby trudna do zniesienia.

***

Zastanawiałem się, degustując w ciągu czterech dni około dwustu win rumuńskich, czy da się między takim właśnie Bukaresztem a nimi wysnuć jakąś analogię.

Konkurs odbywa się na terenie  Narodowej Biblioteki – jednego z gmachów, które zaprojektowano jeszcze i zaczęto stawiać za czasów i z udziałem Ceauceascu, dokończono zaś stosunkowo niedawno. Zawadiaccy, młodzi sommelierzy polewają nam jedno za drugim wina pod okiem starej rumuńskiej winiarskiej kadry oraz upiornego Parlamentu, drugiego po Pentagonie największego budynku na świecie, majaczącego za oknem niczym wieża Saurona. Na sali obok degustują blogerzy – oni nie mogą być jurorami, bo nie mają odpowiednich certyfikatów. Takie przepisy.

Kosztuję wina za winem i dochodzę do wniosku,  że mi z tutejszą czerwienią nie po drodze. Nadyma się jak nie wiem co, choć niewiele ma do zaoferowania. Ot, taki nowoświatowy styl z drugiej ręki, podróbki Cabernet Sauvignon jak podróbki Armaniego, jak te bloki, które strojąc się w betonowe woluty próbują udawać kamienice…

Ale jest ucieczka. Jest coś niesłychanie pociągającego w białych i różowych winach z lokalnych, rumuńskich i regionalnych odmian. Świeżość i czystość, a zarazem sporo powagi, treści – degustowane w ciemno, bez uprzedzeń, kuszą i uwodzą. Fetească albă i owszem, choć miejscowi trochę się z niej śmieją.  Fetească regală jak najbardziej, piłem z niej wina bezwstydnie wspaniałe, krągłe, bogate, wyrafinowane. Grasă de Cotnari, rzadka odmiana, znakomicie się starzejąca. I dwa szczepy aromatyczne, które spokojnie mogą zawstydzić wszystkie muszkaty tego świata – Tămâioasă Românească i Busuioacă de Bohotin. Dają wina proste w sensie dostarczanych przez nie przyjemności, a przy tym równie skomplikowane jak ich nazwy. Bez mydła, bez lukru, bez przesady, w punkt.

DSC_3348

***

Nie wiem, czy wrócę do Bukaresztu. Pewnie tak. Wiem, że wrócę do tych win. Na pewno.