Niewielka improwizacja

Czarny kiedyś zapewne surdut, dziś wyblakły, poprzecierany, brudny, byle jak pocerowany, śmierdzący. Wydatny nos, żabie nieco powieki, pod powiekami oczy natchnione, broda śmieszna, bo bardziej niż na brodzie obecna na szyi, kąciki ust ściągnięte w grymasie poczucia wyższości. Dłonie, ich czarne paznokcie, splątane na brzuchu. Przed nimi kieliszek Bordeaux.

Szarawarki, kamizelka, papuzie kolory, kołnierz anegdotycznie rozłożysty. Cienki, absurdalny w zasadzie wąsik, oczy zamglone (opium, opium!), łuki brwiowe i kości policzkowe wydatne, linia podbródka chuda i powściągliwa. Na głowie czerwony fez, nadgarstek dłoni nieco przegięty, w dłoni kieliszek burgunda.

Mickiewicz i Słowacki. Bordeaux i Burgundia. Tak to sobie wymyśliłem, tak po prostu, bo mi pasowało, ale wystarczyło ciut pogrzebać i proszę, okazuje się, że Mickiewicz na łożu śmierci – a właściwie na swoim sienniku stambulskim, w drewnianym domu przy ulicy Jeni Szeri, 26 listopada 1855 roku – prosił właśnie o butelkę wina bordoskiego. Prosił (choć zapewne już nie wypił), bo „czuł jego potrzebę”.

Więc Mickiewicz potrzebował bordo. Wierzę. W niezmiernej materialnej biedzie (i  nieskończonym duchowym bogactwie) dawało mu, jak myślę, złudne poczucie siły. Mocny był jego mocą, zgłębiał  materię wina, ciemną i skomplikowaną jak Księgi pielgrzymstwa.  Szorstkość, bezwzględność i skłonność do hierarchizacji Bordeaux mogła mu przywodzić na myśl stosunki w mesjanistycznej koterii Towiańskiego, w której tak znakomicie potrafił się ze swoją mania wielkości odnaleźć.

A Słowacki? Nie mam na to żadnych dowodów, nawet przesłanek mi brak, ale jestem głęboko przekonany, że pił burgundy. W końcu wiadomo, że – tą złośliwością Adam na całe życie go napiętnował – budował swoją poezją kościół bez Boga. Czym innym jest zaś koronkowa i strzelista konstrukcja win burgundzkich, tak często przywodząca na myśl oprawę bez klejnotu, westchnienie bez uczucia? Ich skrajna nieprzymilność, wyzywająca buńczuczność, jakże bliskie są życiowej postawie Juliusza. Ile hardości w tej miękkości, ile kosmopolitycznego sznytu w arcynarodowej duszy, ile wreszcie ekonomicznego rozmysłu i poczucia materialnej wartości w tej mistyczno-paniczykowatej otoczce?

Pozornie wcale nie trzeba wybierać. Ale serce musi wybrać, inaczej nie byłoby sercem. Moje wybiera tę  właśnie celebrację dla celebracji, to obrócenie niewiary w treść w uporczywe praktykowanie formy. Tylko tyle mam przeciw światu.

Plecy Juliusza…

Reklamy

Mała piękność

Jak się przyznać do głęboko skrywanej namiętności? Jak zatrząść niezłomnym przekonaniem bliższych i dalszych, że wiedzą o tobie wszystko, co powinni  i że niczym ich już nie możesz zaskoczyć? Że w twoich gustach, jakkolwiek nie byłyby oryginalne, czytają po latach jak w otwartej książce, że twoje małe dziwactwa, drobne perwersje i przebrzmiałe wybryki są niczym wobec Tajemnicy, która wymościła sobie miejsce w twoich trzewiach i teraz, gdy na horyzoncie pojawia się najlżejszy ślad pokusy, roztrąca je łokciami, kąsa, pcha się na świat? No jak?

Czyniąc wyznanie. Korzystając z okazji. Więc proszę mi pozwolić w tym miejscu na wyjście z szafy – szafy pełnej win niszowych, naturalnych, środkowoeuropejskich, szafy pachnącej brettem, oksydacją, podwórkiem, ziemią i ziołami. Wychodzę. Wiedzcie, wiedzcie wszem i wobec – poznałem Małą Piękność.

Mała Piękność. Little Beauty Marlborough 2010. Pinot Noir z Nowej Zelandii. Medal brązowy w tegorocznym Grand Prix Magazynu Wino. Wtedy, na finałowej degustacji, widzieliśmy się po raz pierwszy. Zachwycałem się Il Margone Chianti Classico Riserva Il Molino di Grace 2005, doceniłem Vigneto Monte Sant Urbano Amarone della Valpolicella Classico Speri 2005 (oba te wina zresztą trafiły na podium), ale to Little Beauty mnie zaintrygowała. Bezpretensjonalna i wdzięczna, na nic się nie siląca a mimo to nieodparcie atrakcyjna. Pachnąca rozkosznie i wyrafinowanie zarazem. Soczysta. Pełna smaku. Figlarna i lekka. Śniła mi się potem.

Powróciłem do niej przy okazji otwartej degustacji Grand Prix. Otwarcie nalewałem sobie co prawda Ageno i Soif de Plaisir, ale nic nie mogło mnie powstrzymać od ukradkowych łyków Little Beauty.

Pinot Noir z Nowego Świata jest bowiem ukrytą moją słabością. Słodycz i pikanteria, to poczucie bezwstydnej przyjemności, nielicujące przecież – czuję to doskonale – z deklarowaną ideowością, z tresowaniem zmysłów kontemplacją lub aktywistycznym zaangażowaniem. Kiedy od czasu do czasu  trafiam na pięknego Pinota nowozelandzkiego czy z chilijskiej (tak, chilijskiej, to słowo pojawia się na tym blogu) Leydy, mam gdzieś jak zbierane były grona, jakich użyto drożdży, kto, gdzie i jak go winifikował. Podobnie reaguję na niektóre Pinoty węgierskie, jak choćby jedne z moich ukochanych, z Pannonhalmy.

Czuję w nich bowiem powrót do tych pierwotnych emocji, pierwszych winnych ekscytacji, kiedy się uczyłem nazywać wina po imieniu i nie posiadałem się z radości, gdy i one zwracały się bezpośrednio do mnie:

– Janicki, kiedyś zrozumiesz… – szeptały mi na ucho.

Może już zrozumiałem?


Złota Patelnia zdobyta!

Kontretykieta została Winiarskim Blogiem Roku 2012 magazynu Czas Wina. Bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję.

 

Kiedy zacząłem pisać, wcale nie wiedziałem,

co naprawdę wybieram, ile za to płacą

i że w tak krótkim czasie stanę się bogaty,

i jeśli czegoś zechcę, zaraz to dostanę .

 

Moje będą kobiety, o jakich zamarzę,

i moje wszystkie miasta, pojadę na wczasy,

gdziekolwiek tylko zechcę, zimą albo latem,

tam, gdzie wskażę na mapie, bez żadnych bagaży,

 

prosto z łóżka, bez spodni. Zamieszkam na skale

w rybackim domku w Grecji, i ktoś się postara

o wino i oliwki. I tak będzie co dnia.

I codziennie fortuna moja będzie wzrastać,

 

i co dzień nakupuję czekolady, masła,

i to będzie tak leżeć, bo nie będę głodny.

 

Tomasz Różycki, Dom gubernatora


Dzięki, Boziu!

Autor słucha, a redaktor TK wącha Ageno – w obiektywie autorki fotobloga trzymetryponadziemia.blogspot.com

Kiedy rozdawano w niebie talenty, Dobra Bozia podjęła w moim przypadku przewrotną decyzję, wyposażając mnie w nie tyle nawet zdolność, co pewien imperatyw. Otóż kiedy widzę butelkę wina, pusty kieliszek i spragnionego człowieka, instynkt nakazuje mi nadać sprawom właściwy bieg  – chwycić butelkę, wypełnić kieliszek, spragnionego napoić.  By żyło się lepiej. Wszystkim.

Dlatego też na niedawnej degustacji Grand Prix Magazynu Wino przez nikogo nie proszony stanąłem sobie za magazynowym stołem i pospołu z kwiatem polskiego redaktorstwa nalewałem licznie przybyłym i bardzo spragnionym gościom nagrodzone medalami wina. I byłem szczęśliwy, mogąc się dzielić z ludźmi swoim darem od Bozi, i oni byli szczęśliwi, bo wino uszczęśliwia.

Najbardziej jednak byłem szczęśliwy, widząc, jak bardzo zainteresowana była publiczność dwoma naturalnymi perełkami. Złoty medal w kategorii win czerwonych do 100 zł, czyli biodynamiczny Soif de Plasir 2009 z Côtes du Roussillon od Marca Barriota z Clot de l’Origine budził powszechny entuzjazm. Nazwa tego wina oznacza pragnienie przyjemności i rzeczywiście posiada moc zaspokajania tego pragnienia – jest niesłychanie soczyste, pięknie łączy południowy aksamit z naturalną werwą. A do tego ma radosną etykietę i znika z butelki szybciej niż pieniądze z NFZ. Hicior, po prostu.

Drugie wino budziło jeszcze więcej emocji – ale i więcej kontrowersji. W tym wypadku część publiczności podzieliła wątpliwości części jurorów i krytyków, m.in. krzywiącego się na nie z niesmakiem Krzysztofa Dobryłki. No bo jest przedziwne, to nasze Ageno 2007 z włoskiej La Stoppy, jedno z pierwszych win pomarańczowych, jakie trafiły do Polski – niesłychanie wyraziste, pełne nut skórki pomarańczowej i pomarańczowego olejku, białych kwiatów, z akcentami sosu sojowego i lubczyku – no i podwórka, dość nawet intensywnego. A jaka tu jest długość, jak to się pije!

Ale to jest wino trudne, nieoczywiste, więc choć serce bolało, patrzyłem na tych którzy się krzywili i mówili, że to nie dla nich i kiwałem głową z uśmiechem. Ale byli też Ci, w których oczach od razu zobaczyłem błysk. Którym po pierwszym łyku brakowało słów, a po drugim wina w kieliszku.

Różnorodność jest skarbem. Różnorodność win, różnorodność gustów. Wina naturalne, fascynujący element tego różnorodnego pejzażu, pomaleńku odnajdują w Polsce swoje miejsce. Dziękuję Ci, Boziu, że tak lubię nalewać je ludziom.