Crush my grapes

Sto lat bym myślał i bym nie wymyślił. Co tam ja, żaden scenarzysta. A to historia, z której mogłoby powstać arcydzieło – do woli, sielankowej komedii albo społecznego dramatu. Prawdziwa historia. I piękna. Ale póki co powstanie z niej tylko te kilka słów.

No, więc proszę sobie wyobrazić. Oto góra Somló, ta sama, o której nie mogę przestać ostatnio pisać. Prowincja prowincji Węgier, kraju znacznie bardziej konserwatywnego niż Polska, jeszcze usilniej karmiącego się resentymentami. Kraju, który masowo głosuje na obskurantów z Fideszu i nacjonalistów z Jobbiku. Oto góra Somló, miejsce niezwykłe, bo zapomniane przez Pana Boga i tylko z rzadka odkrywane przez ludzi.

Jest niebywale upalna sobota. Po długich nawigacyjnych perturbacjach docieramy do celu. Nowy producent, Royal Somló, organizuje tu doroczne spotkanie miejscowych winiarzy, połączoną z dyskusją na temat wspólnej promocji i degustacją. Już z daleka dostrzegamy tuzów miejscowego winiarstwa – choć określenie to może być mylące, gdyż w sumie mamy do czynienia z działkowcami, winogrodnikami małorolnymi. Wysoka średnia wieku. Sporo wąsów. Styl niezobowiązujący.

Od lewej: Omar, Juhfark, Peter

I wtedy przed naszymi oczami pojawiają się Peter i Omar. Młodzi, przystojni mężczyźni w koszulach o identyczny wzorze, lecz różnej kolorystyce. Na palcach masywne obrączki. Peter jest Węgrem wykształconym w Wielkiej Brytanii, pracuje dla Institute of Masters of Wine, organizacji przyznającej prestiżowe tytuły Master of Wine.  Omar jest Holendrem, pracuje w Londynie jako designer. Peter odziedziczył niewielką parcelę na Somló i do spółki z Omarem postanowili pokazać wina ze szczepu Juhfark światu. Peter i Omar są małżeństwem.

Ich energia jest zaraźliwa, ich pasja godna najwyższego podziwu. Choć wino robią od zaledwie kilku lat, już udało im się wprowadzić je na londyńskie salony. Nazwa, nawiązująca do słynnego Royal Tokaj, logo, projekt etykiety, ujmująca osobowość winiarzy i ich niezwykła historia – to wszystko tworzy efektowną i spójną całość. Która, jak się okazuje, może być warta naprawdę sporo, choć do wysokiej ceny przyczynia się bez wątpienia także bardzo niska z konieczności produkcja… Tak czy siak, wina od Petera i Omara to zdecydowanie najdroższe etykiety z Somló, z jakimi miałem do czynienia – ceny zaczynają się od, bagatelka, mniej-więcej 140 zł na Węgrzech i osiągają zawrotne 60 funtów w Wyspach.

Najdroższe, ale czy najlepsze? Nie, a przynajmniej jeszcze nie. Na pewno przeszkodą jest fakt, że nasadzenia są stosunkowo młode, Peter i Omar butelkują też wina dosyć szybko – rocznik 2011 miał premierę podczas wspomnianej imprezy, a więc w lipcu 2012. Z trzech, które dotychczas wyprodukowali, a powstają tu wyłącznie Juhfarki, najlepsze wrażenie zrobił na mnie 2008, najpełniejszy i najbardziej zrównoważony. We wszystkich zresztą widać dużą winifikacyjną kulturę, sporo świeżości. Styl jest raczej nowoczesny i choć odmianowy charakter pozostaje w grze, to wina jak na Somló są lekkie i łatwo przyswajalne… Pytanie, czy to źle czy dobrze? Osobiście skłaniam się ku bardziej oldskulowym, wyrazistszym winom szomlońskim, ale z punktu widzenia nieprzygotowanego odbiorcy, a na takiego nastawia się Royal Somló, ich podejście jest bez wątpienia słuszne.

Pamiętajmy też, że Royal Somló to wciąż bardziej projekt niż instytucja. Work-in-progress. Projekt ciekawy ze względów winiarskich i fascynujący ze społecznych. Niestety Peterowi i Omarowi nie udało się zrealizować ich filmowego pomysłu: świadomi, jak oryginalne jest to, co robią, chcieli, by w początkach działalności towarzyszyła im kamera filmowa. Mieli już nawet dla swojego dokumentu gotowy tytuł: Crush my grapes. Sprawa rozbiła się jednak o kwestie finansowe i póki co tej prawdziwej i pięknej historii wystarczyć musi te kilka słów.

Reklamy

Poczet szomlońskich melancholików

István Inhauser

– Dzieci wyjechały. Siedzą w Miami – mówi powoli István Inhauser i macha ręką – Ludzie stąd wyjeżdżają.

Pan północnego zbocza góry Somló – choć posiada tylko 1,5 hektara winorośli – i jedna z legend tutejszego winiarstwa przyjmuje nas uprzejmie, w piwnicy trwa butelkowanie Juhfarka Vulkan 2007. Słońce świeci. Wino jest piękne, w klasycznym, tradycyjnym stylu – pachnie migdałami i jabłkami, czuć tu utlenienie ale i głęboką mineralność , usta są świeże, z akcentem chlebowej skórki i solonych orzeszków.

Jednak sytuacja nie jest tak sielankowa, jak mogłoby się wydawać. Gospodarz porusza się z trudem. Choruje. Korzystając z jego nienagannej gościnności widzimy, ile ta kosztuje go wysiłku. Ściskając na pożegnanie słabą dłoń mam w ustach posmak jego świetnego wina, a potem jeszcze długo przed oczami widok zmęczonej twarzy.

Otworzyłem jedną z dwóch butelek kupionych na miejscu, piję nią teraz zdrowie Istvána Inhausera. Drugą otworzę kiedyś.

Istvan Inhauser

Béla Fekete

Gdy zajeżdżamy przed jego piwnicę w niedzielę rano, wraca właśnie z winnicy. W nocy padał deszcz – pogoda nad Somló zmienia się bezustannie –  więc wielkie gumowce ma ubłocone. Przystając, opiera się o motykę. Béla Fekete, człowiek-instytucja szomlońskiego winiarstwa, ma osiemdziesiąt sześć lat.

W innym miejscu i innym czasie ten bezpośredni, serdeczny i niesłychanie żywotny człowiek cieszyłby się zasłużoną sławą wielkiego winiarza i wszelkimi płynącymi z niej korzyściami. Tymczasem pozostaje najwyrazistszą gwiazdą w bardzo odległej, słabo rozpoznanej galaktyce, a przyszłość jego winiarni jest niepewna. W ulotce, którą dostajemy stoi napisane, że to rodzinne przedsięwzięcie wkrótce znajdzie się w rękach syna państwa Fekete, ale już od dawna wiadomo, że tak się nie stanie…

Ale choć nie wiemy, co przyniesie przyszłość, w skromnej piwnicy nie czuć ducha schyłkowości. Tutaj, tak blisko wulkanicznego szczytu, wciąż powstają najlepsze wina Somló. Mineralne do granic, krzemienne, wapienne, bazaltowe. Terroirystyczny kamień opakowuje całą gamę doznań: gruszek, jabłek, cytrusów, owoców tropikalnych, ziół.

Próbowany jeszcze z beczek rocznik 2009, który na jesieni powinien trafić do butelek, to mistyczne doznanie: Furmint, Olaszrizling i Juhfark obezwładniają nieskończenie owocowym nosem, doskonałą konstrukcją wzniesioną na kwasowości i pełnią owocu na podniebieniu: furmintowym jabłkiem, olaszrizlingową figą i gruszką oraz juhfarkową papają i ananasem. To wina kompletnie bezprzykładne i bezprzykładnie kompletne.

Trzymam kciuki, by Béli Feketemu udało się znaleźć inwestora, który zechce kontynuować jego dzieło i zachować jego styl – choć dotyk wulkanicznego Midasa ma prawo być  niepowtarzalny.

Bela Fekete z Małżonką

Lajos Takács

Ma urodę francuskiego gwiazdora filmowego z lat 70. i nawet przez jakiś czas nalega, by rozmawiać z nim po francusku – choć ostatecznie porozumiewamy się zestawem gestów i zwrotów, które bardziej niż Belmondo przywodzą na myśl Louisa de Funes. Lajos Takács, butelkujący wina pod handlową marką Hollóvár Pince, to typ uroczego flegmatyka o chłopięcym uśmiechu i lekko neurotycznym zabarwieniu. W jego postawie sporo jest nonszalancji, wiele zgrywy, które maskują pewność siebie. Tak, miał Sauvignon Blanc, ale w tym roku mu nie smakowało, więc wylał je prosto ze zbiornika na stromą kamienną uliczkę.  O paru beczkach zapomniał. O tej butelce też. Tego możemy skosztować, ale nie jest dobre. To właściwie też. Tego nie próbowałem. To nic. Nieważne.

Wina Takácsa w porównaniu z pozostałymi producentami wydają się lżejsze, mniej epatujące strukturą, bardziej zróżnicowane, bo bliższe charakterystykom odmianowym niż monolitycznemu stylowi wulkanu. W trudnym roczniku 2010 pysznie udało się Hárslevelű – bardzo liściaste, z nutami pigwy i grejpfruta, świeże i soczyste. Juhfark 2010 to także wino lekkie, choć w innym stylu, pachnący wodą mineralną, atakujący cukrem resztkowym, ale kończący się długą kwasowością, nieco off-dry, w stylu niemieckich Rieslingów.

Butelki z 2008 roku pokazały inne oblicze wina Takácsa – Hárslevelű pachniało mandarynkami z (mineralnej) puszki , w ustach owoce tropikalne przeplatały się z nutami słonymi, a w końcówce pojawiły się wręcz nuty liścia laurowego i lubczyku. Podobnie Furmint, z akcentem draski i kandyzowanymi owocami w ustach. Obie butelki znacznie cieplejsze niż te późniejsze o dwa lata, bardziej dojrzałe, nieco cięższe i słodsze.

Przyznam, że osobiście bliżej mi do oldskulu Inhausera czy pomnikowego stylu Feketego, butelki  Takácsa, choć niewątpliwie ciekawe, są dla mnie zbyt rozchwiane, w jego podejściu więcej jest instynktu eksperymentatora niż zdecydowania i konsekwencji. Tak czy siak, warto wyrobić sobie własne zdanie o ekstrawertycznych winach tego introwertycznego winiarza.

Lajos Takacs


Nadobnisie i melancholicy

Góra Somló stoi pośród równiny, która kiedyś była morzem. Wtedy jej wulkaniczne zbocza omijały wzburzone wody, dziś zdaje się omijać je czas – Somló to bastion tradycyjnego węgierskiego winiarstwa. Niewielkie działki na stromych stokach, przy nich piwniczki i czasem domki, ale mieszkać tu trudno, bo jedyna bieżąca woda to deszczówka. Przez świat przetaczają się kolejne kryzysy, fale innowacji i mód, a Somló trwa niewzruszenie, wieczne i posępne.

Powiedzmy sobie jasno, to nie jest najdostępniejszy na świecie region winiarski. Baza noclegowa praktycznie nie istnieje, pierwszy sklep z lokalnym winem ma dopiero tworzyć swe podwoje, restauracje w okolicy są dwie. By słynnych szomlońskich win spróbować, trzeba sporo samozaparcia, przyda się także rudymentarna choć znajomość języka niemieckiego. Podjęty wysiłek opłaci się jednak w dwójnasób. Po pierwsze, niezwykłymi zupełnie białymi winami, niepodobnymi do żadnych innych na świecie, bazaltowo gęstymi, czasami dobitnymi jak zdania Hemingwaya, czasami złożonymi jak frazy Prousta. Po drugie, odkryciem, że pozornie monolityczny styl Somló, w którym wulkaniczny terroir góruje nad cechami poszczególnych szczepów i stylami winiarzy, to tylko pozór. W rzeczywistości przez bazaltową powierzchnię góry przebiega rysa.

Ambitni, inwestujący w wizerunek producenci szanują tradycję, ale widać, że chcą czegoś więcej. Chcą się podobać. Ryją wewnątrz wzgórza, powiększając piwnice i stawiając nowoczesne winiarnie, szukają nowych rynków zbytu, windują ceny. Wprowadzają zamęt. Stara gwardia konsekwentnie robi swoje, ale pada na nią cień węgierskiej melancholii – także w formie pytań o przyszłość autorskich winiarni, których nie ma kto przejąć z rąk opadających z sił nestorów.

O tych ludziach będę chciał wam opowiedzieć w najbliższym czasie. O ludziach i ich winach.


Pitagoras bywaj zdrów

Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka. Nikomu się nie chce ani pisać o winie, ani tym bardziej czytać. Pić owszem, ale żeby nie musieć myśleć o tym przy okazji. Piękne jest to i słuszne, radość ma trwać w narodzie, kontynuacja piknikowej atmosfery zaprowadzonej przez panów piłkarzy.

W jej poszukiwaniu większość rusza do placówek handlu masowego – ale po wina zarazem pyszne i bezpretensjonalne równie dobrze można się udać w stronę przeciwną. W niszę nisz. Do piwnicy. Do Givenchy’ego.

Enfant terrible polskiego importerstwa wrócił z wyprawy do Francji z portfolio bogatszym o kilka etykiet. Na chybił-trafił wybrałem spośród nich dwie. I trafiłem raczej niż chybiłem.

La Folle Blanche 2011 od Marca Pesnota to białe wino z ponad sześćdziesięcioletnich krzewów tak właśnie zwącej się, ekstremalnie dziś rzadkiej odmiany – zupełnie naturalne, niesiarkowane. W nosie atakuje niezwykła wprost świeżość i mineralność na jabłkowo-drożdżowej podbudowie (wino jest starzone nad osadem). Usta są gładkie, dobrze zbudowane, pełne soczystego jabłka. Smakowite, oryginalne, elegancko zaokrąglone, ale wolne od ociężałości – znacznie więcej niż tylko ciekawostka.

Druga butelka to czerwień, La Volcanique 2011 z Cotes du Forez, od panów Verdiera i Logela.  Zrobione w dobrym bożolskim stylu z gron Gamay, aromatycznie nieco podwórkowe, z odrobiną rześkiej kiszonki. Niestety w aksamitnych i przyjemnych w sumie ustach pojawia się na początku nuta krzemienna, redukcyjna, nieco siarkowa – nie dominująca na szczęście dobrego owocu… Ale jednak to jedno z tych win bardziej wsobnych, surowych i wymagających.

W sumie zaś wypiłem dwa ciekawe, raz w oryginalności, raz w swej prostocie, wina na lato, prosto z hipsterskiej wnęki w drogocennym gruncie w centrum stolicy. Zdyskontujcie je, biel zwłaszcza, jeśli nadarzy się okazja, zamiast biegać z wywieszonym językiem po upalnych dyskontach.

Do widzenia wam canto, cantare!