Łysek z pokładu Id

Dobrze to pamiętam, pierwsze miesiące i lata zachłyśnięcia się winem. Ten naiwny zapał, tę neoficką żarliwość, bezkrytycyzm, branie wszystkiego co trafiało do ust i uszu za dobrą monetę. Tak łatwo znaleźć upojenie w różnorodności, w złudzeniu niepowtarzalności, obiecywanej przez z pozoru nieogarnialną mozaikę krajów, szczepów, apelacji, winiarzy, siedlisk, dni.

***

Coraz rzadziej zachłystuję się nowościami. Zdradzam coraz mniejszą skłonność do eksperymentów, nie łypię na lewo i prawo jak niewyżyty gimnazjalista. Poznałem nieźle swoje mniej i bardziej perwersyjne słabości i jestem dziś raczej skłonny się ich trzymać.

***

Gnuśność, myślałem najpierw. Albo zaślepienie. Wpadasz chłopie w koleiny, jedziesz schematem, masz klapki na oczach albo i gorzej, jesteś Łysek z pokładu Idy. Ale znalazłem odpowiedź, jak zwykle przypadkowo, niespodziewanie. Tu nie o pokład Idy chodzi, tu chodzi o Id.

***

Bo w sukurs mi przyszła, imaginuj sobie waćpanna, psychoanaliza. Sowa streszczający Żiżka interpretującego Lacana, dla ścisłości. I wiem już teraz, widzę jak na dłoni, co się stało. Otóż straciłem pragnienie wina. Zastąpił jej popęd.

***

Jan Sowa pisze: „(…) popęd stanowi przeciwieństwo pragnienia, bo gdy pragnienie operuje zgodnie z zasadą  „to nie jest to” i poszukuje wciąż nowego obiektu, popęd wciąż powraca do tego samego, ponieważ właśnie „to jest to”.

***

Gdyby odrzucić pełny zastrzeżeń co do umowności przyjętych pojęć Lacanowski sztafaż i skupić się na pierwszych skojarzeniach z tymi dwoma terminami – pragnienie i popęd – to, cóż, nie wypada to najlepiej. Przynajmniej dla mnie.

…bo pragnienie to sensualność, spontaniczność, namiętność. To płomień, który się gasi.

…bo popęd to animalizm, automatyzm. To głód, który się zaspokaja.

Ale przyjmijmy, że pragnie się tego, o czym się nie wie, czy jest właśnie „tym”. Bo pragnie się przekonać.

A pożąda się dopiero tego, co „tym” jest – o czym się już wie, bo się przekonało.

Tak więc popęd to uporządkowane, ukierunkowane pragnienie – ku temu, co okazało się być właśnie tym, czego się szukało. I się znalazło.

***

Ku czemu więc ten popęd? Winu – aż mi głupio, że tyle razy to powtarzam –  autentycznemu, naturalnemu, szczeremu i przy tym niekoniecznie nienagannemu. Takiemu, które jest sobą, a nie, jak pisze na swoich genialnych butelkach Alessandro Dettori, tym, czym chciałbyś, żeby było. Winu, które potrafi mnie sobie podporządkować. Którego nie rozumiem, bo nie muszę, gdyż je czuję.

***

Znalazłem wina, które są „tym”. Wracam do nich jak często mogę – także tutaj. Dettori, Musar, Frick, Bini, Cornelissen i jeszcze kilku, może kilkunastu. Czy to oznacza, że już nie będę szukał? Że nie mam czego szukać?

Nie. Bo jest jeszcze Freudowska Rzecz. Obiekt zawsze poszukiwany, ale niemożliwy do odnalezienia. Puste miejsce, które wypełniamy fantazjami, projekcjami. Nigdy nie odnajdziemy Rzeczy – co najwyżej, jak pisze Lacan, współrzędne jej przyjemności.

***

Mapa skarbów, na końcu której nie czeka żaden skarb. Wino. Życie.