Wino na wesele, czyli w powietrzu atmosferyczna zmiana

Koffany blogasku, przepraszam, że cię tak długo nie pisałem, ale sam rozumiesz – miałem wesele. Nie, nie własne, przyjaciół. Tak, dobrych, nawet bardzo. No i sam rozumiesz, po weselu musiałem dojść do siebie. Ale już jestem. I chciałem ci o tym weselu skrobnąć parę słów.

No więc wyobraź sobie, że wesele to jest taka uroczystość, podczas której je się salceson i popija wódką, od czego twarz robi się obrzmiała i czerwona. Robi się to na cześć ludzi, którzy postanowili, że jak będą mieli oboje to samo nazwisko i to samo dziecko, to rodzina wreszcie dam im spokój. I rzeczywiście, uszczęśliwiona tym faktem rodzina wsuwa salceson, aż jej się uszy trzęsą, popija wódką, puchnie i czerwienieje.

Tak jest, mój drogi, zazwyczaj. Ale nie tym razem. Bo tym razem ślub był z miłości – wytłumaczę ci innym razem – a do picia było wino. Tylko wino. – Co w tym dziwnego? – zapytasz pewnie. Otóż brak wódki na weselu to jest, jak by się mogło zdawać, rzecz u nas nie do wiary. Istnieje co prawda grupka fanatyków, organizujących tzw. bezalkoholowe wesela, podczas których hasają sobie popijając lemoniadę. Niech sobie hasają na zdrowie, ale bądźmy realistyczni, na weselu ma być zabawa. I była, z winem.

Bo od wina się mniej puchnie i czerwienieje, więcej za to rozmawia. Bo choć do salcesonu stópka dobrze zmrożonej substancji jest rzeczywiście nie od rzeczy, to jednak jedzeniu wino towarzyszy z zasady lepiej. Zwłaszcza, gdy i wino, i jedzenie są dobre.

Albowiem musisz wiedzieć, że wino na wesele to temat trudny. Jak znaleźć optymalną relację ceny do jakości, gdy tyle wokół kosztów, a tak niewielu – ty masz, blogasku, skrzywioną perspektywę – koneserów wina? Rozwiązanie da się znaleźć. Twój mniej lub bardziej wierny autor postawił jakiś czas temu na wina z Domain de la Patience. Przyjaciele-hungarofile, za lekkim podszeptem, na białe Tramini Apátsági Pannonhalmi i czerwone Akutyafáját! ze słynnej St. Andrei.

I ach, co to był za ślub! Ciocie oraz wujowie, którzy wpierw wypytywali kelnerów o wina półsłodkie, docenili winność, a właściwie winogronowość Traminera – pięknie się odnalazł z musem z wątróbek oraz świeżość egerskiego kupażu, idealnego do plastrów rostbefu na zimno. I żyli długo i szczęśliwie.

Pytasz o morał? Jeden jest natury dydaktycznej – że warto się za dobrym winem na wesele rozglądać, bo można trafić na prawdziwe perły, a goście, nawet ci pod tym względem niedoceniani, je docenią. Drugi zaś natury egoistycznej – więcej wesel, poproszę!

Advertisements

5 komentarzy on “Wino na wesele, czyli w powietrzu atmosferyczna zmiana”

  1. blurppp pisze:

    A co było na pierwszy toast ? Prawdziwą zmorą polskich wesel jest słodka gazowana ciecz o zapachu tanich landrynek podawana do toastu w czasie wchodzenia na salę.

  2. Ech bujania hipsterów w obłokach. To już nawet nie jest 0,1%.

  3. G pisze:

    Czy można zapytać gdzie były kupowane wina?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s