Śledztwo wigilijne

Zwierzam się tu czasem z pewnych słabości, więc zwierzę się i tym razem. Kocham kicz. Ten samoświadomy, zwany campem i ten zupełnie swej kondycji nieświadomy, naiwny, oddolny. Włączcie mi POLO TV i macie mnie z głowy. Telezakupy? W każdej ilości. Odpust? Dziękuję za zaproszenie, stawię się na pewno. Obrazy spod Bramy Floriańskiej. Makatki. Święte obrazki. „Przepisy Czytelników”. Wypchane zwierzęta. Śląskie szlagiery. Poezja sakralna… Tak, tak, tak!

No więc nie mogłem się powstrzymać. Nazywa się to Wino wigilijne, kosztuje 19,90 zł, a jego piękną etykietę zdobi wizerunek Maryi i Józefa na tle, o dziwo, pustynnym, choć przecież wiadomo, że Jezusek przyszedł na ten padół łez na Podkarpaciu, wśród zaśnieżonych sosenek i wąsatego elektoratu PiS.  No, chyba że zarysowana tu palma symbolizować ma zepsutą do cna Warszawę, z której właśnie Święta Podstawowa Komórka Społeczna uciekła…

WW

Ale dość egzegezy etykiety, niech się na tym głowią umysły chrystologicznie tęższe. My rzućmy tymczasem okiem na kontretykietę, gdzie znajdziemy – obok zupełnie pobocznej informacji, że wino jest półwytrawne i powstało z gron Harszlevelu – brzemienną w skutki deklarację. Te kilka prostych słów czynność spożycia Wina wigilijnego zmienia z czegoś potencjalnie groźnego, ze względu na skutki upojenia, w strzelisty akt wiary. Wyciągamy plastikowy korek i wkraczamy w sferę sacrum, Wino wigilijne bowiem „Posiada badania zgodne z kościelnym Prawem Kanonicznym (Kan. 924 par. 3)”.

WW2

Też to widzicie, prawda? Ojciec Święty lub przynajmniej któryś z Książąt Kościoła pochyla się nabożnie nad paletą Wina wigilijnego i kreśli w powietrzu znak krzyża, pod nosem mamrocząc łacińskie błogosławieństwa. Otóż nie do końca. Rzeczony paragraf Prawa Kanonicznego brzmi w całości:

§ 3. Wino powinno być naturalne z owocu winnego i nie zepsute.

Czyli – gronowe i niepopsute. Aż strach myśleć, jakim to wyczerpującym analizom poddano Wino wigilijne, by ustalić, czy oba te warunki spełnia.

W obliczu takich zagwozdek natury duchowej i intelektualnej właściwości organoleptyczne Wina wigilijnego schodzą na plan dalszy, wspomnę więc tylko, że w sumie nie jest tak źle, jak można by się spodziewać. Materii tu tyle co bydlątka przy stajence napłakały, ale czyste jest za to jak rąbek maryjnej sukienki i leje się w gardło bez bólu, choć i bez większej przyjemności. W sumie – znośniejsze to to niż pasterka i nikogo do picia wina raczej nie zrazi. A privlastek od Ojców Kościoła czyni z Wina wigilijnego niezły prezent dla co bogobojniejszych krewnych. Serio.

Reklamy

Trunek na wątrobie

trunekWidmo krąży nad blogosferą, widmo wynurzeń natury osobistej. Ewa Rybak flakami pisze o winach, o których nie pisze i ciarki człowiekowi przechodzą po plecach z wrażenia, kiedy czyta to, czego nie napisała. Jongleur, zwykle nieprzebierający wyłącznie w słowach kierowanych do przedstawicieli pewnego konkretnego ugrupowania politycznego, nie wytrzymał i z iście Linneuszowską pasją sklasyfikował winnych blogerów, wkraplając solidną porcję dziegciu do miodowej beczki samozadowolenia i wzajemnej adoracji.

I tylko Janicki buja w poetyckich obłokach, sadząc głodne kawałki o Słowackim i Kochanowskim. Toż to jest czystej wody eskapizm, to jest karygodne pięknoduchostwo i omijanie szerokim łukiem żywotnych problemów! Ale dość, basta, skoro jest trynd, to ja się w ten trynd chętnie wpiszę. Proszę, oto, co mi leży na wątrobie:

Trunek. Nienawidzę słowa trunek. Przede wszystkim dlatego, że jest pretensjonalną watą słowną, przez którą ludzie nie mający o niczym pojęcia chcą sprawiać wrażenie, pożal się Boże, koneserów. Najgorsi zaś są Ci, którzy go używają w ikonicznej zbitce – z trudem mi spod palców wychodzi – „szlachetny trunek”. Ale tu nie o pretensje chodzi jedynie, o bułkę przez bibułkę. Nieszczęsny trunek buduje dystans, ustawiając wino w opozycji do wody czy piwa, których trunkami przecież nikt nie nazwie.

Propozycja ćwiczenia: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie trunek. Co widzicie? Ja starą, zakurzoną, obklejoną mysimi bobkami butlę z francuskimi napisami i wielką lakową pieczęcią na etykiecie, stojącą na przeżartym przez pokolenia korników ciężkim stole, przykrytym niedopranym starym obrusem. Z frędzlami. Wokół kielichy z rżniętego kryształu, wyszczerbiona porcelana, srebrna cukiernica, a w niej, wśród kostek cukru w kształcie karo, kiera, pika i trefla – znów mysie bobki.

Czy to jest sexy? No nie  jest. Podwieczorek u Babuni, nudy na pudy, syf, kiła i mogiła. Czyli wszystko, tylko nie to, czym wino jest w rzeczywistości: najdoskonalszym sposobem zaspokajania rozlicznych ludzkich pragnień.

Dlatego apeluję: najdrożsi koneserzy od siedmiu boleści, miłośnicy dekantowania nad świeczką i plastikowych kiści winogron, weźcie się udławcie szlachetnym trunkiem i dajcie ludziom pić wino!


Nie ma lipy

JMR w obiektywie Newsweeka

JMR w obiektywie Newsweeka

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że z dwoma autorami, którzy w ostatnich latach zrobili na mnie największe wrażenie, ja się w dużej mierze nie zgadzam. O Houellebecqu piszę tu dużo za dużo, więc już ani słowa, zwłaszcza, że o wiele bardziej stanowczo nie zgadzam się z drugim z nich – Jarosławem Markiem Rymkiewiczem.

Rymkiewicz to jest szaleniec. Szaleniec natchniony, najlepsze w tej chwili pióro, najlepsza klawiatura czy inna elektryczna maszyna do pisania, nie znam jego warsztatu, w Polsce – ale szaleniec bez wątpienia. W swoim dziele literackim kontrowersyjny,  ironiczny i prowokacyjny, w emocjonalnych wywiadach już bez zbędnych ceregieli wzywający wszystkich, którym jego polonocentryczna, martyrologiczno-mesjańska wizja dziejów nie odpowiada, by z Polski po prostu spieprzali.

Ale i tak czytam go z wypiekami na twarzy, nie mogę inaczej, zbyt mnie fascynują ścieżki, jakimi podążą jego umysł, niezwykłe oddanie tropieniu najdrobniejszych szczegółów i dezynwoltura, z jaką przechodzi od nich do metafizycznych uogólnień. Skrajny indywidualizm spojrzenia, solipsyzm wręcz, nieliczenie się z nikim i niczym, upojne połączenie bukoliki i makabry.

Tak więc panie Jarosławie Marku Rymkiewiczu, zanim spieprzę z Polski, pozwoli pan, że przywołam tu kilka pańskich odkryć – czy bardziej intuicji – na przykład w temacie winnych preferencji Jana Kochanowskiego.  To ciekawe.

Otóż na marginesie historii Samuela Zborowskiego (nie pytajcie), poeta z Milanówka snuje refleksje na temat win, jakie pijał poeta z Czarnolasu, bo że pijał, i to sporo, łacno z lektury Pieśni wynieść. Dochodzi przy tym do wniosku, że nie mogły to być wina węgierskie – cena litra takiego wina wynosiła bowiem trzy grosze, a za trzy grosze można było naonczas uszyć sobie solidne spodnie lub kupić, bagatela, dwadzieścia siedem litrów piwa! Kochanowskiego najnormalniej w świecie nie byłoby na węgrzyna stać.

Nic dziwnego, że ksiądz Skarga, który zapewne nigdy nie przypuszczał, że po kilkuset latach skończy jako koszmar licealistów, narzekał na zepsucie obyczajów, piętnując modę na wino, które na stołach i w piwnicach zastępowało piwo i wodę: „Każdy chce wino pić: już nie tylo woda, na którejjechmy przestawali, ale i piwo niezdrowe młodym i zdrowym!” Wino wchodzące na salony zamiast piwa, dyskusje na temat jego wysokich cen…  I jak tu nie uwierzyć Rymkiewiczowi, że nasza przeszłość określa naszą teraźniejszość?

Albo szesnastowieczny wynalazek, który przydałby się i dzisiaj – otóż drzwi każdego szynku musiały być odpowiednio oznaczone, by gość wiedział, dzban jakiego wina przed nim stanie. Widzisz na wrotach wieniec słomiany? Możesz być pewny, że otrzymasz wino morawskie. Jeśli zaś wieniec jest zielony, ale ma pośrodku krzyż spleciony ze słomy – czeka na ciebie wino lindeburskie i snatocierskie. Proszę, nie pytajcie mnie, co to oznacza, bo nie mam zielonego pojęcia. Ale taki system oznaczeń i dziś pomógłby uniknąć wielu gorzkich rozczarowań.

W wiecznego, karmiącego się krwią i masakrą, przesiąkniętego anarchizmem szlacheckiej Złotej Wolności polskiego Króla-Ducha, o którym tak frapująco pisze Rymkiewicz, nie wierzę. Nie chcę i nie mogę. Ale w to, że z Mistrzem Janem, który pod wiązami w Czarnolesie kazał rozstawiać stół, toczyć z piwnicy beczki wina i używał życia na całego, kładąc jednocześnie fundamenty pod całą polską literaturę, no więc w to, że z nim mnie, nas wszystkich, łączy jakaś więź szczególna, która wychodzi poza geny i poza język, tak, w to jestem skłonny uwierzyć.

Miło szaleć, kiedy czas po temu,

A tak, bracia, przypij każdy swemu,

Bo o głodzie nie chce się tańcować,

A podpiwszy, łacniej już błaznować.