Trydent kontra San Remo

Zapytani o ciekawy włoski duet, w zależności od upodobań odpowiecie: mozzarella i pomidory, alio e oglio, Berlusconi i Ruby lub Al Bano i Romina Power. Ale ja chciałem, pokrótce, bo weekend wszechczasów za pasem,  ślub i wniebowstąpienie, o zgoła innym wspomnieć włoskim duecie – dwóch winach z likusowej Vinoteki 13, która selekcję ma skromną, w cenach forsownych – ale znakomitą.

Wino pierwsze to Chianti Colli Senesi 2007 z Castello de Farnetella. Firma ta to druga winnica sławnej Fattoria di Felsina, z której oliwa od dawna na stałe zamieszkała w mojej kuchni, a wina, w tym Chianti Classico oraz znanego supertoskana Fontalloro w kilku rocznikach poznałem dość dobrze. Wina Felsiny są nowoczesne, pełne, hedonistyczne, wysoce przyjemne, ale zbyt przy tym gładkie, międzymiastowe, międzyterroirowe i międzynarodowe. O to samo podejrzewałem więc Colli Senesi z Farnetelli, zwłaszcza, że Pinot Nero z tej posiadłości wspominam jako dość niewyraźne. Tymczasem wino okazało się cudownie wprost pijalne, prostoduszne i szczere. Skrzyło się rubinem, pachniało mało czym, wiśnią trochę, może i mandarynką, smakowało zaś wybornym, soczystym owocem, świeżo, ze znakomitą kwasowością. W finiszu pojawiły się nuty mentolowe, podbijając jeszcze ogólny, odświeżający efekt. To jedna z tych butelek, których zawartość znika w mgnieniu oka, zupełnie niezależnie od liczby degustujących.

Wino drugie to Pivier 2007 od trydenckiego producenta Cesconi, klasyfikowane jako Rosso delle Dolomiti. Pivier w zależności od rocznika bywa albo czystym Merlotem, albo kupażem Merlota i Cabernet Sauvignon – jak w tym przypadku. Zderzenie bordoskiej pary z tak mineralnym terroir dało efekt zachwycający. Aromaty są dość stulone, ale usta to ekspresja nadzwyczajnej elegancji i mineralnej, pionowej głębi z wyrazistymi, sycącymi garbnikami i długim finiszem. Warto podkreślić fantastycznie wtopioną beczkę, której nuty pojawiają się dopiero z czasem, i to w postaci subtelnych nut kawowych oraz likierowych wiśni, nawet na chwilę nie przytłaczających jednak świetnej świeżości.

Żadna z tych etykiet to nie jest włoski dla początkujących – Chianti mało ma z apelacyjnym standardem wspólnego, Pivier w swojej cenie (ok. 140 zł) może wydać się miłośnikom wiśniowej włoszczyzny i winnego San Remo nadto kostyczny. Ale kto będzie je umiał docenić, poczuje felicita.


Czeski sen

Są w życiu każdego prawego Polaka-katolika takie chwile, gdy marzy o byciu Czechem. Nie musi to być potrzeba uświadomiona, subwersywny plan podmiany tożsamości – to raczej takie głębokie wewnętrzne doznanie, że już wystarczy, że ile można, że warto by w końcu wrzucić na luz. Trudno o lepszy moment na czechofilską iluminację, niż kilka tygodni po rocznicy smoleńskiej, dwa dni po Wielkiej Nocy i tydzień przed podwójną traumą wydarzeń, których można mieć już serdecznie dość, po dziurki w nosie, choć się jeszcze nie odbyły – beatyfikacją wiadomo kogo i ślubem wiadomo kogo z wiadomo kim.

W obliczu takiej sytuacji czeski tumiwisizm wobec wszelkich form nadto wzniosłych, cyniczny racjonalizm i common sense jawią się jedynym wybawieniem. Ale jak tu uciec w czeskość? Można czytać Hrabala, Skvoreckiego, Haska, Capka, Kunderę i Ladislava Klimę – czy też Mariusza Szczygła. Można słuchać Karela Gotta, Plastic People of the Universe albo Nohavicy. Oglądać Svankmajera, Zelenkę, Hrebejka – albo idola wszystkich dzieciaków mojego pokolenia, twórcę Żwirka i Muchomorka, legendarnego Zdenka Smetanę. Można wreszcie  – już bardziej z  naszego podwórka – wtrząchnąć gulasz z knedlikami, popić Velkopopovickim Kozelem  i zapaść w czechopodobny błogostan.

Na szczęście, można też pić morawskie wina. Od jakiegoś czasu coraz mocniej zaznaczają one swoją obecność na polskim rynku – bo i ich jakość stale rośnie. Wina morawskie, a więc najbardziej polskie ze wszystkich zagranicznych, przez wieki były przede wszystkim prostym alkoholowym napitkiem dla spragnionych, winem do picia na dzbany i szklanice. Dość wspomnieć, że już za szlacheckiej Rzeczypospolitej karczmy musiały, wywieszając na drzwiach odpowiedni wieniec, zaznaczać, czy podają pośledniejsze wino morawskie, czy też  przedniego węgrzyna.

Morawy jednak przeżywają teraz renesans winiarstwa jakościowego. Wina tamtejsze coraz częściej czerpią z terroir, biel osiąga dobry europejski poziom, ciekawe rzeczy dzieją się z czerwieni. Co więcej, wysiłkom na niwie czysto winiarskiej towarzyszą bardzo ciekawe inicjatywy promujące enoturystykę, a także rozwój bazy noclegowej i, wybaczcie brzydki wyraz, gastronomicznej… Słowem, pora na Morawy!

Inżynier Josef Abrle to producent, którego miałem przyjemność poznać podczas degustacji zorganizowanej przez Wine Garage, czyli Agnieszkę i Mariusza. Inżynier Abrle prowadzi biologiczne, nieinterwencyjne uprawy w okolicach Palavy, a jego żona – i zarazem jego anioł stróż – uprawia i sprzedaje zioła z Palawskiego Rezerwatu Biosfery. Jest więc inżynier Abrle pionierem – ale i outsiderem, bo to człowiek uczciwej pracy, daleki od środowiskowych gierek, obcy jest mu wszelki lans, reklama i marketing (ach, gdybyście widzieli straszliwe jego etykiety win z 2007 roku, na myśl przywodzące polskie wina marki wino!)

Wina Abrlego mają w sobie jakąś zgrzebność, siłę autentyczności, która mimo technicznej niechlujności każe do nich wracać. Rocznik 2007 intrygował wyraźną ziołowością win białych i lekkim, kwasowym owocem win czerwonych. Z tym większymi nadziejami sięgnąłem więc po cztery wina z rocznika 2008, dopiero co sprowadzone do Polski. I co? Oczywiście, niespodzianka. Czeski film.

Palavę (szczep lokalny, uzyskany w latach 50. z krzyżówki Tramína i Müller Thurgau) pamiętałem jako wytrawne, aromatyczne, szczere ziołowe wino w środkowoeuropejskich klimatach. Tymczasem Palava 2008 zaatakowała z taką zajadłością, że odruchowo spojrzałem na butelkę… I wszystko jasne – 14,8 (sic!) % alkoholu to jest po prostu czyste przegięcie. Ani delikatne tło ziół, ani nuta miodowa nic nie poradzą przy tak wyraźnym alkoholu. Podobnie usta, cóż z tego, że mocarne, gdy oparte w całości na procentach… Przypomina ta Palava ziołowe, likierowe nadzienie do cukierka.

Muskat Moravsky 2008 to już inna historia, odmiana ta pięknie łączy typową muszkatową  miodną słodycz z morawskim zielno-cytrusowym przydechem – i przy całych 14% alkoholu, tej konkretnej interpretacji szczepu udaje się zachować odrębność i wyrazistość. Usta wypełnia czerwony grejpfrut, jest tu trawiasta goryczka, są klimaty zgoła jesienne, i ta różnorodność potrafi wytrzymać wysoki  woltaż i dać kupę satysfakcji z picia, zwłaszcza do jedzenia – np. sałatek lub mięs gotowanych.

Wina czerwone z rocznika 2008 zalecałbym generalnie pić przed białymi – zwłaszcza Cabernet Moravia 2008 (szczep ten jest krzyżówką Cabernet Franc i Zweigeltrebe), o aromatach świeżo zebranych z krzaka czerwonych owoców i korzennej pikanterii, z delikatną domieszką cabowej papryki. Usta mają niska koncentrację i niewiele owocu, za to znaleźć w nich można dziwaczny mariaż nut warzywnych, pietruszkowych z iście landrynkową słodyczą. Cóż, jednak rocznik 2007, jeszcze delikatniejszy, różowy prawie, wydaje się mimo ulotności bardziej pijalny, owocowy po prostu.

Andre 2008 (krzyżówka Frankovki i Svatovarineckiego, czyli Blaufrankischa – czyli Kekfrankosa – z St. Laurentem) zaskoczył intensywną czerwienią i przedziwnym kwaśnym bukietem, w którym mieszały się jabłka zielone lub zgoła niedojrzałe z rabarbarem i kompotem agrestowym… Było w tym nosie coś dziwacznego, hipnotycznego wręcz, chciało się tę świeżość nietypową wąchać, wąchać i wąchać. Usta – co nie jest w przypadku intensywnych aromatycznie win środkowoeuropejskich – świetnie do nosa pasowały, ze ściągającą jabłkową kwasowością i młodymi, zadziornymi taninami. Przedziwne wino, ale grzechem byłoby nie spróbować.

Podsumowanie? Warto poznać dzieła inżyniera Abrle, nieco szalone, ale bardzo bliskie natury i skrajnie bezpretensjonalne. Z czystej, czeskiej z ducha przekory wznieść toast za młodą parę – wiadomo kogo z wiadomo kim – nie lampką szampana Pol Roger Winston Churchill, ale kieliszkiem Morawskiego Muszkata, i dla odtrutki przeczytać po raz kolejny Obsługiwałem angielskiego króla.  


Egerski remanent

Pomału, pomału odgrzebuję się z egerskich notatek i wspomnień. Półtorej dnia to zdecydowanie zbyt mało, by porozmawiać ze wszystkimi, z którymi by się chciało i skosztować choć ułamek z tego, czego by się pragnęło skosztować. Część wrażeń siłą rzeczy pozostać musi wyrywkowa, rozproszona i niedopowiedziana. Stąd ten dzisiejszy chaotyczny remanent – by się wreszcie od Egeru uwolnić.

Na początek Grof Buttler – na wizytę w tej robiącej zawrotną karierę posiadłości, założonej przez człowieka z zewnątrz, Laszlo Bukolyiego, ostrzyłem sobie zęby. Niestety, piwnica jest w tej chwili w remoncie i na degustacją zaproszony zostałem do Budapesztu. Z zaproszenia nie omieszkam skorzystać przy pierwszej nadarzającej się okazji, ale póki co pozostaje mi przedsmak w postaci trzech butelek, degustowanych w rewelacyjnej winiarni przy Dobo utca (na zdjęciu), gdzie każdą butelkę otwierają na kieliszki, a miejscowy kelner z szelmowskim uśmiechem przeprasza  za swój teksański akcent… Viognier – Pinot Blanc 2009 to fantastycznie mineralne, długie wino w stylu niemieckich Weissburgunderów. Portugieser 2008 to niesłychanie soczysty owoc odziany w znakomicie wtopioną beczkę, bardzo esencjonalne i czyste wino. Cabernet Sauvignon 2007, którego nieco obawialiśmy się, podejrzewając  o kulturystykę i nadekstrakcję, okazał się gęstym winem dalekim od odmianowej sztampy, z sycącą owocowością i wyrazistymi taninami wywołującymi na twarzy lubieżny uśmiech. Żałuję, że nie mogłem poświęcić tym winom więcej czasu, ale nadrobię.

Zawiodły ewidentnie dwie etykiety Tibora Gala. Historię tego pioniera nowoczesnego Egeru, który zginął tragicznie w samochodowym wypadku w 2005 roku, pozostawiając winnicę w rękach syna znają chyba wszyscy. Niestety, mam wrażenie, że od tego czasu marka Tibor Gal pozostaje na jałowym  biegu, dyskontując legendarną przeszłość. Piszę to z przykrością, bo swego czasu tutejszy Pinot Noir, jego wyższo półkowa odmiana Pinot Noir Titi (nazwana tak pieszczotliwie na cześć syna Tibora, Tibora juniora, pieszczotliwie określanego Titi) czy choćby Kiralyleanka należały do moich egerskich pewniaków. Niestety, Chardonnay 2008 okazało się płaskie, niewyraźne i bez życia, a Pinot Noir 2007 nie oferował wiele poza hojnie użytą beczką – wędzonka mieszała się tu z kwasowością niczym w kwaśnicy, i to niestety takiej oszczędnej kwaśnicy z Krupówek dla warszawskich ceprów, bo finisz zdecydowanie miał wodnisty. Gorzkie to słowa, ale od całkowitej kondemnacji Tibora Gala powstrzymuje się do czasu bardziej przekrojowej degustacji – może miałem akurat pecha?

Dwa ostatnie adresy to egerska druga liga z aspiracjami – do znalezienia w (nie)sławnej Dolince Pięknej Pani, zwanej też w angielskojęzycznych publikacjach z niewiadomych powodów Witch Valley. Pierwszy z nich to Tamas Sike – facet krępy, mocny i prawdziwy. Jego Sike Tamas Selection Olaszriziling 2009 nos miał nieco duszny, zamknięty, pleśniowo-miodowy, usta zbudowane średnio, bez mocy owocu, ale o satysfakcjonującej pijalności, zwłaszcza w warunkach piwniczkowo-turystycznych. Egri Kekfrankos Siller 2008 – a siller to węgierski wynalazek, rodzaj wina pośredniego pomiędzy różowym a czerwonym – niósł odświeżające aromaty poziomek i porzeczek podbite miętą, przyjemne, choć zbyt może zielone, jednak usta to już tylko różowo-landrynkowy owoc ze zbyt wyraźną dębiną. Wino nadto kompotowe, nie dość świeże, by się więcej na nim pochylać… Jednak wizyta u Sikego to nie jest zły pomysł, zwłaszcza, gdy ktoś chce zrobić większa zapasy win w bardzo przyzwoitych cenach.

Po sąsiedzku z Tamasem Sike mieści się winiarnia braci Juhasz ­– i w jej przypadku z polecaniem byłbym znacznie ostrożniejszy. Egri Szurkebarat 2007 (czyli Pinot Gris), o rekordowych 15% alkoholu, woniał drożdżami, starym papierem, proszkiem do prania, piankami marshmallow, słowem – cukierkiem rozpuszczonym w lekarstwach. Usta, jak można się było spodziewać, kompletnie zdominował alkohol, choć wciąż wyczuwalna była nuta chemiczna, apteczna. Nieczyste, przegięte wino dla kolekcjonerów kuriozów. Leaynka 2009 nie była aż tak oryginalna, za to po prostu nudna – odmianowy nos jabłkowo-brzoskwiniowy z lekko wyczuwalną kiszonką zapowiadał się przyjemnie, ale wypłaszczone usta bez kwasowości, o zbyt oczywistej słodyczy zawiodły.

Najciekawszym winem braci Juhasz okazał się Egri Bikaver 2007 – klasyczny, chłopski i ziemisty, warzywno-aroniowy w aromatach i bezwzględnie taniczny w smaku, ściągający i zielonkawy, miał w sobie tę bezpretensjonalną pijalność i szczerość, w której odpoczynku i wytchnienia szuka czasem każdy, nawet najbardziej wyrafinowany, zadzierający nosa miłośnik wina.

I tym optymistycznym akcentem remanent kończę. Więcej Egerem nie męczę, za wszystko serdecznie przepraszam, a Was proszę – nie lękajcie się Victora Orbana, pijcie egerskie wina, sławcie je na świecie i tłumnie odwiedzajcie to niezwykłe miejsce.


Gulaszowy kapitalizm – Kovács Nimród

Na stole w sali degustacyjnej leży okładka branżowego biznesowego magazynu, a na niej widnieją dwie postaci. Na pierwszym planie Barack Obama, za nim – Nimród Kovács . W tej piwnicy, jej atmosferze, wśród win tak przesiąkniętych duchem właściciela, aż miałem ochotę spytać, kim jest ten czarnoskóry facet w garniturze obok Kovácsa…

Kovács Nimród Winery to niebywale interesujące przedsięwzięcie. Kiedyś projekt nosił nazwę Pok-Polonyi  i był winnicą rodzinną jakich w Egerze mnóstwo. W 2000. roku przejął je Nimród Kovács – węgierski biznesmen, który karierę zrobił w Stanach, typ self-made-go-gettera, sypiącego biznesowymi maksymami z Jacka Welcha i z Sun Tzu. Mr Kovács wszedł w biznes i zmienił jego nazwę na, co nie dziwi, bardzo nieskromną: Monarchia Winery. Głównym winemakerem pozostawił jednak Tomasa Poka – człowieka ponoć diablo zdolnego. Wina z tego okresu znam tylko z opowieści – ponoć były zbalansowane, eleganckie, burgundzkie. Trudno to sobie wyobrazić, gdy się teraz pije tutejsze wina, produkowane już pod marką Nimród Kovács , oddane w ręce winiarskich technologów Nowego Świata.

Duch kapitalistycznego, amerykańsko-węgierskiego joint-venture przenika tutejsze butelki do cna, dając efekty raz interesujące, raz karykaturalne. Są to wina na wskroś nowoświatowe – ale pochodzą z małej w gruncie rzeczy winiarni (30 ha), więc  nie ma mowy o fabrycznej nudzie czy seryjności. Tu się eksperymentuje jak wszędzie w Egerze, tyle że poszukiwania te mają ustalony cel – trafienie w gusta miłośników win kalifornijskich. Około 30% win Nimróda Kovácsa jest przeznaczonych na rynek USA.

W takim marketingowym podejściu nam sam początek pochwalić warto łatwą do odczytania i zrozumienia dla konsumenta konstrukcję portfolio.  Są tu tylko dwie linie: tańsza, codzienna Egri oraz droższa Nimród Kovács. Prawda, że cudownie proste? Przerost liczby etykiet, wynikający z wielości poszukiwań, jest egerską zmorą, tym bardziej więc należy się Kovácsowi słowo pochwały.

Baza…

A jakie są tutejsze wina? Podstawowy biały Egri Feher 2008 to kupaż 70% Chardonnay, 20% Pinot Gris i 10% Furminta. Nos ma nieco podwórkowy, z nutą kiszonej kapusty. Usta są prostolinijne, ale szczere, niepozbawione ciała, z posmakiem rodzynkowo-ziołowym i odczuwalnym w końcówce alkoholem. Jak na swoją niziutką cenę – ok. 10 złotych – i obawy związane z tutejszą stylistyką, jakość i pijalność są zaskakująco wysokie, mimo słabego owocu.

Egri Rosé 2010 powstało w całości z Kekfrankosa.   W nosie, zdominowanym przez poziomki, znów pojawia się ton warzywny, tym razem delikatniejszy, pietruszkowy. Usta znów są proste, delikatnie musujące – jednak czuć tu już pewną beczkowość, która sprawia, że wino wydaje się zbyt ciężkie do codziennego sączenia.

Podstawowa tutejsza czerwień, Egri Kekfrankos 2006, to świetny wstęp do american dream Mr Kovácsa . Nos jest gorący, nieco duszny, czuć w nim porzeczki i jeżyny, usta zaś mają pełnię i krągłość o sporej słodyczy, taniny są dobrze wtopione, budowa średnia plus… Jednak jak na wino podstawowe zbyt muskularnie tu jest, a jak na Eger do przesady  ciepło i wygodnie.

…i nadbudowa

Biała dumą – przepraszam stadionowych chuliganów za wypożyczenie tego zwrotu – jeśli chodzi o wyższą półkę Kovácsa jest Chardonnay o nazwie Battonage przez dwa te. Co ciekawe, w produkcji tego wina wykorzystywana jest burgundzka technika batonnage, przez jedno te, a za to dwa en, która polega na starzeniu białego wina w beczce wraz z osadem i okazyjnym bełtaniu tego osadu kijaszkiem. Metoda ta jest kontrowersyjna – podobnie jak Battonage 2008. Nos jest jednocześnie naftowy i słodki, jesienno-miodowy, oleiste usta mają mocną strukturę i pełnię, ale brakuje im lekkości. Kontrowersyjne jest to wino, co czuć było w badawczym spojrzeniu prowadzącej degustację Orsolyi i w gorliwości, z jaką opowiadała, jakich to medali Battonage na świecie nie dostał… Jak dla mnie jest to wino pokrętne jak zeznania Richarda Nixona po Watergate, wieloznaczne – nie w sensie bogactwa, tylko niezdecydowania.

Syrah 2008 za to był zdecydowanie najlepszym winem degustacji . Dębowe aromaty nie kryją żywej owocowości, długość jest wstrząsająca, taniny mocne i uwodzicielskie, trudne do zapomnienia, intensywnie, po Nimrodowemu użyta beczka świetnie wtapia się w to soczyste, intensywne wino. Kto by się spodziewał, że akurat Syrah znajdzie tutaj taką intrygującą interpretację? Takie mięśnie i sprężystość uczyniłyby z niego idealnego, że tak sobie zażartuję, gubernatora Kalifornii. Wymarzonej Kalifornii dr Kovácsa .

Potem było mniej ciekawie. Bikaver Rhapsody 2006 był beczkowo potężny, ekstraktywny,  kulturystyczny – choć nie nazwałbym go karykaturą, może raczej bikaverem do potęgi, turbobikaverem, kuriozum dla miłośników winnych strongmenów.

Karykaturą był za to bez wątpienia Pinot Noir 2007, ze swoim 15,5% alkoholu i ekspresją bliską cieplejszym regionom Chile. To ekstremum stylu nowoświatowego – wino totalnie kompotowe, hiperekstraktywne, duszne…

Chciałbym w czambuł potępić ekscesy Nimroda Kovácsa , wyśmiać jako niespełnioną miłość Turula do Wuja Sama, jako winnego Forfitera  – ale nie potrafię. Część z tych win, tak mi obcych, tak dziwacznych czasami, ma w sobie nerw, pazur, siłę. Linii podstawowej, Egri, wróżę w Polsce duże powodzenia – o ile ktoś zechce ją sprowadzić. Syrah zaś, jak mawia się w nomenklaturze policyjnej, zabezpieczyłem. Wypiję nim kiedyś zdrowie  Mr Kovácsa i jego gulaszowego kapitalizmu.


Antypody antypodów

A więc kolejny Winny Wtorek. No, proszę sobie wyobrazić… Butelka australijskiego Semillion Chardonnay za 29 złotych… Człowiek się zastanawia, czy mogą go spotkać gorsze rzeczy. Pewnie, całe mnóstwo: Można wylecieć z pracy. Włos znaleźć w zupie. Petrus się może okazać korkowy. Syn może oznajmić nam pewnego dnia, że chce zostać politykiem. Tak, na całym świecie jest mnóstwo rzeczy gorszych niż Semillion Chardonnay z Australii za 29 złotych. Ale nie oszukujmy się – jest też wiele, bardzo wiele rzeczy lepszych. Dlatego nie czeka się na taką butelkę z utęsknieniem.

Proszę sobie wyobrazić tymczasem, że  Mullygrubber Semilion Chardonnay 2009 nie ma w sobie nić z australijskiej masywności i masowości. Ba, wręcz lokuje się na ich – excusez-le mot – antypodach. Aż 50% Semillion w kupażu nadaje mu strukturę, ale nie czyni karykaturalnie oleistym. Chardonnay daruje mu swoją głębię – ale nam daruje tak częstej w Nowym Świecie banalności i nudnej, mechanicznej powtarzalności charakterystycznych odmianowych nut.

Proszę sobie wyobrazić ten jednocześnie odświeżający i złożony nos, atakujący cytrusową rześkością, wsparty na kremowej, brzoskwiniowej podbudowie, który stopniowo uwalnia lekkie niuanse tropikalnych owoców – świeżych, schłodzonych, niesyropowych.

I proszę sobie wyobrazić te usta. Pełne, ale nie przeciążone, o bardzo długim finiszu. Nie ma w nich nic technicznego, jest szczodry owoc, ożywcza kwasowość, chłód. Chce się to wino pić, pić, pić…

Wyobrazili sobie Państwo to wszystko? Świetnie. Ja też sobie wyobraziłem, taki jest mój Mullygrubber wymarzony. Jaki jest w rzeczywistości, nie dane mi się było niestety przekonać, bo okazało się, że dla sklepu internetowego Ballantine’s dostarczenie zamówienia złożonego w zeszłą środę okazało się do tego Winnego Wtorku niemożliwe. Mógłbym zgadywać, że jest na antypodach mojej wizji, że to nudny seryjniak prosto z taśmy produkcyjnej, wino bez charakteru. Ale wolałem sobie pomarzyć, o!

Kto chce się przekonać, jak Mullygrubber smakował tym, którym dane było go dostać, zapraszam na blogi innych uczestników Winnych Wtorków. Sam też zaraz poczytam:

Do Trzech Dych

Uncle Matt in Travel

Viniculture

Sstarwines

Czerwone czy białe

Winne przygody

Książka i wino

Winna Pasja

PS. I oczywiście kiedy zaraz po opublikowaniu powyższej wersji fantasy wyszedłem z domu, natknąłem się na nasze wino w pierwszym branżowym sklepie do którego zawitałem. I cóż… jednak wybieram marzenia. Nos, początkowo stłumiony, odwirowany otworzył się w stronę owocowych landrynek . Usta są bardzo płaskie, niezdecydowane, brak tu życia, jest tu trochę kwasowości, która daje nawet pewną pijalność, ale jest też jakaś nuta nieczysta, pospolita, która sprawia, że obcowanie z Mullygrubberem jest doświadczeniem męczącym. Niesmak pozostawia, dosłownie – landrynkowo-oranżadowy, jak i w przenośni… Po drugim kieliszku resztę pozostawiam do jakiegoś sosu. To niestety antypody moich gustów.


Ręka Midasa – St Andrea

Każda rozmowa w Egerze zaczynała się od rytualnego narzekania na rocznik 2010. Nam dał się we znaki głównie powodziami, ale deszczowa pogoda przyniosła wielkie straty całemu środkowoeuropejskiemu winiarstwu – zbiory były kiepskie w Niemczech, Austrii, Czechach i, oczywiście, na Węgrzech. W Egerze do końca maja 2010 spadło tyle deszczu, ile średnio spada tam przez rok – zaś do końca roku całkowita suma opadów podwoiła się…

Co to oznacza dla winiarzy, niech świadczy przykład przytoczony podczas degustacji u jednego z wiodących egerskich producentów, gdzie głównym winemakerem jest wielokrotnie nagradzany Dr. György Lőrincz – w St Andrei. W poprzednich latach tylko podstawowego, białego kupażu Napbor powstawało tu dwadzieścia kilka tysięcy butelek – w 2010 wszystkich białych win zabutelkowano tylko dwadzieścia tysięcy!

Jednak rok 2010 dla St Andrei nie był całkowicie stracony – w lipcu zeszłego roku przy piwnicy producenta, na krańcu urokliwej podegerskiej miejscowości Egerszalok stanął designerski sklep z salą degustacyjną, jakiego nie powstydziłby się żaden światowy winiarz. Minimalistyczna architektura, świetne meble, sącząca się w tle muzyka, płaski ekran ze zdjęciami z parcel, z których wina właśnie degustujemy… Słowem, nowoczesność, ale w najlepszym wydaniu – hasło to zresztą pasuje jak ulał także do tutejszych win.

Fresk, czyli  świeżość – rzecz o winach białych


Białe wina z St Andrei mają w sobie niezrównaną czystość i elegancję. Ich aromaty są nienachalne, chłodne i świeże, usta zaś nie są zbudowane – co się w egerskiej bieli nagminnie zdarza – na wysokim alkoholu, ale na wyrazistej kwasowości i mineralności.

Bardzo dobrze, mimo trudnych warunków, wypada wspomniany Napbor 2010, podstawowy kupaż wszystkich białych odmian ze wszystkich parcel St Andrei. Wyraźny kwiatowy nos, średnia budowa, mineralność i dobra kwasowość – ładnie ułożone, codzienne wino.

Niezwykłe wrażenie zrobił biały kupaż z pojedynczej winnicy Boldogsagos 2009 – od 2006 roku prowadzonej zgodnie z regułami biodynamiki. Znajdziemy w nim  Olaszrizling, Viognier, Pinot Gris (zwane tu Szurkebarat) i Sauvignon Blanc. Nos jest subtelny, bardzo świeży, z nutą ziołową i twarogową . Średnie ciało – i piękny, pionowy, długi, mineralny finisz. Brawa.

Niejako w ramach eksperymentu – tylko 1704 butelek – powstało tu znakomite, nieoczywiste Hárslevelű 2009, o ziołowym bukiecie i eleganckich ustach. Jeszcze większą gratką – 1122 butelki – jest Chardonnay z pojedynczej parceli Ferenchegy, rasowe, z wyraźnym, obok odmianowego, rysem terroir: nutami bazylii i pokrzyw, bardzo pełne, z charakterystyczną kwasowością.

No i wreszcie flagowe białe wino St Andrea – Örökke 2009 (nazwa ta oznacza Na zawsze), kupaż  Hárslevelű, Pinot Gris, Chardonnay, Rajnai Rizlinga, Sauvignon Blanc, Viogniera i Olaszrizlinga. Uwodzicielski, zmysłowy nos pełen tropikalnych owoców z nutą skórki chlebowej.  Örökke wypełnia podniebienie całkowicie, lecz czyni to z gracją i lekkością – niczym fresk na sklepieniu, który wyszedł spod ręki zdolnego malarza… A do tego potężny, długi finisz. Tego samego dnia udało się nam jeszcze skosztować w świetnej restauracji Imola inny rocznik tego wina, rzadki już Örökke 2006 – tu jeszcze wyraźniejsze były ewoluowane , para-tokajskie czy alzackie wręcz rejestry aromatyczne, usta były przy tym jednak (zapewne z racji wieku) lżejsze, bardziej kwasowe i mineralne. Niezwykłe przeżycie.

Opowieść o trzech Pinotach – rzecz o winach czerwonych

Degustację win czerwonych zaczęliśmy od zestawu, który przyćmił wszystko, co przedtem i potem dane nam było w Egerze pić. Powiedzmy sobie to jasno i wyraźnie, jak jasne i wyraźne są te wina – St Andrea odkryła węgierską Burgundię. Powstające tu wina z Pinot Noir mają złożoność, świeżość i pełnię życia godne najlepszych na świecie interpretacji tego szczepu.

Już podstawy Pinot z różnych parcel, nazwany Pinot Noir Csakegyszoval 2008 (co oznacza Jednymsłowem – właśnie tak, razem zamiast osobno pisane) to nad wyraz porządny, rustykalny w stylu burgund o mięsnych, wędzonych zapachach uwalniających stopniowo soczyste czerwone owoce, piwonie i róże. Usta są lekkie, o nieco suchych taninach, ale w sumie pięknie ułożone i bardzo rześkie.

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak przy Pinotach pochodzących z pojedynczych parcel – ich nazwy są zarazem nazwami win. Aż trudno sobie wyobrazić, że wina o takim bogactwie powstały z krzewów nasadzonych w 2002 i 2003 roku! Zaiste, wielka jest siła tutejszego tufowego terroir.

Pinot Noir Paptag 2008 pochodzi z działki, gdzie nad tufem znajduje się 4-5 metrowa warstwa żyznej, bogatej gleby. Bukiet tego wina jest niebywale złożony: wiejsko-owocowy i zarazem lekko apteczny. Taniny są subtelne, kwasowość mocna, czereśniowa. Chce się pić.

Pinot Noir Ferenchegy 2008 jest w nosie mniej owocowy, pachnie kurzem, strychem i mgłą, usta za to mają więcej owocowej soczystości i bardziej zaznaczone garbniki. Kompletne, doskonale ułożone wino.

I wreszcie trzeci zawodnik, Pinot Noir Hangacs 2008 z dużej, 20-hektarowej parceli położonej w pobliżu Demjén. To znowuż wino najbardziej z całej trójki kontemplacyjne i introwertyczne, może nawet ciut mroczne – ziołowe w nosie i ustach, o ułożonych taninach, głębokie, ale nie ekstraktywne.

Gdybyśmy te trzy Pinoty potraktowali jako braci, to ten trzeci byłby małomównym przystojniakiem z tajemniczym błyskiem w oku – zresztą, jak dowiedzieliśmy się od Tamása, który przeprowadzał dla nas degustację, właśnie Hangacs cieszy się wśród winomanów największym powodzeniem…

Po takich wrażeniach kolejne butelki z szerokiego jak bary winogrodnika portfolio St Andrei nie budziły już emocji, na jakie z pewnością zasługiwały. Aldas 2008, podstawowy Bikaver (40% Kekfrankos, 30% Merlot i jeszcze Cabernet Franc, Syrah, Menoir i Pinot Noir) wolny był od typowo bikaverowej buraczanej zieloności, wciąż oferując jednak elegancką ziemistość i szorstkie garbniki.

Bikaver 2008 ze wspomnianego siedliska Hangacs 2008 (Po 25% Kekfrankosa, Cabernet Franc i Merlot, do tego Pinot Noir i Menoir) to bardziej złożona interpretacja byczej tradycji – wiśniowo warzywny nos, bardzo wyraźny owoc, koncentracja bez przeciążenia, wreszcie wyrazisty syropowy finisz.

I na końcu perła w koronie tutejszej czerwieni – czyli w zasadzie rubin – Merengo 2008, kupaż 40% Merlota, 30-35% Kekfrankosa i 20% Cabernet Franc z dodatkiem Syrah, Pinot Noir i Menoira. Jest to wino niezwykłe, bardzo bordoskie w wyrazie – pełne i silne, ekstraktywne, ale przy tym o pięknym, krągłym owocu, bez grama nieprzyjemnej suchości.

St Andrea to jest niezwykły projekt, a György Lőrincz ma do wina rękę Midasa. Jasna jak złoto jest ta nowa twarz Egeru.


Byczo!

Eger wzięty, wzięty tam niejeden bar, restauracja i piwnica. Z siłami sojuszniczymi wylądowaliśmy na miejscu w piątek wieczorem, by w niedzielę wrócić do Krakowa. Choć to zaledwie półtorej dnia intensywnej okupacji tego skądinąd sennego miasteczka (które jednak przy takim na przykład Tokaju wydaje się tętniącą życiem metropolią), wystarczyło, by dzięki wielkiej liczbie rozmów i jeszcze większej skosztowanych win ogarnąć choć w części skomplikowaną rzeczywistość tamtejszego winiarstwa.

Skomplikowaną, bo Eger to jest proces, nieustające winiarskie work-in-progress. Tygiel, w który mieszają się niezliczone koncepcje tego, jakie powinno być egerskie wino.  Tu nic nie jest pewne: ani pożądana stylistyka, ani kanon szczepów, ani jednoznaczna definicja terroir, ani bilans rozrachunków z niechlubną komunistyczną przeszłością, ani wizja przyszłości. W odróżnieniu od Tokaju, w którym twórczy ferment trzyma jednak w ryzach potężna tradycja, w Egerze panuje totalna wolna amerykanka – i to wręcz dosłownie, są tu bowiem winnice celujące głównie w rynek amerykański… Tokaj ma Renesans, a Eger ma swój okres burzy i naporu.

Dlatego degustowanie egerskich win i spotkania z tutejszymi ludźmi wina są tak fascynujące – nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. W półtorej dnia odbyliśmy podróż przez wszelkie możliwe style win czerwonych: od środkowoeuropejskiej pikanterii, przez socjalistyczną zieloność i ziemistość, burgundzką elegancję i rodański owoc po nowoświatową tężyznę fizyczną. Dodajmy do tego podobny rozstrzał w dziedzinie win białych – od strzelistej mineralności przez intrygujące klimaty niemiecko-alzackie po hiperbeczkowane Chardonnaye – oraz pełną różnorodność w kwestii miejsc degustacji, od designerskich sal, których nie powstydziliby się butikowi producenci Napa Valley po skromniutkie piwniczki… Ogrom wrażeń, doprawdy.

Jutro przyjdzie czas na porządkowanie myśli, przepisywanie notek degustacyjnych ze skrawków papieru, ubieranie wrażeń w okrągłe zdania, wyszukiwanie mniej lub bardziej trafnych metafor. Jutro będziecie mogli poczytać o konkretnych winach, miejscach, ludziach. O  bardzo ciężkim roczniku 2010. Jutro. Dzisiaj jestem jeszcze jedną nogą w Egerze, zanurzam się w tym chaosie i byczo mi jest. Ot tak po prostu, byczo.