Wieko

Ulegam rozkładowi, przy czym rozkład zmienia się co kwartał. Przesypuję się w popiół a potem się na nowo z tego popiołu lepię. By żyło się jeszcze chwilę, by żyło się lepiej.

Przykrywam się wiekiem, coraz dokładniej, coraz doszczętniej. Stopniowo redukuję się i utleniam, aż zostanie ze mnie tylko znikający punkt i – puf! – całkiem się stąd stlenię.

Mam w nosie więcej i więcej, bo mi nos ewoluuje. Czuć mnie myszką. Starym tokajem. Bardziej rumiankiem, bardziej kamieniem. Woskiem znicza, garścią wilgotnej ziemi. Solidnie zamkniętą dębiną.

Ale przecież, choć zniknę, wrócę, tak mam obiecane. Nie jako dusza snuć się po ziemi, nie upiorem, lecz ciałem. I jaki zmartwychwstanę? Taki jak dziś? Jak dziesięć lat temu? Czy – nie daj Boże – taki, jakim się z padołem pożegnam? Giorgio Agamben przypomina wielusetletnie dywagacje na ten temat najtęższych teologicznych głów – jakie będzie to nasze idealne zmartwychwstałe ciało. Czy będzie pragnęło? I czego?

A ja się zastanawiam, jak będzie pachnieć. I wiem, czuję to, niemal zmysłowo. Jak przez wieki święci, jak stygmatycy, którzy roztaczali wokół siebie duszną, upojną kwiatową woń, tak i my wszyscy powrócimy na ziemię w chmurach różanych aromatów Gewurztraminera, słodkich i cielistych, donośnie cielesnych. Przyobleczeni w idealne ciała, zależni tylko od tych pragnień, których będziemy pragnąć sami.

Ale inny głos, nie milknąc, powtarza: jesteś nieziszczalny. Wieko, po wieki wieków, cię czeka. Wieko.


Terror Mechajurora

IMG_20131023_161449Raz w życiu, całkiem zresztą niedawno, przyszło mi zeznawać przed sądem – w sprawie cywilnej, czystej jak łza, gdzie mogłem z powodzeniem mówić samą prawdę i tylko prawdę. W małej, obskurnej salce krakowskiego sądu pociłem się jednak z każdym słowem tej prawdy jak ruda mysz, widząc w siedzącej naprzeciwko sędzinie – sędzinę. Nie normalną kobietę, o kilka może lat ode mnie starszą, dość elegancką choć nieco znudzoną – lecz wcielenie boskiej wszechwiedzy i sprawiedliwości, niemalże samą Temidę.

Czy naprawdę wystarczą te zewnętrzne atrybuty,  toga ze sztucznego tworzywa i  gruby łańcuch na szyi, żebyśmy oboje – sędzina i ja – weszli w swoje role? Oczywiście, że tak. Wystarczy poczytać opisy słynnych eksperymentów Zimbardo…

Nachodzą mnie takie refleksje, kiedy sędziuję od czasu do czasu w winiarskich konkursach. Wchodzę wtedy w rolę po czubki uszu i czuję, jak przenika mnie skłonność do szafowania wyroków lekką ręką. Zastanawiałem się, jak się tej ułudzie omnipotencji przeciwstawić – i doszedłem do wniosku, że jedynie podziwem dla tych win, które zasługują na to w moich oczach, nosie, ustach, a nie w jakichś wyobrażeniach o tym, co może być dobre dla innych ludzi, a co nie. Staram się być zgodny ze swoim sumieniem – tylko tak, nie inaczej, oddam tym winom sprawiedliwość.

Dopiero co ją oddawałem podczas finałowego głosowania Grand Prix Magazynu Wino 2013 – w kategorii win czerwonych. Gdy po głosowaniu w ciemno opadły z flaszek niczym opaska Temidy degustacyjne skarpety,  jak zwykle w takiej sytuacji miałem okazję porównywać na ślepo poczynione wybory ze swoimi codziennymi preferencjami. I mam spokojne sumienie, rzeczywiście lubię to, co lubię.

DSC_0348

I tak w kategorii do 50 zł na pierwszym miejscu postawiłem naturalistyczne w ekspresji, rustykalne  Bourgogne 2010 z Chateu Bonnet, na drugim kwiatowo-pikatne, obłednie pijalne Refosco 2011 z Castello di Porcia na trzecim zaś  upojnie pysznego, umiejętnie potraktowanego dębiną  węgierskiego Zweigelta 2009 od Feketego.

W kategorii do 100 zł także nie udało mi się specjalnie zaskoczyć. Przysłowiowa palma pierwszeństwa trafiła do Flor de Brezo 2011 od Gregory Pereza z Mencii – to wino naturalne, z przyjemną nutą lotnej kwasowości i fantastyczną wiśniową ekspresją. Na drugim miejscu kolejne Pinot Noir, tym razem austriackie – Graf Hardegg 2011. Bardzo soczyste, pełne, a zarazem eleganckie, nie może się nie podobać. Stawkę zamyka pieprzna i kwiatowa Touriga Nacional 2010 z Quinta Dos Roques z Dao.

I wreszcie budząca największe emocje cenowa kategoria open, czyli mówiąc po staropolsku – sky is the limit. Tutaj komplet moich punktów trafił nolens-volens do postaci wielce kontrowersyjnej – winiarz-naturalista Fulvio Bressan ostatnio wsławił się bowiem głównie idiotycznymi, rasistowskimi komentarzami, których przytaczanie tutaj jest poniżej mojej godności. Wypisywane przez niego bzdury zakończyły się nawoływaniem do ekonomicznego bojkotu. Więc choć w ciemno jego Schioppettino 2006 nie miało sobie równych sprawa nie jest prosta. Czy powinniśmy czytać Pieśni Ezry Pounda mimo jego faszystowskich poglądów? Wgłębiać się w prozę kolaboranta Celine’a? Pić wina Bressana? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam, ja będę ich unikał.

DSC_0343

Miejsce drugie to trzeci już Pinot Noir – a właściwie pięknie ewoluowane włoskie Pinot Nero z Tennuta Mazzolino, trzecie zaś Valpolicella La Bandina 2007.

DSC_0350

I to tyle raportu z mojego sumienia. Jakie wina dostaną medale kolektywną decyzją jury dowiemy się już wkrótce, 8. listopada podczas Gali Grand Prix Magazynu Wino.        


Alma Mater

almaAlma Mater, Matka Karmiąca. Karmi nas i owszem, ta Alma, ile to już lat karmi ego klasy średniej, przy okazji odchudzając jej portfele. Ten blichtr delikatesowy, te produkty egzotyczne, te piękne opakowania – do niedawna wszyscy chętnie płaciliśmy więcej za tę nową masową ekskluzywność, poręczoną ceną i designem obietnicę wyjątkowości. Tak, Alma (a przy okazji Piotr i Paweł, Bomi i kilka innych sieci) wychowały sobie nowe pokolenie lifestylowych konsumentów. Wychowały i odchowały – by znaleźć się nagle, w chwili, gdy do drzwi zakołatał kryzys, w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji.

Jedni z odchowanych przez Matkę Karmiącą klientów poszli w dyskonty, które zrozumiały, że na krewetkach i winie też da się coś ugrać. Płacili mniej za to, co nadal zaspokajało ich aspiracje.  Inni, prymusi, zaczęli włoskie produkty kupować u Włocha, francuskie u Francuza, a wina w specjalistycznych sklepach z winem. Alma została po środku.

Ale ostatnio się zmienia. Jest linia produktów Food&Joy, własnej marki, ponoć dobrych jakościowo – i są wina nowe, wyselekcjonowane przez, jak ptaszki w branży ćwierkają, osobę z wieloletnim w tej dziedzinie doświadczeniem. Pobieżna i przypadkowa właściwie degustacja – szybkie zakupy w drodze do domu – zdaje się te plotki ptasiego radia potwierdzać.

Na warsztat trafiło najpierw rzadko w Polsce spotykane Cremant de Bordeaux, od dużego negocjanta Jean-Baptiste’a Audy – metodą tradycyjną zdziałane wino musujące z tego emblematycznego regionu. I co, tu dużo mówić, świetne było – bogate, z finezyjnym musem, nieprzesadnie jesienne w wyrazie, za to z wyraźną naturalnością, jakąś podwórkowością w klimacie. Mniam.

Potem przyszedł czas na trzy z nieco szerszego wyboru win z włoskiej Kampanii, z Azienda Agricola San Salvatore – również bardzo słabo reprezentowanych w Polsce. I znowuż świetnie – i to pomimo bawołów na etykiecie! Calpazio 2012 (100% szczepu Greco) jest wdzięczne, pneumatycznie wręcz lekkie i złociste. Falanghina 2012 gęsta, cytrusowo-morelowa z niuchem wosku, ładnie zbudowana, południowa ale bez cienia ociężałości. Aglianico 2011 zachowuje świetny balans między srogim i zdystansowanym charakterem szczepu a soczystą pijalnością – to jest interpretacja w najlepszym znaczeniu tego słowa komercyjna, bo po prostu chcę się to wino kupować, tak jest smaczne i poważne zarazem.

Cieszy, że nie tylko brytyjskiej proweniencji Marks&Spencer, ale i rodzime delikatesy potrafią wynaleźć perełki i sprzedawać je w konkurencyjnych cenach – wszystkie z powyższych butelek kosztują w okolicy 60 zł i są tej ceny warte.


Jabłka Adama

20130824_180513I znów czuję się wywołany do tablicy przez nasz ulubiony winiarski tabloid. Ten, który wszyscy czytają z wypiekami na twarzy, żeby później udawać że nie wiedzą o co chodzi albo kręcić nosem – nazywam to efektem Ona tu jest i tańczy dla mnie. Ja tam zawsze uważałem, że spuszczanie powietrza jest okej, że każdy Michnik potrzebuje swojego Urbana. I pomimo że ostatnio to właśnie z prześmiewców zeszło jakby powietrze, że obok zdrowej ironii zawsze było tam sporo zwykłego chamstwa (zainteresowani wiedzą od czego to zależy), a ostatnio się pojawiło też trochę nastoletnio-narwanego oszołomstwa, to i tak – zagląda się tam. Ot, taki winiarski syndrom sztokholmski.

Tym razem poszło o cydr. Wiadomo, że ten lekki jabłczany alkohol stał się ostatnio hitem w naszej niszy, gada się i pisze o nim bez przerwy, aż momentami do bólu. W tym kontekście tabloid dziwuje się, że tak ewidentnie hipsterski bulszit nie znalazł sobie jeszcze miejsca na łamach Kontretykiety. Czyżby Janicki się na amen zestarzał i stracił wyczucie, co jest na topie? Otóż, moi drodzy, nic z tego. Ja nie tylko piłem cydr before it was cool. Ja go robiłem nawet, i to chyba z nienajgorszym rezultatem.

Bo też musicie wiedzieć, że nie ma w naszych warunkach łatwiejszego do zrobienia i bardziej ekonomicznego alkoholu niż cydr. Przepis? Wyciskasz sok z jabłek. Wlewasz do gąsiora, zamykasz airlockiem – żeby oddychał, ale się nie utleniał. Czekasz, aż przefermentuje, jeśli jabłka były niepryskane, a tak być powinno, zrobi to spontanicznie, na własnych drożdżach. Jak już przestaje bulgotać, butelkujesz, dodając nieco roztworu wody z cukrem, żeby sobie potem elegancko musował. I tyle. Mnie, laikowi totalnemu (a właściwie to nam, rola małżonki jest nie do przecenienia) wychodzi smaczny, wytrawny, zupełnie naturalny, lekki alkohol, właściwie za darmoszkę, bo jabłka są u nas tanie jak barszcz, albo i tańsze.

Zawrotną karierę cydru niektórzy traktują tylko w kategoriach medialnych, porównując statystyki jego sprzedaży do klasycznego piwa. Ale to nie tak. Korporacje z branży alkoholowej doskonale wiedzą, skąd i dokąd wieje wiatr i gdzie będą wkrótce leżały konfitury – zdarza mi się z nimi pracować, więc to po prostu wiem. Jeśli decydują się w ramach NPD (new product development) na wprowadzanie na rynek cydru, nie robią tego z głupoty albo dla eksperymentu. Kasę czują.

Ale kiedy jedni czują kasę, inni znowuż wiatr w żaglach. Obok masowych marek powstają niezwykłe, rzemieślnicze (kolejne modne słowo) cydry małych producentów. Pyszny cydr Kuby i Marcina Lorków z Koziarni. Świetny cydr Maurera z Łącka – któż, jeśli nie producent najbardziej znanych naturalnych soków w Polsce mógłby się wziąć za cydr i odnieść sukces? No i objawienie Festiwalu Smaku w Grucznie – odmianowe cydry od Hieronima Błażejaka, znanego dotychczas jako ekspert od nalewek. Wybitne, zwłaszcza przywodząca na myśl najlepsze wina naturalne kantówka.

Będzie, wbrew sceptykom, coraz bardziej cydrowo w Polsce. Co jest do udowodnienia.

 

PS. Jabłka Adama, bo na czwarte imię mam Adam. To długa historia.

PPS. Właśnie nastawiliśmy perry, czyli cydr z gruszek – klapsy-ulęgałki, konkretnie. Daję znać tak na wszelki wypadek, jakby za rok wszyscy mieli pisać o perry…


Srebrna Górą!

IMG_20130812_195227

Twórca i tworzywo, czyli Mirek Kwiatkowski i terroir Srebrnej Góry

Na początku było słowo. Potem plotka stugębna, pierwsze uczone opracowania – oto na krakowskich Bielanach, u stóp klasztoru kamedulskiego powstaje winnica jakich na próżno szukać w regionie, a i w Polsce idzie na palcach jednej ręki zliczyć. Kilkanaście hektarów winorośli, poważne inwestycje w sprzęt do winifikacji, ambitne założenia marketingowe…

Aż wreszcie słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Pierwsze wina z Winnicy Srebrna Góra trafiły kilka dni temu do sklepu wina.pl. I zdarzył się cud. A właściwie kilka cudów. Po pierwsze, okazuje się, że w Małopolsce może powstawać wino o europejskim profilu, bez cienia zieloności, bez przykrych lisich nut, nawet wtedy, gdy powstaje z odmian hybrydowych. Po drugie, okazuje się, że bardzo dobre polskie wino może w handlu detalicznym kosztować poniżej 40 zł. Po trzecie może się wreszcie dobitnie okaże, jak błędna i niezrozumiała jest polityka splendid isolation kilku innych ambitnych projektów winiarskich w Polsce (Mierzęcin, Stara Winna Góra Krojciga) – że polski konsument i zagraniczny turysta są warci tego, by o nich zabiegać.

Dwa podstawowe wina ze Srebrnej Góry, te w cenie 39, 90 zł, to białe Cuvee 2012 z odmian Johanniter, Hibernal i Solaris oraz stuprocentowy Regent 2012 – oba są świetne, przy czym regent świetniejszy. Białe Cuvee łączy w nosie nuty szarej renety, melona i cytrusów, w ustach jest wyraźnie jabłkowe, krągłe i przyjemne, z akcentem szarlotki – to zasługa dość wysokiego cukru resztkowego, zbilansowanego jednak elegancko kwasowością. Pije się świetnie, a dodatkowo – jak we wszystkich winach z tej winnicy – zachwyca dojrzałością gron. Wino czerwone, Regent, jest wprost znakomity – Mirek Kwiatkowski ze Srebrnej Góry mówi, że miało to być fajne, uniwersalne wino do jedzenia, moim zdaniem jest czymś więcej. Ze swoim pięknym, poważnym, głębokim nosem, czystością owocu i eleganckimi garbnikami jest po prostu winem kompletnym – a jego cenę możemy uznać za wręcz skandalicznie niską.

Nieco wyższą półkę cenową (49 zł) reprezentuje Rondo 2012 – nie tak ujmujące jak Regent, ale pokazujące, co może dać z siebie ta popularna w Polsce odmiana. Sporo w nim anyżu, śliwki, nieco zwyczajowych tartych buraczków, ale w lekkich, nieco piwnicznych ustach jest kawał dojrzałego, soczystego i wciągającego owocu. W tej samej cenie dostępny jest też półsłodki Hibernal 2012, jak na swoją kategorię dobrze zbalansowany, o wyrazistym, przywodzącym na myśl Sauvignon Blanc czy Gruner Veltlinera cielistym charakterze. Może się podobać.

Jeszcze półka wyżej – czyli wina za 59 zł. Po pierwsze, rewelacyjny, potraktowany akacjowym  drewnem Seyval Blanc 2012 – krągły, przywodzący na myśl Viognier, pełen gruszek, ziół, białych kwiatów i miodu, szczodry, miękki i wręcz zniewalający. Po drugie, Cabernet Cortis 2012, potraktowany dębiną, w degustacji w ciemno – jestem tego pewien – nie do odróżnienia od  Cabernet Sauvignon z Chile. Jest w nim porzeczka, jest mielona słodka papryka, są goździki i inne przyprawy korzenne. Ciut jest tępe za sprawą drewniastego komponentu, może mu się on wtopi, nie jest to moja bajka do końca – ale trzeba go docenić jako znakomicie zrobione wino, które w kraju rozkochanym w nowoświatowych Cabernetach może okazać się przebojem.

No i wreszcie szczyty Srebrnej Góry. Tutaj znajdziemy dwa kupaże za 65 zł – Rieslinga z Gewurzem, ujmujący miodowo-kwiatowy, herbaciany, z wyraźną nutą pączków z różą i cytrusową końcówką w ustach – oraz wyraziście kwasowy, jabłkowy, z nutą drożdżową Pinot Gris z Auxerrois

Najwyższe piętro okupują Chardonnay i Pinot Noir – przy czym ich cena, 75 zł, jest wciąż jak na polskie standardy umiarkowana. Chardonnay 2012 jest potężne, cieliste i majestatyczne – a przy tym zupełnie niewysilone, autentyczne,  bo jego splendor płynie z owocu-klejnotu, a nie jego drogocennej oprawy. Pyszne wino. Z Pinot Noir 2012 mam pewien problem, przy dobrej kwasowości i rasowej barwie brakuje mu świeżości, jest nieco przegotowane, a orzechowe posmaki sugerują utlenienie…

Z tym jednym jednak właściwie wyjątkiem jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nie twierdzę, że Srebrna Góra to ziemia obiecana polskiego winiarstwa – ale jestem przekonany, że pierwszy pochodzący z niej, zabutelkowany rocznik to kamień milowy w jego historii. Warto te wina pić dla przyjemności i ku serc pokrzepieniu, warto dla patriotycznej satysfakcji że Polak potrafi i nawet dla tego arcypolskiego ukłucia zazdrości, że się komuś udało. Kto wie, może na niektórych podziała to motywująco?

WSG-butelki-2013


Pan nie wiesz, kto ja jestem!

IMG_20130723_220822– Kojarzy mi się z Kanadą – mówi Mama. Wiem, że ma na myśli Calgary. Odbyła się tam, w latach 80.  bodajże, zimowa olimpiada.

Tata się zamyśla na chwilę.

– Byłem tam chyba, kiedyś – mówi. Ma prawo nie pamiętać, w końcu był kiedyś chyba wszędzie.

Ale to tylko kolejny dowód na to, że Cagliari w naszej świadomości praktycznie nie istnieje. O Sardynii jeszcze ktoś coś tam słyszał. Ale Cagliari? Zimowa olimpiada, no.

***

Dwie i pół godziny lotu z Krakowa, tyle, ile jedzie pociąg do Warszawy. Z lotniska zaledwie dziesięć minut do centrum, dwadzieścia do plaży. Plaża Poetto w Cagliari nie ma w sobie nic miejskiego, to nie Miami z dziewczynami na wrotkach jedzącymi lody i wieżowcami w tle – ot, cypel z niską zabudową, szeroka, piaszczysta łacha i zatoka z niebieściutką, ciepłą niczym zupa wodą. Po północy na placyku przy marinie wciąż trwają tańce. Taniec we Włoszech to jest poważna sprawa. Dwieście, trzysta osób powtarza skomplikowany, indywidualny układ, po dyktando nie tylko melodii, ale i komenderującej niczym instruktorska fitnessu  starszej pani z megafonem. Wyglądałoby to na wyreżyserowany spektakl, gdyby nie fakt, że jedyną publicznością jesteśmy my.

Nikt z tańczących nie wydaje się przy tym bawić zbyt dobrze – ale też nie o zabawę tu chyba chodzi. W tym włoskim wspólnym tańczeniu, bo to nie tylko rzecz sardyńska, jest coś pierwotnego, plemiennego, siła rytuału, zobowiązania. Przyjemność płynie tu nie z indywidualnego rytmu ciała, ale z mocy widowiska, kultowego w tym sensie, że nie potrzebuje ono żadnych widzów, jest zjawiskiem samym dla siebie i dla jakichś tajemniczych, ewentualnie zainteresowanych nim bóstw.

***

Na Sardynii powstaje sporo wina. Wyspa ma ciekawe endemiczne odmiany, lokalny ruch winiarzy-naturalistów i sporo dziwacznych win, które świetnie pasują do tutejszej eklektycznej kuchni,  łączącej klimaty makaronowe (spaghetti z bottargą proszę próbować, czyli z rybią ikrą suszoną, która pod wpływem ciepła i oliwy zamienia się w coś w rodzaju pachnącej morzem bułki tartej, także lokalnej pasty, przypominających gnocchi klusek  malloreddus, czy też pierożków culingionis, faszerowanych ziemniakami, ricottą i miętą), mięsne (ta konina, te mleczne prosięta!) i morskie (wspaniałe, choć od niedawna jedzone na Sardynii ryby i owoce morza).

DSC_3294

Mercato San Benedetto, Cagliari

Ale Cagliari jakby się wstydzi swojego wyspiarskiego wina. Są miejsca mieniące się winiarniami, gdzie  w odpowiedzi na pytanie o dostępne wina usłyszysz: – białe i czerwone. Jest co prawda jedna solidna enoteka, którą akurat mi przed nosem zamknięto i jest nowoczesny bar INU, na wysoki połysk zrobiony, fajne miejsce, ale wiosny samowtór nie czynią – mało się tu czuje wina w powietrzu po prostu, Cagliari nim nie żyje, głównie łyka kawę, czasem piwo. Wina się trzeba dogrzebywać, dopraszać, domagać.

***

Ale kiedy się uprzeć, można trafić pięknie. Na przykład na dzikie, chłopskie czerwone frizzante Lei non sa chi sono io ze sporej (trzystu pięćdziesięciu członków) spółdzielni Gigantinu. Nazwę jego przetłumaczyć można właśnie jako Pan nie wiesz, kto ja jestem – i rzeczywiście, skromna butelka pod nieskromną nazwą kryje niebywale ciekawy blend lokalnych czerwonych odmian Pascale, Monica, Nieddu Mannu i Cagnulari. Dzika, rącza, zmysłowa musująca czerwień, ciut prowincjonalna i niebywale urokliwa zarazem.

Jak Cagliari. Cagliari, które każdemu, jak to wino, mogłoby rzucić prosto w twarz: Pan nie wiesz, kto ja jestem! 


Na Zweigelt babka wróżyła

chardoUchylając rąbka kulisy: kiedy rok temu w Łańcucie Wojtek Bońkowski zaproponował, by kolejny Konwent Polskich Winiarzy odbył się w Warszawie, rzucił przy okazji, że dobrą lokalizacją dla tej najważniejszej dla polskiego wina imprezy byłby Stadion Narodowy. Trwały wtedy jeszcze Mistrzostwa Europy – choć już bez udziału naszych orłów – na Stadion zwrócone były oczy całego kraju,  było przed aferą dachową i tej z dofinansowaniem z naszych podatków koncertu Madonny. Słowem, uwaga Wojtka zabrzmiała jak niezły żart. Tyle, że ten typ tak ma – nigdy nie wiadomo, kiedy żartuje.  No i nie żartował. Reprezentacja polskich winiarzy trafiła w tym roku na Stadion Narodowy – i zaprezentowała się o niebo lepiej, niż przepłacani kopacze skórzanego pęcherza.

VIII Konwent Polskich Winiarzy był imprezą udaną ze wszech miar. Konferencyjne sale Stadionu to reprezentacyjne, prestiżowe miejsce, które zapewniło jej odpowiednią oprawę. Program był przemyślany i sensowny, pozostawiał sporo miejsca na szczegółowe dyskusje, tak oficjalne, jak i kuluarowe. No i wreszcie wina. Świetne wina.

Moja miłość do polskiego wina z roku na rok przestaje mieć beznadziejny, werterowski charakter. Co więcej, traci sens stosowana do niedawna namiętnie taryfa ulgowa, ten swoisty disclaimer: – Dobre wino… jak na polskie. Coraz więcej rodzimych butelek nie musi wstydzić się porównania z dobrymi winami z Niemiec, Moraw czy Austrii. Średni poziom jest coraz wyższy, ewidentnych błędów winifikacyjnych coraz mniej, a i coraz częściej zdarzają się prawdziwe perły.

Dla mnie absolutnym hitem Konwentu są wina z lubuskiej Winnicy Equus, zlokalizowanej we wsi Mierzęcin, oba z udziałem szczepu Zweigelt, którego żywy, środkowoeuropejski charakter zdaje się bardzo dobrze pasować do naszych polskich warunków. Oba to wina młode, jeszcze pracujące, w tym momencie jeszcze nie siarkowane  – Cuvee Marina 2012 to kupaż Zweigelta z Rondem i Regentem, wino smakowite i odmianowe, choć rzeczywiście jeszcze in statu nascendi. Na stoisku winnicy spróbować było można też stuprocentowego Zweigelta – lekkiego, soczystego, sprężystego wina o nieodpartym uroku… Magia.

zweigelt

Ale to nie koniec przebojów. Znakomicie zaprezentował się modelowy Hibernal 2012 z Winnicy Pasjonata, o świetnym, tropikalnym owocu i nutach przywodzących na myśl Sauvignon Blanc. Solaris 2012 z małopolskiej Winnicy Kresy, intensywny, cytrusowy, o bardzo dobrej budowie – i z tej samej winnicy Klaret 2012, doskonałe, truskawkowe w ustach wino różowe z Ronda. I jeszcze Chardonnay 2012 i Riesling 2012 z Winnicy Wzgórza Trzebnickie, oba odmianowe, czyste, po prostu bardzo dobre.

A na koniec wino dla mnie wręcz symboliczne. Cztery-pięć lat temu zorganizowałem w Krakowie w ramach slowfoodowego święta Terra Madre Day degustację win małopolskich. Mieliśmy wtedy okazję pić jedne z pierwszych win od Marcina Lorka z Winnicy Smykań, wina od Zofii Michałowskiej z Zadory czy Macieja Kaplity z Winnicy Comte. Wśród uczestników był też Marcin Niemiec, właściciel świeżo wtedy obsadzonej podkrakowskiej Winnicy Amonit. Teraz w Warszawie miałem okazję wypić jego pierwsze białe wino, Cuvee Blanc 2012, kupaż Sibery, Kernera, Muscat Ottonel i Pinot Gris.

I było to bardzo dobre wino. Niech będzie za puentę.