Pan nie wiesz, kto ja jestem!

IMG_20130723_220822– Kojarzy mi się z Kanadą – mówi Mama. Wiem, że ma na myśli Calgary. Odbyła się tam, w latach 80.  bodajże, zimowa olimpiada.

Tata się zamyśla na chwilę.

– Byłem tam chyba, kiedyś – mówi. Ma prawo nie pamiętać, w końcu był kiedyś chyba wszędzie.

Ale to tylko kolejny dowód na to, że Cagliari w naszej świadomości praktycznie nie istnieje. O Sardynii jeszcze ktoś coś tam słyszał. Ale Cagliari? Zimowa olimpiada, no.

***

Dwie i pół godziny lotu z Krakowa, tyle, ile jedzie pociąg do Warszawy. Z lotniska zaledwie dziesięć minut do centrum, dwadzieścia do plaży. Plaża Poetto w Cagliari nie ma w sobie nic miejskiego, to nie Miami z dziewczynami na wrotkach jedzącymi lody i wieżowcami w tle – ot, cypel z niską zabudową, szeroka, piaszczysta łacha i zatoka z niebieściutką, ciepłą niczym zupa wodą. Po północy na placyku przy marinie wciąż trwają tańce. Taniec we Włoszech to jest poważna sprawa. Dwieście, trzysta osób powtarza skomplikowany, indywidualny układ, po dyktando nie tylko melodii, ale i komenderującej niczym instruktorska fitnessu  starszej pani z megafonem. Wyglądałoby to na wyreżyserowany spektakl, gdyby nie fakt, że jedyną publicznością jesteśmy my.

Nikt z tańczących nie wydaje się przy tym bawić zbyt dobrze – ale też nie o zabawę tu chyba chodzi. W tym włoskim wspólnym tańczeniu, bo to nie tylko rzecz sardyńska, jest coś pierwotnego, plemiennego, siła rytuału, zobowiązania. Przyjemność płynie tu nie z indywidualnego rytmu ciała, ale z mocy widowiska, kultowego w tym sensie, że nie potrzebuje ono żadnych widzów, jest zjawiskiem samym dla siebie i dla jakichś tajemniczych, ewentualnie zainteresowanych nim bóstw.

***

Na Sardynii powstaje sporo wina. Wyspa ma ciekawe endemiczne odmiany, lokalny ruch winiarzy-naturalistów i sporo dziwacznych win, które świetnie pasują do tutejszej eklektycznej kuchni,  łączącej klimaty makaronowe (spaghetti z bottargą proszę próbować, czyli z rybią ikrą suszoną, która pod wpływem ciepła i oliwy zamienia się w coś w rodzaju pachnącej morzem bułki tartej, także lokalnej pasty, przypominających gnocchi klusek  malloreddus, czy też pierożków culingionis, faszerowanych ziemniakami, ricottą i miętą), mięsne (ta konina, te mleczne prosięta!) i morskie (wspaniałe, choć od niedawna jedzone na Sardynii ryby i owoce morza).

DSC_3294

Mercato San Benedetto, Cagliari

Ale Cagliari jakby się wstydzi swojego wyspiarskiego wina. Są miejsca mieniące się winiarniami, gdzie  w odpowiedzi na pytanie o dostępne wina usłyszysz: – białe i czerwone. Jest co prawda jedna solidna enoteka, którą akurat mi przed nosem zamknięto i jest nowoczesny bar INU, na wysoki połysk zrobiony, fajne miejsce, ale wiosny samowtór nie czynią – mało się tu czuje wina w powietrzu po prostu, Cagliari nim nie żyje, głównie łyka kawę, czasem piwo. Wina się trzeba dogrzebywać, dopraszać, domagać.

***

Ale kiedy się uprzeć, można trafić pięknie. Na przykład na dzikie, chłopskie czerwone frizzante Lei non sa chi sono io ze sporej (trzystu pięćdziesięciu członków) spółdzielni Gigantinu. Nazwę jego przetłumaczyć można właśnie jako Pan nie wiesz, kto ja jestem – i rzeczywiście, skromna butelka pod nieskromną nazwą kryje niebywale ciekawy blend lokalnych czerwonych odmian Pascale, Monica, Nieddu Mannu i Cagnulari. Dzika, rącza, zmysłowa musująca czerwień, ciut prowincjonalna i niebywale urokliwa zarazem.

Jak Cagliari. Cagliari, które każdemu, jak to wino, mogłoby rzucić prosto w twarz: Pan nie wiesz, kto ja jestem! 

Advertisements


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s