Korespondenci

co_zostaje

Czasem z korespondenta zostaje tylko tyle…

Władkowi

Spotykają się wieczorem w pustym hotelowym barze. Zamawiają piwo i łapczywie upijają pierwszy łyk. W ich spojrzeniach znużenie walczy z poczuciem wyższości. Oddychają z ulgą. Przetrwali kolejny dzień. Taki sam jak wszystkie i inny od wszystkich.

Miasta, hotele, części świata są różne, ale zawsze jest hotelowy bar i zawsze są oni. Czasem kogoś zabraknie, czasem pojawi się ktoś nowy, ot, życie. Ważne, że się kręci. Ich żony, dziewczyny, kochanki i kochankowie jeśli są, to daleko, u siebie. A oni są tu. Bo to nie jest zwykły zawód, to nie jest jakieś tam dziennikarstwo. To powołanie – albo przeznaczenie. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby być na ich miejscu, codziennie narażać się na to, co oni. Stąd  poczucie wyższości. A nawet gdyby chciał, bo i tacy się zdarzają, żyje fałszywym, medialnym, romantycznym wyobrażeniem ich fachu. Rzeczywistość jest inna, rzeczywista. Ciągłe czekanie. Anonimowe lotniska, niekończące się transfery, długie godziny w busach na krętych górskich drogach. Stąd znużenie.

Ocierają piwną pianę z górnej wargi i zaczynają mówić. Nazwiska, miejsca, kontakty, giełda rusza w najlepsze. I plotki – w końcu można dać upust niechęci do tych kilku najważniejszych z nich, najważniejszych tylko dlatego, że reprezentują największe tytuły. A przecież tutaj, na froncie, wszyscy są sobie równi. Przygotowanie teoretyczne, doświadczenie czy wsparcie Redakcji mogą pomóc, ale nie zastąpią tego zmysłu, imperatywu, który wciąż każe im pchać się w takie sytuacje i pomaga wychodzić z nich obronną ręką.

Mają swoją wewnętrzną, nieformalną hierarchię, tak jak mają ją cele ich podróży. Wyjazd pachnie wakacjami? Nie dla nas, niech się na czymś żółtodzioby uczą życia. Będzie bolało, może nawet bardzo? Tak, tak, jedźmy, o to przecież chodzi.

Po pierwszym piwie napięcie schodzi. Podnoszą głosy. A pamiętacie jak? A wtedy? A tego?

To, co na zdjęciu i mapie wydaje się uporządkowanym obrazem sytuacji, na miejscu, na froncie okazuje się chaosem, plątaniną geograficznych detali i ludzkich losów. Paradoks – żeby ktoś tam daleko, w domu, mógł zorganizować sobie spójną wizję świata, oni muszą wejść w samo jądro ciemności, w serce chaosu. Dobrze wiedzą, że nigdy nie przekażą go w całej jego złożoności, że tak naprawdę nikogo ona nie obchodzi. Głowy puchną im od zbędnej wiedzy, obrazów, którymi nigdy z nikim się nie podzielą – poza takimi samymi straceńcami jak oni. Przy piwie, już drugim, trzecim…

Potem rozchodzą się, tak nagle, jak się zeszli, do pokojów.  Sen spada na nich gwałtownie, nie mają już siły martwić się o poranek. Poranek, który znów przyniesie czas próby – skołowaciały język, szczękanie zębów, drżenie rąk. Jeśli będą mieli szczęście, żadnego nie trafi zabłąkane winogrono, nie przygniecie rotofermentator, żerdź do bâtonnage nie rozłupie żadnemu czaszki i znów będą mogli spotkać się wieczorem w hotelowym barze, zamówić piwo i łapczywie upić pierwszy łyk.

Korespondenci winiarscy. Przetrwali kolejny dzień. Taki sam jak wszystkie i inny od wszystkich.

Reklamy


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s