Trunek na wątrobie

trunekWidmo krąży nad blogosferą, widmo wynurzeń natury osobistej. Ewa Rybak flakami pisze o winach, o których nie pisze i ciarki człowiekowi przechodzą po plecach z wrażenia, kiedy czyta to, czego nie napisała. Jongleur, zwykle nieprzebierający wyłącznie w słowach kierowanych do przedstawicieli pewnego konkretnego ugrupowania politycznego, nie wytrzymał i z iście Linneuszowską pasją sklasyfikował winnych blogerów, wkraplając solidną porcję dziegciu do miodowej beczki samozadowolenia i wzajemnej adoracji.

I tylko Janicki buja w poetyckich obłokach, sadząc głodne kawałki o Słowackim i Kochanowskim. Toż to jest czystej wody eskapizm, to jest karygodne pięknoduchostwo i omijanie szerokim łukiem żywotnych problemów! Ale dość, basta, skoro jest trynd, to ja się w ten trynd chętnie wpiszę. Proszę, oto, co mi leży na wątrobie:

Trunek. Nienawidzę słowa trunek. Przede wszystkim dlatego, że jest pretensjonalną watą słowną, przez którą ludzie nie mający o niczym pojęcia chcą sprawiać wrażenie, pożal się Boże, koneserów. Najgorsi zaś są Ci, którzy go używają w ikonicznej zbitce – z trudem mi spod palców wychodzi – „szlachetny trunek”. Ale tu nie o pretensje chodzi jedynie, o bułkę przez bibułkę. Nieszczęsny trunek buduje dystans, ustawiając wino w opozycji do wody czy piwa, których trunkami przecież nikt nie nazwie.

Propozycja ćwiczenia: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie trunek. Co widzicie? Ja starą, zakurzoną, obklejoną mysimi bobkami butlę z francuskimi napisami i wielką lakową pieczęcią na etykiecie, stojącą na przeżartym przez pokolenia korników ciężkim stole, przykrytym niedopranym starym obrusem. Z frędzlami. Wokół kielichy z rżniętego kryształu, wyszczerbiona porcelana, srebrna cukiernica, a w niej, wśród kostek cukru w kształcie karo, kiera, pika i trefla – znów mysie bobki.

Czy to jest sexy? No nie  jest. Podwieczorek u Babuni, nudy na pudy, syf, kiła i mogiła. Czyli wszystko, tylko nie to, czym wino jest w rzeczywistości: najdoskonalszym sposobem zaspokajania rozlicznych ludzkich pragnień.

Dlatego apeluję: najdrożsi koneserzy od siedmiu boleści, miłośnicy dekantowania nad świeczką i plastikowych kiści winogron, weźcie się udławcie szlachetnym trunkiem i dajcie ludziom pić wino!

Reklamy

4 Komentarze on “Trunek na wątrobie”

  1. jongleur pisze:

    A jak jeszcze słyszę dionizjak, to mi się flaki wywracają i żądza mordu pojawia w łagodnych na codzień oczach.

  2. Mariusz pisze:

    Używam czasami słowa trunek, ale teraz zamienię je na napitek 🙂

  3. ewarybak pisze:

    Najgorzej jest jednak “raczyć się szlachetnym trunkiem”. Bleh.

  4. jongleur pisze:

    Nieźle też popijać dobre winko – choć to inna bajka

    albo sączyć nektar


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s