Mała piękność

Jak się przyznać do głęboko skrywanej namiętności? Jak zatrząść niezłomnym przekonaniem bliższych i dalszych, że wiedzą o tobie wszystko, co powinni  i że niczym ich już nie możesz zaskoczyć? Że w twoich gustach, jakkolwiek nie byłyby oryginalne, czytają po latach jak w otwartej książce, że twoje małe dziwactwa, drobne perwersje i przebrzmiałe wybryki są niczym wobec Tajemnicy, która wymościła sobie miejsce w twoich trzewiach i teraz, gdy na horyzoncie pojawia się najlżejszy ślad pokusy, roztrąca je łokciami, kąsa, pcha się na świat? No jak?

Czyniąc wyznanie. Korzystając z okazji. Więc proszę mi pozwolić w tym miejscu na wyjście z szafy – szafy pełnej win niszowych, naturalnych, środkowoeuropejskich, szafy pachnącej brettem, oksydacją, podwórkiem, ziemią i ziołami. Wychodzę. Wiedzcie, wiedzcie wszem i wobec – poznałem Małą Piękność.

Mała Piękność. Little Beauty Marlborough 2010. Pinot Noir z Nowej Zelandii. Medal brązowy w tegorocznym Grand Prix Magazynu Wino. Wtedy, na finałowej degustacji, widzieliśmy się po raz pierwszy. Zachwycałem się Il Margone Chianti Classico Riserva Il Molino di Grace 2005, doceniłem Vigneto Monte Sant Urbano Amarone della Valpolicella Classico Speri 2005 (oba te wina zresztą trafiły na podium), ale to Little Beauty mnie zaintrygowała. Bezpretensjonalna i wdzięczna, na nic się nie siląca a mimo to nieodparcie atrakcyjna. Pachnąca rozkosznie i wyrafinowanie zarazem. Soczysta. Pełna smaku. Figlarna i lekka. Śniła mi się potem.

Powróciłem do niej przy okazji otwartej degustacji Grand Prix. Otwarcie nalewałem sobie co prawda Ageno i Soif de Plaisir, ale nic nie mogło mnie powstrzymać od ukradkowych łyków Little Beauty.

Pinot Noir z Nowego Świata jest bowiem ukrytą moją słabością. Słodycz i pikanteria, to poczucie bezwstydnej przyjemności, nielicujące przecież – czuję to doskonale – z deklarowaną ideowością, z tresowaniem zmysłów kontemplacją lub aktywistycznym zaangażowaniem. Kiedy od czasu do czasu  trafiam na pięknego Pinota nowozelandzkiego czy z chilijskiej (tak, chilijskiej, to słowo pojawia się na tym blogu) Leydy, mam gdzieś jak zbierane były grona, jakich użyto drożdży, kto, gdzie i jak go winifikował. Podobnie reaguję na niektóre Pinoty węgierskie, jak choćby jedne z moich ukochanych, z Pannonhalmy.

Czuję w nich bowiem powrót do tych pierwotnych emocji, pierwszych winnych ekscytacji, kiedy się uczyłem nazywać wina po imieniu i nie posiadałem się z radości, gdy i one zwracały się bezpośrednio do mnie:

– Janicki, kiedyś zrozumiesz… – szeptały mi na ucho.

Może już zrozumiałem?

Reklamy

3 Komentarze on “Mała piękność”

  1. Grzegorz pisze:

    Choć to nie Nowy Świat to jednak nie Burgundia ,więc…dorzucę do tej listy jeszcze pinota od Esterhazy’ego …. Świetne doznania zapewnione

  2. Kris pisze:

    Nowy Świat tu, polscy romantycy w tekście obok. Ktoś tu chce szokować. btw Nowa Zelandia to nie tylko Sauvignon Blanc i rugby?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s