Jedz, pij i traw (w Mołdawii)

Toskania? Nie, Mołdawia!

Jednym z ubocznych skutków fenomenu niezwykłej popularności reportaży Jacka Hugo-Badera z krajów dawnego Sojuza – będącego skądinąd zjawiskiem nad wyraz optymistycznym – jest absolutnie bezrefleksyjne przyjmowanie jego optyki. Hugo-Bader jest reportażystą genialnym, ale nie da się ukryć, że ma depresyjne skłonności i historie, które bierze na warsztat, to zwykle spiętrzone na niewyobrażalną skalę nieszczęścia, od których lektury bolą co prawda zęby, ale też i nie można się od nich oderwać, bo dobrze jest przecież wiedzieć, że gdzieś ktoś ma gorzej niż tutaj ja.

Dlatego zupełnie nie zdziwiło mnie, że gdy wspominałem o planowanym wyjeździe do Mołdawii, wszyscy patrzyli na mnie szklistymi oczami, z głębokim współczuciem ledwie maskowanym pocieszającym uśmiechem  – jakby byli przekonani, że widzimy się po raz ostatni. Wkrótce przyjąłem do świadomości, że zapewne od razu po przybyciu zostanę porwany i wywieziony do niemieckiego burdelu, a następnie sprzedany do Chin na organy. Leciałem do Kiszyniowa, powiedzmy sobie szczerze, jak na ścięcie, nerwowo przyglądając się współpasażerom.

Ale przeżyłem. Ba, bawiłem się znakomicie. Kiszyniów nie jest miastem pięknym, ale ma w sobie niezwykłą energię i wprost tętni życiem – tutaj wszędzie handluje się wszystkim, do tego stopnia, że główny plac handlowy nie jest wcale żadną wydzieloną przestrzenią czy osobną instytucją, ale po prostu epicentrum zjawiska przenikającego całe miasto. A o tym placu handlowym to zresztą poezje pisać! Jakie tu są pikle przepiękne, jaki bar obskurny pośród hal rzeźnickich, a w nim jakie pyszne rybki smażone na głębokim tłuszczu!

Powiem szczerze, że jeszcze bardziej niż uprowadzenia przez współczesnych handlarzy niewolników obawiałem się właśnie kiepskiego jedzenia – zwłaszcza po przykrych doświadczeniach w Rumunii i niewiele tylko lepszych z nadczarnomorskiej Ukrainy. I kolejne zaskoczenie – prosta, ale autentycznie smaczna kuchnia! Przede wszystkim mnóstwo warzyw, surowych i pełnych smaku, do tego miejscowy ser typu bryndza, no i placinta – miejscowe placki z ciasta półfrancuskiego, tym samym serem faszerowane, zwykle z dodatkiem ziół… A najlepsza w tym wszystkim była powtarzalność – śniadanie, obiad czy kolacja, nieważne, będą warzywa, będzie placinta i wieprzowina. Dzień w dzień. Niektórym to się może wydać nudne, ale świadczy przecież o przywiązaniu do kulinarnej tradycji, o niezachwianej w nią wierze – tak samo jedzą Włosi czy Francuzi, w odróżnieniu od szukających ucieczki w międzynarodowe smaki Polaków czy Ukraińców.

Moi bystrzy czytelnicy zauważyli już zapewne, że ani słowo nie padło jeszcze na temat wina – choć to właśnie w związku z winem odwiedziłem Mołdawię. To przede wszystkim dlatego, że obszerniejszą relację, na winie skupioną, znajdziecie za jakiś czas w Magazynie Wino. Pozwólcie tylko wspomnieć póki co, że olbrzymia większość win, które próbowaliśmy, była po prostu smaczna, a część z nich – zwłaszcza te, które wyszły spod ręki Constantina Stratana – wprost znakomita. I że ten kraj po prostu żyje winem.

Gdyby więc jakieś wiatry miały was zanieść w te rejony, bądźcie spokojni. W Mołdawii jest co zjeść i czym popić. No i nikt nie pozbawi was  organów wewnętrznych niezbędnych do strawienia tego wszystkiego.

Reklamy

7 Komentarzy on “Jedz, pij i traw (w Mołdawii)”

  1. A co takiego strasznego kulinarnie spotkało Cie w Rumunii? Ja byłem w sumie ze trzy dni w lipcu i popadłem w uwielbienie dla tego kraju, więc bardzo proszę o jakieś mocne uzasadnienie…

    • kubajanicki pisze:

      Najpierw disklejmer – tak w ogóle to lubię Rumunię. Ale gastronomicznie miałem podobne wrażenia jak Anthony Bourdain – mięso odgrzewane i suche po prostu (czuć brak tradycji grilla w bałkańskim stylu), warzywa bardzo takie sobie, mamałyga okropna, bo nie przełamywana, jak to robią w Mołdawii, śmietaną i tartym serem… Właściwie z dwutygodniowego pobytu ciepło wspominam wyłącznie grillowaną kukurydzę, mimo że się ją godzinami wyciągało z zębów. Ale też powiem szczerze, że to były bardzo ludyczne wakacje, bez poszukiwania jakichś kulinarno-winiarskich inspiracji, wiec mogę mieć ciut wykrzywioną perspektywę.

      • Moje wrażenia są zupełnie inne, dobre jedzenie, fajne warzywa i owoce, mamałyga z serem i śmietaną itd. Byłem krótko, więc może po prostu trafiło mi się i miałem szczęście.

  2. „olbrzymia większość win, które próbowaliśmy, była po prostu smaczna” – czyli byłeś w innym kraju niż ten który eksportuje do Polski miliony litrów wina pod nazwą mołdawskie 😉

  3. boryska pisze:

    A Hugo-Bader te swoje nieszczęśliwe opowieści wkłada w zupę z dystansu, lekkiej ironii i szaleństwa – mnie to nie nie odstrasza:D

  4. Kris pisze:

    „ale też i nie można się od nich oderwać, bo dobrze jest przecież wiedzieć, że gdzieś ktoś ma gorzej niż tutaj ja.”

    Napisał Kuba:)

    I pamiętaj: nie Ty miałeś takie same wrażenia Bourdain, tylko on miał takie same wrażenia, jak Janicki:) Btw może zrobicie kiedyś wspólny program?:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s