Triumf Gargamela, czyli o miłości do spraw przegranych

Przedstawiciele licznych dyscyplin sportowych oraz sztuk mniej lub bardziej wyzwolonych skutecznie nas od lat oduczają wiary w szanse zwycięstwa. Od Euro po Eurowizję, każdy rok takiego zimnego chowu coraz dogłębniej przekonuje, że wszelkie złoto jest poza naszym zasięgiem. Ba, nawet gdy ktoś to złoto obieca w formie sztabek wraz z gwarancją wysokim procentem, efekt okazuje się taki jak zawsze.

Co z tego wynika? Bez wątpienia niezmienna siła polskiej martyrologii – niby wszyscy mówią o konieczności pozytywnego myślenia, ale jak przyjdzie co do czego, to wiadomo: gloria victis, Polacy, nic się nie stało. Perwersyjnie lubujemy się przeżywaniu porażek. U mnie osobiście głęboko zakorzeniona sympatia do spraw przegranych sięga odmętów dzieciństwa, gdy z zaciętym uśmiechem życzyłem Gargamelowi, by wreszcie dorwał jednego z tych irytujących niebieskich kurdupli – z pełną świadomością, że nie ma na to żadnych szans…

Z drugiej strony, wracając do naszych winiarskich baranów, na karb skłonności do klęsk zrzucić można wciąż niewielką popularność szampana w Polsce. Wiadomo, szampan jest trunkiem celebracji i beztroski, my zaś troskamy się nieustannie, a celebrujemy tylko sukcesy nieuchronne, takie na które – szczęśliwie – Polacy nie mają żadnego wpływu, jak na przykład zwycięstwo Nowego Roku nad Starym. Bąbelki więc nad Wisłą, zamiast płynąć szerokim strumieniem, ciurkają sobie powoli, jakby zawstydzone faktem, że mają czelność być symbolem wesołości nawet w tej ponurej krainie.

Ale brak okazji to też doskonała okazja – do tego, by zachęcać do picia szampana bez okazji. Jak odrzekł ponoć sam Napoleon, pytany, dlaczego każe wszędzie wozić za sobą szampana:  – Jeśli wygram, będę nim świętował. Jeśli przegram, będę go potrzebował. I my też go potrzebujemy.

A kiedy jeszcze przy okazji degustacji kilku interesujących butelek z oferty Domu Szampana dokonać można małego odkrycia – a właściwie utwierdzić się w odkryciu dawniejszym – to już jest pełnia szczęścia. Oto bowiem Le Mesnil Grand Cru Blanc de Blancs, zdobywca Złotego Medalu Grand Prix Magazynu Wino 2011 w kategorii win musujących zostawił w pobitym polu takie tuzy jak Pol-Roger Brut Réserve czy Bollinger Special Cuvée Brut. Ten pierwszy, przysmak Churchilla, w ogóle zdał się nieco przyciężkawy i toporny, drugi, tajna broń Bonda, imponował rokokowym bogactwem i wręcz szarlotkowymi nastrojami  (szerzej o Bollingerze pisał niedawno Wojtek Bońkowski) – ale oba musiały uznać wyższość Le Mesnil.

Wino to, ze spółdzielni pochodzące, a nie wielkiego domu szampańskiego, co należy do firmy handlującej jednocześnie torebkami, jest niebywale eleganckie – w aromatach krzemienne, z nutami świeżo ściętej trawy i suszonych polnych kwiatów, w ustach spójne z nosem, o delikatnej, drobnej perlistości i subtelnej, choć wyraźnie zaznaczonej strukturze. Nie ma tu prężenia mięśni, tego udowadniania na siłę, że butelka była warta wydanych na nią pieniędzy – co tak często się wśród szampanów znanych marek zdarza. Jest za to wszystko, co powinno być, w punkt – i to za dokładnie połowę ceny Bollingera (125 vs. 250 zł)…

Więc może jednak jest co świętować? Może w końcu Gargamel złapał tego cholernego Smerfa? Jego zdrowie!

Reklamy

2 komentarze on “Triumf Gargamela, czyli o miłości do spraw przegranych”

  1. Kris pisze:

    Dodam, że le Mesnil był także gwiazdą poprzedniej degustacji, tyle że wówczas w kolorze różowym. Coś jest w tej spółdzielni:)

  2. Czy była taka degustacja na której tej szampan nie byłby najlepsze? 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s