Poczet szomlońskich melancholików

István Inhauser

– Dzieci wyjechały. Siedzą w Miami – mówi powoli István Inhauser i macha ręką – Ludzie stąd wyjeżdżają.

Pan północnego zbocza góry Somló – choć posiada tylko 1,5 hektara winorośli – i jedna z legend tutejszego winiarstwa przyjmuje nas uprzejmie, w piwnicy trwa butelkowanie Juhfarka Vulkan 2007. Słońce świeci. Wino jest piękne, w klasycznym, tradycyjnym stylu – pachnie migdałami i jabłkami, czuć tu utlenienie ale i głęboką mineralność , usta są świeże, z akcentem chlebowej skórki i solonych orzeszków.

Jednak sytuacja nie jest tak sielankowa, jak mogłoby się wydawać. Gospodarz porusza się z trudem. Choruje. Korzystając z jego nienagannej gościnności widzimy, ile ta kosztuje go wysiłku. Ściskając na pożegnanie słabą dłoń mam w ustach posmak jego świetnego wina, a potem jeszcze długo przed oczami widok zmęczonej twarzy.

Otworzyłem jedną z dwóch butelek kupionych na miejscu, piję nią teraz zdrowie Istvána Inhausera. Drugą otworzę kiedyś.

Istvan Inhauser

Béla Fekete

Gdy zajeżdżamy przed jego piwnicę w niedzielę rano, wraca właśnie z winnicy. W nocy padał deszcz – pogoda nad Somló zmienia się bezustannie –  więc wielkie gumowce ma ubłocone. Przystając, opiera się o motykę. Béla Fekete, człowiek-instytucja szomlońskiego winiarstwa, ma osiemdziesiąt sześć lat.

W innym miejscu i innym czasie ten bezpośredni, serdeczny i niesłychanie żywotny człowiek cieszyłby się zasłużoną sławą wielkiego winiarza i wszelkimi płynącymi z niej korzyściami. Tymczasem pozostaje najwyrazistszą gwiazdą w bardzo odległej, słabo rozpoznanej galaktyce, a przyszłość jego winiarni jest niepewna. W ulotce, którą dostajemy stoi napisane, że to rodzinne przedsięwzięcie wkrótce znajdzie się w rękach syna państwa Fekete, ale już od dawna wiadomo, że tak się nie stanie…

Ale choć nie wiemy, co przyniesie przyszłość, w skromnej piwnicy nie czuć ducha schyłkowości. Tutaj, tak blisko wulkanicznego szczytu, wciąż powstają najlepsze wina Somló. Mineralne do granic, krzemienne, wapienne, bazaltowe. Terroirystyczny kamień opakowuje całą gamę doznań: gruszek, jabłek, cytrusów, owoców tropikalnych, ziół.

Próbowany jeszcze z beczek rocznik 2009, który na jesieni powinien trafić do butelek, to mistyczne doznanie: Furmint, Olaszrizling i Juhfark obezwładniają nieskończenie owocowym nosem, doskonałą konstrukcją wzniesioną na kwasowości i pełnią owocu na podniebieniu: furmintowym jabłkiem, olaszrizlingową figą i gruszką oraz juhfarkową papają i ananasem. To wina kompletnie bezprzykładne i bezprzykładnie kompletne.

Trzymam kciuki, by Béli Feketemu udało się znaleźć inwestora, który zechce kontynuować jego dzieło i zachować jego styl – choć dotyk wulkanicznego Midasa ma prawo być  niepowtarzalny.

Bela Fekete z Małżonką

Lajos Takács

Ma urodę francuskiego gwiazdora filmowego z lat 70. i nawet przez jakiś czas nalega, by rozmawiać z nim po francusku – choć ostatecznie porozumiewamy się zestawem gestów i zwrotów, które bardziej niż Belmondo przywodzą na myśl Louisa de Funes. Lajos Takács, butelkujący wina pod handlową marką Hollóvár Pince, to typ uroczego flegmatyka o chłopięcym uśmiechu i lekko neurotycznym zabarwieniu. W jego postawie sporo jest nonszalancji, wiele zgrywy, które maskują pewność siebie. Tak, miał Sauvignon Blanc, ale w tym roku mu nie smakowało, więc wylał je prosto ze zbiornika na stromą kamienną uliczkę.  O paru beczkach zapomniał. O tej butelce też. Tego możemy skosztować, ale nie jest dobre. To właściwie też. Tego nie próbowałem. To nic. Nieważne.

Wina Takácsa w porównaniu z pozostałymi producentami wydają się lżejsze, mniej epatujące strukturą, bardziej zróżnicowane, bo bliższe charakterystykom odmianowym niż monolitycznemu stylowi wulkanu. W trudnym roczniku 2010 pysznie udało się Hárslevelű – bardzo liściaste, z nutami pigwy i grejpfruta, świeże i soczyste. Juhfark 2010 to także wino lekkie, choć w innym stylu, pachnący wodą mineralną, atakujący cukrem resztkowym, ale kończący się długą kwasowością, nieco off-dry, w stylu niemieckich Rieslingów.

Butelki z 2008 roku pokazały inne oblicze wina Takácsa – Hárslevelű pachniało mandarynkami z (mineralnej) puszki , w ustach owoce tropikalne przeplatały się z nutami słonymi, a w końcówce pojawiły się wręcz nuty liścia laurowego i lubczyku. Podobnie Furmint, z akcentem draski i kandyzowanymi owocami w ustach. Obie butelki znacznie cieplejsze niż te późniejsze o dwa lata, bardziej dojrzałe, nieco cięższe i słodsze.

Przyznam, że osobiście bliżej mi do oldskulu Inhausera czy pomnikowego stylu Feketego, butelki  Takácsa, choć niewątpliwie ciekawe, są dla mnie zbyt rozchwiane, w jego podejściu więcej jest instynktu eksperymentatora niż zdecydowania i konsekwencji. Tak czy siak, warto wyrobić sobie własne zdanie o ekstrawertycznych winach tego introwertycznego winiarza.

Lajos Takacs

Reklamy

3 Komentarze on “Poczet szomlońskich melancholików”

  1. U Takacsa bardzo dużo alkoholu czasami, nawet po 16% (oprócz 2008 tak było w 2006), ale to dlatego, że jako jedyny na poważnie uprawia winorośl, zielone zbiory, 1 kg/krzew. Inni to działkowcy, nawet Fekete, u którego wszystko jest puszczone.

  2. Kris pisze:

    Śliszny wpis Kubuś – jeden z najlepszych na kontrze (a mniemam, że czytałem wszystkie). Więcej takich narracyjnych i poukładanych wpisów. Czuć pomysł od początku do końca, no i chce się pić te wińska;)

  3. ianca pisze:

    Ooo, a nas czasem częstuje kolega Węgier przywiezionym z domu młodym wińskiem znad Baltonu, białym, z plastikowej butelki 1,5l. Ech, rozmarzyłam się.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s