Postkolonialna podpałka do grilla

Próbujesz uciec  przed mrozem i trafiasz w upał. I nagle nie ma ucieczki. Cherlawe klimatyzacje i leniwe wentylatory to tylko zwykłe rekwizyty, element tropikalnego sztafażu. Nie są po twojej stronie.

Żar. Czując go na własnej skórze, myśli się o tych, którzy pozwalali go odczuć poprzez słowa. Michał Choromański, Max Frisch, Malcolm Lowry, powiedzmy.

Alkohol na tle upału odgrywa rolę bardziej niż zwykle złowieszczą. Skwar doskwiera tak bardzo, że właściwie nie chce go pić. Jedyne co, to piwo, bo odświeża. I może łyk taniej miejscowej whisky, przecież sterylizuje wnętrzności. No i te wszystkie kiczowate koktajle, bo pasują do kiczowatego plażowego anturażu – to taki alkoholowy odpowiednik hawajskich koszul. I zanim się człowiek zorientuje, jest na najlepszej drodze by skończyć jak Konsul pod wulkanem. Z braku wina oczywiście.

W Indiach alkohol ma głównie kolonialne oblicze – whisky, gin, rum, po prostu roześmiane oblicze Kiplinga. Stawkę uzupełnia świetne lokalne piwo Kingfisher, na Goa zaś dodatkowo Feni, czyli miejscowy destylat z owoców orzechowca cashew. Wino jest dość trudno dostępne, ale że zew  potężny, więc szukam jednak hinduskiego wina. Niby czuję, że to nie jest  najlepszy pomysł, że bez sensu, ale weź mi wytłumacz.

Oczywiście w Indiach, jak w każdym kraju, w którym rodzi się klasa średni, konsumpcja wina rośnie – choć dominuje import, a za gros sprzedaży odpowiadają największe miasta i ich topowe, pięciogwiazdkowe hotele. Od wczesnych lat 80. ubiegłego wieku rozwija się także lokalne winiarstwo – przy wsparciu francuskich winemakerów w południowych stanach Maharasztra i Karnataka nasadzono Viniferę, europejskie szczepy – Syrah, Cabernet Sauvignon, Chenin Blanc, Ugni Blanc, Sauvignon Blanc… Od tego czasu produkcja stale rośnie.

W turystycznym Goa dostępne były przede wszystkim wina marki Big Banyan – jednego z największych indyjskich producentów – oraz kilku innych, często firmowanych przez koncerny, takie jak Seagram. Niestety, wszystkie wina poza dość nawet świeżym, choć prostym jak laska Gandhiego Sauvignon Blanc, były kompletnie niepijalne – całkowicie zdominowane przez lakierowo-chemiczne nuty rozpuszczalnika i podpałki do węgla drzewnego. Dotyczyło to zwłaszcza różnych wersji Chenin (próbowałem kilku producentów), szczepu, z którym wyrabiają tu jakieś niesłychane bezeceństwa. Ten uprzykrzony smak i aromat był tak silny, że praktycznie uniemożliwiał nie tylko jakiekolwiek cieszenie się winem, ale też wszelkie próby bardziej pogłębionej analizy. Zmywacz do paznokci i nic więcej.

Tak więc, po spróbowaniu kilku win – w tym naprawdę rekordowo obrzydliwego rosé z Zinfandela – odpuściłem, trzymając się przy jedzeniu jednej czy dwóch prościutkich bieli, na które w Polsce pewnie bym i tak sarkał ile wlezie. Ale przynajmniej, zamiast jedynie powielać kolonialne klisze przy użyciu whisky, trochę też postkolonialnie i postmodernistycznie spróbowałem indyjskiego wina. Dobre i to.

Advertisements

3 komentarze on “Postkolonialna podpałka do grilla”

  1. Lukasz pisze:

    nie daj się Kuba na tej winnej pustyni!… i odbijecie sobie po powrocie 🙂

  2. Jongleur pisze:

    Jeśli nie jest jeszcze za późno to polecam Sula Vineyards – może jest tam gdzieś dostępne. Parę białych jest całkowicie pijalnych. No i oczywiście niektóre musujące np z wytwórni Omar Khayam czy jakoś tak

    • kubajanicki pisze:

      Niestety, już wróciliśmy, tam z netem było kiepsko. Suli widziałem wina musujące, ale nie miałem okazji próbować, zresztą miało cenę kosmiczną jak na tamtejsze warunki. Omar Khayam niestety nie było. Ale dzięki za tipy, przydadzą się następną razą. Pozdrawiam!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s