Efekt cieplarniany

 Zimno, panie. Aż czapkę zacząłem nosić, choć nigdy nie noszę. Siedzę na wsi, koza faszerowana węglem nas grzeje, piecyk w sensie taki, a że koza nie ma termostatu, to raz jest piekielnie gorąco, a raz – zimno jak cholera. Siedzę więc i rozmyślam – co tu grzać, żeby grzało?

Nasuwa się oczywista odpowiedź: – Ciepłego sobie coś wypij, jakżeś taki zmarznięty, a najlepiej grzanego wina, to jeszcze będziesz mógł sobie napisać o tym na blogu.

W tym miejscu muszę się niestety przyznać do pewnej słabości: otóż mam delikatnego bzika na punkcie nie robienia z winem rzeczy, do których nie zostało powołane. Grzanie wina z korzeniami, picie w formie szprycera z wodą, dorzucanie doń kostek lodu albo łamanie go – o zgrozo! – colą czy innym spritem budzi we mnie irracjonalny gniew i apetyt na destrukcję. Z wiekiem stan ten się pogarsza, znacznie spadła mi także tolerancja na picie wina z gwinta oraz z kubków i innych niedopasowanych naczyń. Cóż pozostaje? Podróżowanie z własnym kieliszkiem, starannie owiniętym w skarpetę, myślenie zawczasu, sztuka przewidywania.  Starcza chytrość i zapobiegliwość.

Dlatego tym razem na wieś oprócz kieliszka wziąłem zestaw butelek – wszystkie ze sklepu Wina.pl, nagrodzonego tytułem Importera Roku, wszystkie poniżej 100 zł – w celu starannego sprawdzenia ich przydatności pod kątem grzania. Wyniki badań przedstawiają się następująco:

Pinot Noir 2009 z Pannonhalmi, w poprzednich rocznikach jeden z moich ulubionych węgierskich Pinotów, okazał się strzałem w dziesiątkę. W charakterystycznym, odmianowym nosie wątki rustykalne – kiszona kapusta, jakże dopasowana do okoliczności przyrody – płynnie łączyły się z nutami kwiatowymi i korzennymi, zdominowanymi przez bardzo mile widziane zimą goździki. Usta o dobrej strukturze i świetnej kwasowości, bardzo smakowite i pijalne. Świetne wino, idealnie w pół drogi między europejskim a nowoświatowym stylem ekspresji, nie tylko na zimę.

Efekt cieplarniany osiągnęliśmy także dzięki Domaine de Fondreche 2010 z Ventoux. Kolejny udany rocznik tego sprawdzonego wina zaczyna się od delikatnej lotnej kwasowości, pod którą kryją się ziemiste, grzybowo-ściółkowe aromaty. Usta nie są przesadnie złożone – aspirynowe, z pestkami i zielonymi gałązkami w ramach gładkiej, zaokrąglonej struktury – lecz bardzo atrakcyjne, w stylu charakterystycznym dla naturalnych win z południa Francji. Dynamiczne, świeże, nieoczywiste.

Kontrowersje wzbudził Sudtiroler Lagrein 2009 z Weingut Untermoserhof od Georga Ramosera. Wino aromatycznie dość tępe, że aż nie ma o czym gadać, w gębie równe, mięsne, proste, ale nie prostackie – z zadzierżystą taniną, nutką terpentyny i wiśni w czekoladzie w końcówce. Do podsuszanej kiełbasy z Drozdowa, do zapiekanego makaronu dopasowało się idealnie, mocne i pełne w wyrazie, ale brak polotu i zapachów czyni je nieco topornym, trudnawym w percepcji.

Foradori 2008 Teroldego Rotaliano, wino z lokalnej odmiany z  okazało się kolejną butelką nieszczególnie hojną pod względem nosa, poza delikatnym niuansem śliwki i ostrężyn. Usta jego to jednak czysty zachwyt, szczupłe, lekkie, zmysłowe, ze świetną jakością owocu i lukrecjowo-waniliowym niuansem oraz śliwką w czekoladzie w finiszu… Cacuszko takie, bardziej odświeżające wszakże niż grzejące, choć do lokalnej pasztetowej jak znalazł.

Bohaterowie weekendu w kolejności dowolnej

Jak więc widać, ciekawe wino potrafi rozgrzać nawet w temperaturze pokojowej, która tutaj waha się miedzy 14. a 44. stopniami Celsjusza (za co podziękowania należą się kozie). Co było do udowodnienia.

Reklamy

5 komentarzy on “Efekt cieplarniany”

  1. Inki pisze:

    Mój najłaskawszy panie!
    Jakże nie pić grzańca? Białe wino z sokami cytrynowym i pomarańczowym, rzecz jasna świeżo wyciśniętymi? Wino czerwone, zaprawione świeżym imbirem, goździkami, może łyżką miodu? Nie mówimy tu oczywiście o knajpianych „grzańcach”, robionych w mikrofali i posypywanych cynamonem, który okropnie przykleja się do wnętrza buzi, ale rzetelnych, z ducha góralsko-sarmackich kuligów!
    Pańskie oburzenie przypomina grymas Edwarda III… „przecież Walezjusze to boczna linia, jacy z nich Kapetyngowie!?”. A ci jednak, mimo Szalonego i Psikusa wydali również na świat królów: Dobrego, Mądrego i Zwycięskiego. Ano, krew nie woda. Takoż i wino. Pozdrawiam!

  2. Kris pisze:

    Jakkolwiek trudno się Inkwizytorem nie zgodzić, że tradycje grzane są w naszym kraju całkiem barwne, to jednak tym razem wyjdę na murawę w drużynie Janickiego. Ba, nawet mogę się w niej podjąć roli snajpera. Wszak ktoś wino tak robił, aby dać nam najlepszą pijalność w określonej temperaturze i w określonym towarzystwie. A nie dla jego nieznośnego podgrzewania i zasypywania tamtym czy owamtym. Ba, nawet grzane piwo, to dla zacnego trunku jest gwałt i brutalne stłamszenie!
    Trochę tak, jak wsadzanie dobrej whisky do lodówki – fuuuuuuj.
    Najlepszego!

  3. Bożena pisze:

    Cóż widze w takim razie że nei jestem sama. Uff jaka luga.
    Otórz mam szczere obrzydzenie do wszelkich pojemników z kórych można pić wino oprócz kieliszków.
    Nie, nie mam bzika i nie pije chardonnay w kieliszku Riedla do chardonnay choć nie ukrywam że z lubością oglądam te kieliszki smakując niuanse krzywych, cienkość ścianek cóż nic dziwnego – zboczenie zawodowe:)
    Waże kieliszek w ręku, sprawdzam kształty i ogólnie z góry wiem czy to jest TO czy raczej jakaś średnia próba o kształcie kieliszka.
    Tym bardziej odczuwam dysonans kiedy to moje znajome już po przejściu „kursu” nauczania picia wina nadal namiętnie piją swoje „merloty” za 15zł w kieliszkach z zieloną nóżką i wspaniałymi ciętymi w krysztale wzorami. A do tego ów kieliszki maja kształt wazonu- u dołu wąsko u góry szeroko. Nie ma szans aby zakręcić winem w takim czymś. Może to i lepiej…;)
    Skądinąd kieliszki nawet są interesujące jako eksponaty epokoi PRL i nawet mają swój urok.
    Może jaka epoka taki kieliszek?

    obyśmy pili dobre w dobrym:)!
    Bożena

  4. Inki pisze:

    Gotów jestem zejść z okopów, jeśli w grę wchodzi grzanie Nowych Zamków Papieskich, Bękartów, Międzydwumorzy, Dobrych Jezior czy innych trunków „na serio”. Zgadzam się, że nie po to kupujemy polędwicę żeby robić z niej mielone, błędem jest dyskusja filozoficzna w maglu, nietrafionym pomysłem byłoby również lanie oleju opałowego do najnowszego Bugatti. Nie ruszajmy wzorców, zgoda, również winnych. Ale żeby potępiać w czambuł całą ideę?
    Toż z prostackiego El Sola możemy uczynić wyborny napitek, rozpuszczając w nim skarmelizowany cukier i kilka utartych żółtek (próbowaliście? naprawdę polecam!). Świeży wyciśnięty imbir również czyni cuda. O piwie rozpisywać się nie będę, to winny (czemuś na pewno) blog, ale piwna polewka z serem to wszak kulinarny szlagier Sarmatów…
    Mniej ortodoksji, panowie winiarze! Jeszcze chwila i urosną Wam popie brody! Pozdrawiam!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s