Pięć samorodków

Photo by naturalwine.com

Więcej wina w winie! – woła pewien krakowski winiarski punk, bitnik i anarchista – więcej wina, a mniej pitolenia! Inni znów, przy czym niektórzy z właściwą sobie subtelnością, empatią i kulturą osobistą, skarżą się nie tyle  na proporcjonalny udział wina w tutejszych notkach, ile na jego proweniencję – że generalnie do niczego ta Kontretykieta, bo opisywane wina się do picia z założenia na nadają. Ba, nawet jakby ktoś chciał podważyć zaoczną opinię Innych, to nie ma jak, ponieważ owych win nie idzie nigdzie dostać.

Zgadzać się, oczywiście, z większością zarzutów nie zgadzam, ale nie o to chodzi. Vox populi, vox dei. Dlatego śmiało zanurzyliśmy się – zacne grono – w głównym nurcie, brodziliśmy na jego obrzeżach, aż wypatrzyliśmy pięć złotych samorodków.

***

Samorodek pierwszy to Montegrilli 2008 od znanego w Polsce Elvio Cogno, nietypowe wino piemonckie, bo stanowiące kupaż pół na pół Barbery i Nebbiolo. Każde moje spotkanie z tą etykietą przynosi dużą dawkę niczym nieskrępowanej przyjemności i  nie inaczej było tym razem. Fenomenalna jakość owocu, nuty mięty, malin i porzeczek, usta eleganckie, równe, z odświeżającym szypułkowym akcentem. Wino jak David Copperfield – nie ten z Dickensa, tylko z telewizji – czaruje i znika, zanim ktokolwiek zdąży się zorientować.

Później musiałem wtrącić swoje biodynamiczne trzy grosze – ale proszę jeszcze z obrzydzeniem nie odwracać wzroku. Ozdobione wizerunkiem borsuka Les Paradetes 2007 od katalońskiego producenta o malowniczej nazwie Escoda Sanahuja nie pachnie oborą, wodą spod kwiatów ani niczym podobnym. Pełne jest za to upojnych zapachów owoców, leśnej ściółki i grzybów. Usta są znakomicie zrównoważone, długie, pełne, ich mineralna słoność przechodzi płynnie w nuty herbaciane i wreszcie w delikatną słodycz jagód czy – jak chciał K.Sch. – gotowanych na pierogi borówek. Piękna i poważna sprawa. I to był drugi samorodek.

Trzeci to klasa sama dla siebie. Legenda. Ale legendy, jak wiemy, lubią zawodzić. Moja historia ze słynnym libańskim Chateau Musar zaczęła się od szoku podczas pierwszej degustacji głównej etykiety, gdzieś w początkach moich zainteresowań winnych – zupełnie nie wiedziałem wtedy o co chodzi. Nie twierdzę wcale, że teraz już wiem, ale zachwytu nad Chateau Musar 2000 nie ukrywam. Tego wieczora zresztą nikt nie ukrywał. Nos otwierający się surową wołowiną, lubczykiem i rukolą, przechodzący w skorupki małży, morską wodę, glony, a potem znowuż coś z lakierowanej skóry, podmokłej łąki, ulęgałek… Wąchać można bez końca, bo całe to bogactwo aromatów nie ma w sobie nic z przegięcia, bizantyjskiej ostentacji. A usta… Tu wszystko jest na swoim miejscu, kompozycja doskonała, wino jednocześnie doświadczone wiekiem i niesłychanie gibkie, mocne i delikatne. Całość wywiera wrażenie tak nieodparte, że aż się chce przyzywać imienia Pana Boga swego na daremno, co też zresztą wielokrotnie czyniliśmy.

Gdy ujrzeliśmy dno butelki, a i ono groźnie na nas łypnęło, wiedzieliśmy już, że epifanię wieczoru mamy za sobą. Ale udało się znowu – Cabernet Franc 2007 od Weningera z węgierskiego Villanyi, najlepszy Cab Franc ostatniego panelu Magazynu Wino to wino krzepkie, solidne, przysadziste, balansujące na granicy przesady, ale nigdy jej nie przekraczające, łączące w potężną całość fasolowo-mięsny charakter szczepu i delikatną warzywną słodycz, niczym z pieczonych pomidorów czy karmelizowanej cebuli. To zupełnie inne przeżycie, nie do porównania z Musarem, ale też porównań takich wcale nie wymagające.

I wreszcie ostatni samorodek. Lekkie ślady przecieku przy korku Jacques Boyd Margeaux 2003 kazały nam zwątpić – czyżby tombakowe zakończenie złotego wieczoru? Ale nie, nie, było dobrze. Nos przykurzony, ciut mięsny, w  miejsce rozpychającej się łokciami węgierskiej dosadności wprowadził znów arystokratycznego ducha umiaru, choć pozbawionego egzotycznego wymiaru Chateau Musar. Usta pozostawały świeże, o idealnych garbnikach, owoc trzymał się świetnie, boskiego dotyku jednak zabrakło. Zrzuciłbym to atoli raczej na karb poprzedzających butelek i nadciągającego już zmęczenia nie oszczędzających się degustatorów, bo wino samo w sobie wszak było doskonałe.

***

Trzeba przyznać, że tej nocy, bo wieczór już dawno zamienił się w ciemną noc, fortuna nam sprzyjała.  Wina, wszystkie naraz i każde z osobna, wypowiadały się przekonująco, z głębi trzewi, pełnią głosu, nas, maluczkich, przy tym zawstydzając. I choć usta nam się nad nimi nie zamykały, to tak naprawdę nie mieliśmy nic do powiedzenia.

Reklamy

4 Komentarze on “Pięć samorodków”

  1. Musar nie łatwym jest winem, też mu uległem na pocżatku swej zabawy w wino. miałem 2 podejścia stary, pierwsze w 2007 z butelką z 1998, i normalnie mi skronia pulsowały, za dużo tanin… i alkoholu chyba tego wieczoru. ale było czuć, że to nie byle co… nawet jeden kolega stwierdził, że nawet we Francji nie pił takiego wina, ale on tam pije raz na ruski rok, jak to mówią, ale nie gardzi wytrawnym winem, więc uznajmy to za komplement dla Serge’a Hochara 🙂 drugi raz było wiosną 2009 z 2001 na urwisku Krzemionki, jak dobrze pamiętam, i tez nie najlepiej było, dużo tanin, ale i ziemi, owoc raczej trzymany na dystans, że tak powiem, chyba nie ten czas… a może był „mały korek”, przyznam, że wtedy mogłem na to nie zwrócić uwagi. Les Paradetes, jak pamiętasz byliśmy zgodni, że mniami 🙂 więc nie będę już tu owocował, bo pora Luny głęboka (pies moich rodziców się tak wabi btw – lekka megalomania – wiem) Jezu, ale się rozpisałem… Weninger z Gere, ma przed sobą jeszcze czas, choć już pręży subtelne muskuły 😉 dobra, Kuba, idę lulu, bo reszty w dziobie nie miałem, więc nie biadolę. mam nadzieję, że rozumiesz moje fochy… muszę bronić swoich ziomków 😉

  2. Kris pisze:

    Było bosko. Bez przesady powiem, że takiej „degustacji”, o ile nasze spijanie win, tak można nazwać, nie przeżyłem jeszcze nigdy w życiu. A chociaż do Kuby mi daleko, to jednak wiele tych win w karierze pijałem. Rewelacja. Musar rzucił na kolana. Aż strach pomyśleć jaki jest 1999, który Wojciech Bońkowski wraz z Markiem Bieńczykiem uznali za wino legendarne…
    Pozostałe butelki po prostu znakomite, zjawiskowe, udowadniające, że dla wina warto żyć. Margaux na tym tle nie wypadło jakoś fantastycznie, ale to było dobre winko, po prostu w takim towarzystwie łatwo nie jest. Niczym Morientes w dawnym Realu – fajnie, fajnie – ale są lepsi. Raz jeszcze dzięki Kubuś – za sprzedanie Winomana, że mają ostatnią butlę Musara, z której mogłem ich bezczelnie ograbić i za pozostałe butelki, które osobiście na posiedzenie wniosłeś.

  3. Witam…
    …nie to, żeby był to błąd na miarę ćwierćwiecza, ale tak po prawdzie to wspomniany Cabernet Franc z Villány pochodzi ze wspólnej wytwórni Weningera i Gerego, ale to Gere Attila jest odpowiedzialny za jego powstanie…
    2007 w Villány wogóle wyszedł fenomenalnie (również w innych butelkach Gerego to widać) ale powoli będziemy się już żegnali z tym rocznikiem, bo zostały ostatnie butelki; 2008 nadciąga nieuchronnie, zobaczymy, czy będzie kontynuacja mocy…
    Choćaż – znając rękę Attili Gerego – można spać spokojnie…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s