Przeciw melancholii

Winnice Hajszana z widokiem na Wiedeń

Przebrzmiały blask, cień dawnej potęgi, blade echo chwały. Niegdysiejsza stolica imperium obrócona w miasto prowincjonalne, straszni mieszczanie błądzący wśród gruzów arystokratycznej przeszłości. Wiedeń. Mimo galicyjskich sentymentów i faktu, że Wiedeń za cel miała pierwsza podróż zagraniczna w moim życiu (jechaliśmy wtedy z rodzicami samochodem przez Czechosłowację, ale wiał już wiatr zmian, w przydrożnej restauracji po portretach przywódców zostały tylko jaśniejsze ślady na ścianie) odwiedzanie tego miasta nieodmiennie sprawia mi zawód. Wiedeń jest, a jakoby go nie było, centrum wydaje się pustą dekoracją, przedmieścia tchną melancholią.

Oddać jednak trzeba sprawiedliwość Wiedniowi w jednym – jest miastem, w którym wino odgrywa dużą rolę. Po pierwsze, to jedyna europejska stolica, na terenie której produkuje się wino, na sporą skalę i na profesjonalnym poziomie. Po drugie, wciąż żyje i ma się dobrze instytucja heurige¸ gospody, w której do lokalnego, domowego jedzenia wypija się hektolitry młodego wina lub wręcz sturmu, czyli kilkuprocentowego napoju w trakcie fermentacji. Po trzecie wreszcie, i w centrum miasta nie brakuje winiarni i winnych sklepów, np. tych z szerokiej sieci Wein & Co.

Lokalnym specjałem jest Gemischter Sätz – wino robione metodą jak leci, to jest z winogron różnych odmian, a więc o różnym czasie dojrzewania, zbieranych jednocześnie i pospołu winifikowanych. Jak na wina raczej proste i codzienne, Gemischter Sätz charakteryzują się sporą złożonością i potrafią być naprawdę intrygujące. Moją uwagę podczas niedawnej wizyty przykuł winiarz obecny na rynku od niedawna, poza Austrią obecny jedynie w Stanach i Niemczech, mniej znany od sławnych producentów, takich jak Mayer am Pfarrplatz czy Zahel – to Stefan Hajszan.

Asortyment win Stefana Hajszana w całej okazałości

Hajszan to pierwszy bodajże wiedeński biodynamik – ale daleko mu od stereotypu nawiedzonego długowłosego mistyka snującego się w księżycowe noce po zapuszczonej winnicy. To rzutki, nowoczesny winemaker, winnicę prowadzący zajmujący się od 2002 roku (w całości biodynamo od 2006), który wie, jak się wino robi i w jakiej atmosferze ludzie lubią je pić. Dlatego przy winnicy działa tu bardzo popularna restauracja serwująca nowoczesne warianty tradycyjnych wiedeńskich dań.

Wina Hajszana są bardzo czyste i wyraziste. Nussberg Brut Rosé 2009 to przyjazne, łatwe musujące wino różowe o dobrym owocu i strukturze. Gemischter Sätz 2008 ma ciekawy nos z nutami mineralnymi, papai i tartego jabłka oraz elegancką kwasowość – ale jeszcze poważniejsze i bardziej pociągające jest  Gemischter Sätz Weissleiten 2010, jabłkowo-cytrusowe wino z wątkiem anyżowej goryczki i długim kwasowym finiszu.

Dalekie od cielistego banału czy pieprznego standardu są Gruner Veltlinery Hajszana. Nussber 2010 pachnie gruszkami w syropie i w occie z przyprawami oraz mokrym kamieniem, usta mają zaś świetną długość i doskonałą równowagę. Starszy rocznik, Nussberg 2008, to wino okrąglejsze, bardziej masywne, z akcentem waniliowym.

Wspaniałe są Hajszanowe Rieslingi. Steinberg 2008 pachnie niezwykle, niczym naleśniki z białym serem posypane cukrem, ma doskonałą budowę oraz balans cukru resztkowego z rieslingową kwasowością. Pfaffenberg 2007 nos ma bardziej stulony, jakby pyłowy, mineralny, za to w ustach cieszy szerokością i jabłkowo-miętowymi smakami.

Z austriacką czerwienią bywa różnie – wiadomo, beczki używa się to hojną ręką, często dławiąc przy okazji owoc i świeżość. Tym większe brawa należą się Stefanowi Hajszanowi za świeżego, pachnącego czerwonymi owocami i wygarbowaną skórą Zweigelta 2009, ale przede wszystkim za BIGA 2008 – kupaż Zweigelta i Blaufrankischa, cudownie upojny w naturalnym stylu, łączącym owocowość z z ziołową pikanterią i  nutą plastelinową. Wino proste, eleganckie, ekstremalnie pijalne. Nawet Quadriga 2008 (Cabernet Sauvignon, Zweigelt, Blaufrankisch, Blauburgunder), butelka w stylu beczkowym, ciężkim, jest ciekawa, mentolowa, mięsno-warzywna w nosie – usta ma nieco ociężałe, brak jej polotu, ale w swojej kategorii to pozycja uczciwa i ciekawa.

Wina Stefana Hajszana błyszczą – czystym blaskiem kryształu, nie rokokowych błyskotek. Jak najdalsze od melancholii, skutecznie od niej uwalniają. Oby jak najszybciej trafiły do Polski.

Reklamy

4 komentarze on “Przeciw melancholii”

  1. TPB pisze:

    Z przykrością znalazłem przy nazwisku Hajszan puste miejsca w kajecie degustacyjnym z zeszłorocznego Vie Vinum. Obiecuję nadrobić przy najbliższej okazji. Na sąsiedniej stronie figuruje natomiast Jutta Ambrositsch, która była dla mnie na wspomnianej imprezie wiedeńskim objawieniem na miarę Twojego Hajszana. Do polecenia zwłaszcza rieslingi z Nussbergu z Ried Preussen.
    A Twoja generalna opinia na temat Wiednia wymaga chyba wspólnej wyprawy do stolicy Austrii – inaczej trudno mi będzie wyjaśnić jak bardzo się mylisz… 😉

    • kubajanicki pisze:

      @TPB Ambrositch niestety nie próbowałem, choć widziałem na półkach – więc to do nadrobienia z mojej strony. Jeśli chodzi o wspólną wyprawę do Wiednia to chętnie, choć oczywiście to była z mojej strony taka mała prowokacja – Paulina mnie zresztą już zbeształa, że się tak doskonale bawiliśmy, a potem roztaczam dekadenckie wizje… 🙂 Więc oczywiście są świetne miejsca i ludzie są przesympatyczni i są kanapki u Trześniewskiego i Naschmarkt i wystawa Magritte’a rewelacyjna akurat w Albertinie, ale jeszcze swój klucz do Wiednia muszę znaleźć 🙂

  2. denko pisze:

    Szanowny Kubo, „Satz” w miejsce „Sätz” (MSZ = moim skromnym zdaniem)
    i jestem wielce usatysfakcjonowany Twoją rakuską notką. Wiem, dżentelmeni nie dyskutują o …ortografii, ale ktoś musi odwalać tę czarną, niewdzięczną robotę – po to żeby ktoś mógł szeptać gdzie indziej z diabełkami i aniołkami:) Zresztą nie tylko do Ciebie suponuję(?), np. Jongleur(-ów dwóch być może) pewnie miał(o) ochotę mnie pogonić swego czasu, ale to jednak kulturne ludzie, Star z Badenią następny w kolejce. I w ogóle miło słyszeć z przypisu, że Austria jednak nadal „felix”, i to nie Dzierżyński bynajmniej. Pozdrawiam.
    P.S. A Ambrositsche to jakiś przewrotny (na)ród, żeby – jak rozumiem z wpisu p. Tomasza Dwojga Imion – akurat swe najlepsze Rieslingi hodować na „pruskiej” parceli!

    • kubajanicki pisze:

      Czujnyś Denko, zapewne właśnie tak, Satz bez kropeczek, masz rację. Jako że moja Mama jest germanistką, to nigdy nie było mi dane wziąć się poważnie za naukę niemieckiego, czego żałuję – więc ufam zbyt często wujkowi Guglowi, co bywa zgubne 🙂
      Pozdrawiam serdecznie!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s