Księgi pielgrzymstwa

Nie mam złudzeń, że kogokolwiek może to jakoś szczególnie martwić, ale przyznaję się – czytelników ostatnio zaniedbałem, publikując rzadko, zdecydowanie zbyt rzadko. Powód jest prozaiczny – żyję teraz na walizkach i wino pije jakie bądź i gdzie bądź. Mógłbym się zacząć rozpisywać o tych wojażach, ale mam jeszcze w pamięci felietony reżysera Zanussiego publikowane swojego czasu w Polityce, w których ów zasłużony luminarz kultury nie omieszkał nigdy wspomnieć, na jaki to festiwal ostatnio nie leciał i w której klasie – dość to było, o ile pamiętam, zabawne, i to w raczej niezamierzony przez reżysera sposób.

O jednej podróży jednak wspomnę, bo cel jej był arcyciekawy – w pewnym sensie. Anuga to największe targi żywności na świecie. Odbywają się co dwa lata w Kolonii, ściągając blisko 150 000 osób z całego świata. Taka, jak sobie wyobrażam, musiała panować atmosfera podczas budowy wieży Babel – i to jeszcze przed pomieszaniem języków, bo angielski pełni tu rolę, jaką tam pełnił rajski. W ogóle metafor starotestamentowych ciśnie się na usta – Moloch, paszcza Lewiatana, Sodoma z Gomorą. Z Sodomy do Gomory nie jeździ się w tym przypadku, jak chciał mistrz Świetlicki, tramwajem, ale łazi się pieszo, pokonując dziesiątki kilometrów gigantycznych hal wystawowych i brnąc przez niezmierzone mrowie wygarniturowanych biznesmenów i wykostiumowanych biznesmenek z całego świata. Chodzi się i robi interesy, albo, jak ja, podziwia, wszystko, od znakomitych serów z Piemontu po chińskie chemikalia spożywcze, o których istnieniu nigdy nie chciałem się dowiedzieć.

Wino na Anudze obecne jest symbolicznie – to kropla w tym morzu wszelakich dziwów, kropla mało istotna. Garść skromnych stoisk upchnięto pomiędzy wyposażenie dla gastronomii a energetyczne napoje z Austrii, a i tak na większości z nich prezentowane były wynalazki w rodzaju bezalkoholowych win musujących albo takich wynalazków do szybkiego wypicia, od razu z plastikowego kieliszka. Tak więc dziwa nad dziwami, tylko o nich mogę pisać.

I tak na przykład lojalnie ostrzegam – nie pijcie win musujących z Armenii. Piwniczne, nieczyste, taka musująca woda spod ogórków.

Albo wina dealkoholizowane – coś tam niby zostaje z wina, dalekie echo, ale chyba jakbym miał ochotę na napój sześcioprocentowy, to wybrałbym piwo lambiczne zamiast się katować półproduktami. Na szczęście, na poszukującego zawsze czeka nagroda. Tym razem Odyseusz też dotarł do swojej Itaki – Penelopa czekała na niego dość wiekowa.

Brouilly 1978 od J. Mommessina było na swój sposób fascynujące – utlenione, bez śladu owoca, ale o niezwykle delikatnej strukturze i świetnej kwasowości. Piło się jak złoto do którego się zresztą przez lata upodobniło…

I tak, tylko drobiazgi i przebłyski zostają z peregrynacji. Ale robi się poważnie, degustacja finałowa Grand Prix Magazynu Wino na półmetku, emocji nie brakuje. Wkrótce więcej, obiecuję.

Reklamy


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s