Listy w butelce

Pożytecznie jest, nawet takiemu nieuleczalnemu narcyzowi, od czasu do czasu posłuchać krytycznej opinii na temat swojej twórczości. Krytyka, choćby się nie zgadzać w pierwszym odruchu, w pierwotnej autoafirmacji, zostawia w nas ślad, który często wiedzie ku dobremu – bo zmusza do refleksji, wkurza, wytrąca z błogiego samozadowolenia. Niby wiadomo, że krytyk i eunuch z jednej są parafii, że hejterzy hejtują, że sieć chamstwem stoi, pieniactwem i złudną, dającą poczucie bezkarności anonimowością. Czasem jednak da się z tego błota, co po człowieku spływać powinno jak po kaczce woda, wygrzebać jakiś kamyczek, niekoniecznie od razu szlachetny, ale na tyle prawdziwy, by zaczął uwierać.

Ostatnio ktoś, nawiązując do którejś z tutejszych notek, napisał: – Jak można pisać takie rzeczy o sfermentowanym soku z winogron? Strasznie mi to dało do myślenia. Bo może rzeczywiście jest tak, że wino to jest zwykły rolniczy produkt, przetworzony w stopniu nie większym niż pierwsza z brzegu wędlina, i pisanie o nim w sposób inny niż prosty, techniczny opis jest pretensjonalne? Nikt o drobiowym filecie z Bobrownik poezji nie uprawia, więc w sumie przesadne językowe esy-floresy w odniesieniu do wina nie mają racji bytu?

Ale krótko tylko myślałem w ten sposób. Narracyjna siła wina, która sprawia, że wbrew zgorzkniałym sceptykom zawsze będzie ono paliwem mniej czy bardziej udanej twórczości, nie leży jedynie w jego upojnych właściwościach czy fascynującej różnorodności. Wino jest bowiem językiem. Żądać od piszącego o nim, by ograniczał się do empirii, do weryfikowalnych faktów, to tak, jakby od kogoś zajmującego się literaturą wymagać tylko i wyłącznie spostrzeżeń natury edytorskiej. Taki a taki drukarz, taka prasa, taki papier, taka czcionka, taki kerning, taka interlinia. To jest materia, to jest książka, to jest sfermentowany sok z winogron.

W imię czego, jakiej purystycznej zasady mamy jednak odrzucać prawo do krytyki, rozumianej jako interpretacja? Wielu winiarzy to ideowi, twórczy ludzie, którzy mają światu coś do zakomunikowania – swoje przekonania, swoją wizję, swoje zasady. Jako narzędzia komunikacji używają wina, i w tym momencie przestaje ono być tylko sumą swoich fizycznych właściwości, stając się nośnikiem myśli i idei. Negując dyskurs dopuszczający swobodną, konceptualną krytykę win, paradoksalnie odbiera się głos nie tyle odbiorcom, co nadawcom komunikatów – samym winiarzom.

Otrzymałem ostatnio od pana Zbigniewa Gluzy, właściciela firmy Wino z Moraw, o którego działalności już tutaj pisałem, sześć butelek do degustacji. Sześć butelek niezwykłych, bo stworzonych przez morawskich winiarzy z grupy Autentystów – założonej przez poetę, literata i tłumacza, Bogdana Trojaka wraz przyjaciółmi. Stawiają sobie oni za cel odkrywanie autentycznej ekspresji morawskiego terroir poprzez nieinterwencjonistyczne podejście do uprawy i jak najbardziej tradycyjną winifikację – naturalne drożdże, żadnego filtrowania, długa maceracja na skórkach…

Każda z tych sześciu butelek to była butelka z listem w środku. Z komunikatem. Jego zignorowanie, skupienie się wyłącznie na organoleptycznych właściwościach win byłoby nieuczciwością – nim dojdą do swojego stylu musi minąć trochę czasu, a wszak już są fascynującym świadectwem zmian w mentalności winiarzy, zachodzących w naszym regionie, oraz niezwykłego indywidualizmu ich twórców. A przy okazji to po prostu – w większości – bardzo dobre wina.

Sylvánské zelené 2010 od Petra Kocarika to fantastyczne wino w stylu przywodzącym na myśl Pierre’a Fricka – nieco apteczne, nieco cytrusowe, o pełnych ustach, z doskonałą kwasowością i bogactwem materii, poważne, świeże i solidne. Cuvée Letohrádek 2010 z Vinarstvi Korab to bardzo ciekawe, przy swej delikatności, wino, zrobione z Ryzlinku rynskiego i Sauvignonu. Lekko musujące, o aromatach nieco podwórkowych, z naturalistyczną kiszonką, a do tego jabłka i słodsza, jakby waniliowa nuta. Usta równe z nosem, bardzo świeże, o lekkiej budowie, z delikatnymi bąbelkami na języku. Przedpołudniowe, wakacyjne wino z biologicznym pazurem i dobrą strukturą – słowem, duży fun. Znowuż Veltlínské zelené 2009 z Vnarstvi Vykoukal to porządna, klasyczna interpretacja szczepu, krągła i pełna, z jabłkowo-gruszkowo-mineralnymi aromatami i długimi, dobrze zbudowanymi ustami.

Znakomicie wypadły też autentystyczne wina czerwone.  Zwiegletrebe 2008 od Jaroslava Osički w nosie atakuje brusznicą, nutami mięsnymi i mentolowymi  w treściwym, węgierskim nieco stylu. Usta sprężyste, o dobrej kwasowości – oto proste, ale uczciwe wino. Ota Ševčík znowuż sprawił mi wiele radości swoim Cabernet Sauvignon 2009. Było znowuż prosto, ale nad wyraz zrównoważenie.  Nos dość pikantny, odrobinę piwniczny, ale z fajnym owocem obiecywał wino co najmniej niezłe, jednak usta okazały jeszcze ciekawsze, bo przyjemne zaokrąglone, aksamitne i szczodre, bez śladu chłopskiej szorstkości.

Jedno jedyne wino Autentystów, które zbyt było dziwaczne, by je uznać za dobre, to Vin Natur Divý Ryšak 2009 z Vinarstvi Richard Stávek. Bladoróżowe wino, o którym nie wiem nic, poza tym, że redukcyjne wątki spalonych opon i siarki totalnie je zdominowały, i miast ulatywać, z każdą minutą odbierały winu lekkość i świeżość – choć tliły się one w tle, jakiś melon jakieś truskawki w śmietanie… Coś nie wyszło tutaj jednak. Mam nadzieję, że to wada tej konkretnej butelki.

To jednak, zda się, wypadek przy pracy. Autentyści en masse są warci naszej uwagi i naszych pieniędzy. Nie zawiedzie się ani ten, kto będzie chciał, moim wzorem, wsłuchać się w to, co mają do powiedzenia ich wina, ani ten, komu wystarczy do szczęścia sfermentowany sok z winogron.

PS. O winach Autentystów możecie poczytać także u Mariusza Kapczyńskiego oraz na czechofilskim blogu Tajnosti.

Reklamy

7 Komentarzy on “Listy w butelce”

  1. Kris pisze:

    Taką krytyką można podważyć w zasadzie każde starania. Poezja? Pisanina na skrawku papieru. Film? Jakieś ujęcia na celuloidowej taśmie. Gra Barcelony? 11 kolesi ganiających za piłką. Itd.
    Najlepszego!

  2. Zastanawia mnie to, że wspomniany „krytyk” jest zapewne w stanie wydać całkiem sporo na butelkę tego sfermentowanego soku z winogron, a za sok z jabłek czy aronii pewnie by tyle nie zapłacił.

    Pozdrawiam!

  3. Jongleur pisze:

    Co do tej Barcelony to sie zgadzam. i nie tylko Barcelony zresztą. Prawdziwy futbol zaczął umierać od kiedy za przeciętnnego kopacza płaci się miliony euro, a szkoleniem młodziezy zajmuja sie juz tylko w slumsach w poblizu Copacabany, od kiedy synonimem pilkarza jest goguś w stylu Beckhama. Prawdziwy futbol jest jak rock, a wspólczesne jego gwiazdy tak się maja do dawnych jak zespół Feel do Led Zeppellin.
    Wino radzi sobie lepiej, bo mimo iż za napakowane dawną sławą monstra płaci się tysiące euro za butelke, to jednak wciąż pojawiaja się wina zjawiskowe, niespotykane, oczyszczajace duszną atmosferę wyfraczonych chateaux i co ważniejsze w cenach normalnych. więc w tym przypadku język rzeczywiscie robi róznicę
    pozdrawiam
    jongleur

  4. niewidzialni pisze:

    „Wino jest bowiem językiem.” – trąci strukturalizmem

  5. Simone pisze:

    Podpisuję się pod Krisem. Samo sedno:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s