Raj odzyskany

Najpierw jest raj na ziemi. Pogodni tubylcy żyją zgodnie z odwiecznym, niezmąconym mondializacyjnymi fanaberiami rytmem, realizując w praktyce mit szczęśliwego dzikusa. Czasem sobie zamienią patrylinearny model rodziny na matrylinearny (lub odwrotnie), żeby zażartować z antropologów, ale tak ogólnie to po prostu sielanka i życie seksualne dzikich.

Następnie raj zostaje odkryty. Najpierw przez śmiałków, pojedynczych podróżników, którzy zachwycą się jego autentyzmem – i swoim odkryciem podzielą z innym. W tym momencie nieuchronnie zaczyna działać znany z fizyki efekt obserwatora. Doceniając naturalność miejsc i ludzi, pragnąc jej doświadczyć, siłą rzeczy wkraczamy w rzeczywistość autochtonów. Chcemy podziwiać ich styl życia, ale oni, przez obserwację, uczą się naszego. Fascynuje nas wizja życia bliskiego natury, te wszystkie paleniska, klepiska i plemienne tańce – bo jest to doświadczenie skrajnie inne od naszej codzienności. Tymczasem tubylcy, raz poznawszy inne życie, z największą ochotą raz na zawsze by się swoich klepisk wyzbyli, bo to dla nich taka sama nuda, jak dla nas blokowiska – dlatego chętnie reprodukują  nowe formy codziennej egzystencji i adaptują podpatrzone rozwiązania. A my, choć wiemy przecież, że wszyscy mają prawo korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, z niechęcią przyjmujemy takie dysonanse, anteny satelitarne na dachach afrykańskich domostw. Pielęgnujemy w sobie bowiem, podsycane przez popkulturowe klisze, wzorce egzotyczności i niemożliwą we współczesnym świecie do zaspokojenia tęsknotę za autentycznością.

Tubylcy nie mają więc wyjścia – jeśli chcą zostać w centrum zainteresowania, a to im się wymiernie opłaca, muszą pójść na kompromis. Na co dzień noszą t-shirty, ale dla przybyszy przebiorą się w pióropusze. To może przez jakiś czas działać, ale potężna machina turystyki – już chyba każdy wie, że to o jej niszczycielskiej sile piszę – szybko znajdzie sobie kolejny raj na ziemi do zdeprawowania. Wtedy miejscowym nie wystarczą pióropusze, wtedy trzeba kombinować. Arkadia ginie pod zwałami betonu, gigantyczne hotele kuszą niskimi cenami, lepszy sort turystów jest już gdzie indziej…

Dużo ostatnio czytałem o antropologicznych i ekonomicznych aspektach współczesnej turystyki. O tym, jak staliśmy się wszyscy uczestnikami gry pozorów, jak z wywieszonymi językami gonimy za niemożliwym. Jedni zadowalają się masowymi wycieczkami do najpopularniejszych miejsc – albo im nie przeszkadza, albo nie ma dla nich znaczenia (bądź w ogóle nie rozumieją), że to przemysł, który daje betonową namiastkę egzotycznego przeżycia. Wypraną z emocji. Karykaturalnie sfalsyfikowaną.

Są także ci, którzy masówką gardzą. Oni autentyczności pragną ponad wszystko, ale ich pragnienie jest przecież popytem, więc natychmiast pojawia się podaż. Ruch backpackersów był kiedyś prawdziwy i oddolny, teraz jest parodią samego siebie – opisanie w niszowym niegdyś przewodniku Lonely Planet to dzisiaj gwarancja komercyjnego sukcesu, ale wizyta w takim miejscu niewiele będzie miała wspólnego z doświadczaniem lokalnego kolorytu.

Ekstremiści wreszcie. To ci, którzy ze wszystkiego, co napisałem powyżej, zdają sobie sprawę. Że wszelka egzotyka jest ułudą, że poza utartym szlakiem czeka jedynie kolejny utarty szlak. W tej sytuacji pozostaje cyniczne dobieranie sobie przeżyć według własnego widzimisię, odrzucanie samej skompromitowanej idei zachwytu – na rzecz zaskoczenia, które wciąż przecież jest możliwe.

Zjawiska te, dotyczące turystyki, rozciągnąć można z łatwością na wino. Jedni piją Carlo Rossi czy kiepskie Chile, bo albo jeszcze nie wiedzą, albo nie ma dla nich znaczenia, że to kiepski ersatz prawdziwego wina. Inni szukają objawienia w butelkach autorskich, naturalnych, organicznych – popyt na nie spowodował, że teraz już prawie wszyscy winiarze przywdziali naturalne maseczki eko-wojowników i trzeba dobrze pazurkami podrapać, żeby pod warstwą zielonego make-upu odkryć coś prawdziwego.

Miłośnicy doznań – i win – ekstremalnych szukają znowuż zaskoczenia bardziej niż zachwytu. Shiraz z Indii, Chardonnay z Chin, wina robione przez stukniętego Holendra na zboczach Etny, wina z Japonii, wina z Polski… Dużo muld, ale też mnóstwo satysfakcji. I odkryć.

Weźmy na przykład dwie butelki z Ukrainy, z odeskiej oblasti. Guliew się nazywa ich producent i, sądząc po wyraźnie zaznaczonej obecności w kartach win odeskich ristoranów oraz na półkach samów, jest wiodącym winiarzem regionu. Ukraina to wyjątkowo obojętny na wino kraj, tu prym wciąż wiedzie pita w ruskim stylu przy dowolnych okazjach wódka, pospołu z piwem oraz świetnymi, trzymającymi światowy poziom drinkami – można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że mojito stało się narodowym napojem Ukraińców.

Tak więc do ukraińskiego wina – zwłaszcza spokojnego i wytrawnego, bo krymskie tradycje szampanskoje to osobny temat – nie sposób podchodzić z przesadnym zaufaniem. Tymczasem taki na przykład Guliew Traminer Select 2010 (podług strony internetowej – poczujcie tę dezynwolturę – alkohol 10-13%) zaskakuje bardzo pozytywnie. Intensywny nos z ziołowymi, typowymi dla szczepu motywami, do tego intensywna różana perfuma, pod spodem zaś coś zielono-mineralnego, czy wręcz redukcyjnego. Dzieje się, słowem. Usta początkowo perfumowe jak pączek z różą, o bardzo dobrej długości. Balans cukru, kwasowości i alkoholu nie jest idealny, ale wszystkie te elementy składają się na bogate, bizantyjskie wręcz doznania, wśród których i owoc jest, i deserowy smaczek, i wrażenie pełni.

Guliew Merlot Select 2009 (znów 10-13% alkoholu, a i rekomendowana temperatura podawania równie zabawna, bo od 10 do 16 stopni) – to brzmi jak bardzo zły pomysł. Merlot z Ukrainy? Tymczasem jest to wino bardzo czyste, choć proste i ulotne – usta krótkie jak okres NEP, nos prosty jak mental poputczyka, ale za to świeżość, lekkość i owoc kompletnie bezobciachowe. Owocowość jest tu szczera, truskawkowo-malinowa, lecz nie brak kwasowego nerwu. Pije się to wino bez może przesadnej fascynacji, ale i bez męczarni.

I kto by się spodziewał – przyzwoite wina z nieprzyzwoitej pod każdym względem Odessy. Tu, na brzegu Czarnomorza,  gdzie kwitnie życie seksualne dzikich i cywilizowanych, powstają wina cywilizowane i dzikie zarazem. Nie zachwycające, lecz zaskakujące.

Advertisements


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s