Cena przetrwania

Głęboko w podworcowych trzewiach Rynku, na odcinku pomiędzy Bracką, na której pada deszcz i Wiślną, na której kapowali na siebie redaktorzy „Tygodnika Powszechnego”, mieściła się kiedyś niesławna knajpa Dionizos. Po Dionizosie kręcili się podekscytowani wizją wypicia piwa nastolatkowie – wśród nich ja z przyjaciółmi  – oraz rozentuzjazmowane zupełnie bez powodu karaluchy. Dziś Dionizosa już, Zeusowi niech będą  dzięki, nie ma, jego duch jednak, jak się okazuje, jest wiecznie żywy.

Oto bowiem Dom Wina, jeden z wiodących importerów kraju, niosący wśród mas kaganek winnej oświaty, zorganizował w budynku Małopolskiego Centrum Kultury przy Rynku Głównym 25, swój Wiosenny Salon Degustacyjny – przy czym nazwę tego eventu wziąć musimy w solidny nawias lub  uznać zgoła za eufemizm, spory bowiem odsetek gości, szturmujących przy pomocy łokci oraz donośnego pohukiwania dwie niewielkie sale, przybył na Salon w celach nie degustacyjnych, lecz ewidentnie bachicznych. W dzikim tłumie prym wiedli mężczyźni w średnim wieku, posiadacze mocno zaczerwienionych oblicz, napastujący Bogu ducha winnych winiarzy, zaskoczonych obrotem, jaki przybrała degustacja. Poza nieśmiertelnym tekstem degustacyjnych sępów, „Co macie najdroższego z  czerwonych?!”, wart odnotować duży odsetek admiratorów cukru resztkowego (oraz na dobrą sprawę każdego innego, jaki da się znaleźć w winie), którzy krążyli początkowo dość zagubieni, by wreszcie odkryć swoje Eldorado w postaci złotego tokaju z winnicy Disznoko.  – Fajf putons, tak powiedz! – doradzali sobie strategicznie wzmiankowani zaczerwienieni, rozochoceni dżentelmeni… Doprawdy, niełatwo było się skoncentrować.

Niełatwo, to jasne. Ale czy było warto? Chyba jednak tak. Na pewno dla świetnych cav od Agusti Torello Maty, o bujnych, jabłkowych aromatach, mogących stawać w szranki z niejednym szampanem. Dla egerskich win od Lajosa Gala i Thummerera, ze słynnym kupażem Vili Papa Cuve o nieskończenie długim finiszu na czele. Dla niezwykle ciekawych win od Huby Szeremleya znad Balatonu, w tym dziwacznego, winifikowanego na biało (sic!) Pinot Noir oraz czerwonej interpretacji tego szczepu, bliższej ulotnemu stylowi loarskich naturalistów niż węgierskiej tradycji. Dla arcyciekawego producenta portugalskiego, Quinta do Casal da Coelheira. Dla klasycznej Francji w przyzwoitym wydaniu – burgundzkich win od Patricka Clergeta i Alzacji z Domain Riefle.

Nieciekawie wypadły Włochy – poprawne zaledwie Chianti z Casa al Vento oraz przegięte beczkowe wina z Veneto od De Stefani. Nie budziły entuzjazmu wina niemieckie ani austriackie, wyjątkowo blado wypadła Nowa Zelandia. Reszta Nowego Świata zniknęła w gardzielach publiki nim udało mi się jej skosztować…

W ogóle pod koniec degustacji wystąpiły dotkliwe braki w zaopatrzeniu stoisk. Rozrywkowe nastroje udzieliły się także przedstawicielom winiarni, którzy opuszczali swoje spustoszone posterunki, by dołączyć do tych towarzyszy niedoli, którym ostały się jeszcze jakieś zasoby. Butelki podwędzone przez gawiedź z degustacyjnych stołów krążyły swobodnie po sali. Winiarze poszli w tango z publisią, świadomi, że to przecież tylko biznes, hołd składany złotemu cielcowi w imię masowej popularyzacji wina w postkomunistycznym kraju. Głośno, coraz głośniej słychać było mściwy chichot Dionizosa.

Reklamy

8 Komentarzy on “Cena przetrwania”

  1. widzę, że doświadczenie bezcenne;)

    ps. domu wina nie nazwałbym jednym z wiodących importerów w naszym kraju.

    • Agnieszka Szczupak pisze:

      I tu się przyłączę z opinią co do Domu Wina ale cieszę się, że sprowadza Thummerera, bo Vili Papa eh, …

  2. monikabielka pisze:

    To była najkrótsza degustacja w moim życiu. Weszłam dość późno i już w drzwiach wpadł na mnie jeden z tych panów w średnim wieku z czerwoną twarzą, odbił się jak piłeczka i bez przeprosin poszedł dalej. Potem już było tylko gorzej. Brakowało kieliszków, dzikie tłumy stały wewnątrz pomieszczenia, które wyglądało jak pole bitwy. Goście, którzy zagubili swoje kieliszki zabierali ze stołów używane szkło by raczyć się tym co pozostało jeszcze na stołach. Wyszłam z niesmakiem nie spróbowawszy niczego. Szkoda, bo tylu wspaniałych winiarzy było na wyciągnięcie ręki. Tyle historii, które można było usłyszeć, zapamiętać, opisać, opowiedzieć. Przetrwają tylko niemiłe wspomnienia. Popularyzacja ma swoją cenę.

  3. ja wyszedłem – ani kropli
    zgroza, zgroza, zgroza płk. Kurtz

  4. Re pisze:

    A gdzie Twa awanturnicza natura Pawle? Czyż spijanie zacnych butli w towarzystwie profanów nie ma aury wielkiej przygody?
    No dobra, nie ma;)
    Pozdrawiam!
    Kris

  5. Agnieszka Szczupak pisze:

    Na forum nasze-wina odbyła się niegdyć dyskusja na temat płatnych degustacji, że powinny być darmowe albo półdarmowe, ta właśnie taka była i oto macie rezultat!

    • kubajanicki pisze:

      Oj tu się z Tobą zgodzę – wstęp na przekrojową degustację win słowackich w Bratysławie kosztuje 30 euro od osoby i chyba można być spokojnym o towarzystwo…

  6. Paweł pisze:

    Ja też się nie zgodzę. Moim zdaniem każda degustacja na taką skalę powinna być płatna (patrz GP Magazynu Wino). Czy było tam pole bitwy?
    Natomiast rozmowa na nasze-wina.pl dotyczyła bardziej rosnących i wg niektórych rozmówców zbyt wygórowanych cen za bardziej kameralne degustacje.
    http://www.nasze-wina.pl/forum/topic/1/359/


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s