Byczo!

Eger wzięty, wzięty tam niejeden bar, restauracja i piwnica. Z siłami sojuszniczymi wylądowaliśmy na miejscu w piątek wieczorem, by w niedzielę wrócić do Krakowa. Choć to zaledwie półtorej dnia intensywnej okupacji tego skądinąd sennego miasteczka (które jednak przy takim na przykład Tokaju wydaje się tętniącą życiem metropolią), wystarczyło, by dzięki wielkiej liczbie rozmów i jeszcze większej skosztowanych win ogarnąć choć w części skomplikowaną rzeczywistość tamtejszego winiarstwa.

Skomplikowaną, bo Eger to jest proces, nieustające winiarskie work-in-progress. Tygiel, w który mieszają się niezliczone koncepcje tego, jakie powinno być egerskie wino.  Tu nic nie jest pewne: ani pożądana stylistyka, ani kanon szczepów, ani jednoznaczna definicja terroir, ani bilans rozrachunków z niechlubną komunistyczną przeszłością, ani wizja przyszłości. W odróżnieniu od Tokaju, w którym twórczy ferment trzyma jednak w ryzach potężna tradycja, w Egerze panuje totalna wolna amerykanka – i to wręcz dosłownie, są tu bowiem winnice celujące głównie w rynek amerykański… Tokaj ma Renesans, a Eger ma swój okres burzy i naporu.

Dlatego degustowanie egerskich win i spotkania z tutejszymi ludźmi wina są tak fascynujące – nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. W półtorej dnia odbyliśmy podróż przez wszelkie możliwe style win czerwonych: od środkowoeuropejskiej pikanterii, przez socjalistyczną zieloność i ziemistość, burgundzką elegancję i rodański owoc po nowoświatową tężyznę fizyczną. Dodajmy do tego podobny rozstrzał w dziedzinie win białych – od strzelistej mineralności przez intrygujące klimaty niemiecko-alzackie po hiperbeczkowane Chardonnaye – oraz pełną różnorodność w kwestii miejsc degustacji, od designerskich sal, których nie powstydziliby się butikowi producenci Napa Valley po skromniutkie piwniczki… Ogrom wrażeń, doprawdy.

Jutro przyjdzie czas na porządkowanie myśli, przepisywanie notek degustacyjnych ze skrawków papieru, ubieranie wrażeń w okrągłe zdania, wyszukiwanie mniej lub bardziej trafnych metafor. Jutro będziecie mogli poczytać o konkretnych winach, miejscach, ludziach. O  bardzo ciężkim roczniku 2010. Jutro. Dzisiaj jestem jeszcze jedną nogą w Egerze, zanurzam się w tym chaosie i byczo mi jest. Ot tak po prostu, byczo.

Reklamy


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s