Patykiem pisane

– Wszystko, co jest na patyku i jest do jedzenia, jest dobre.

To zdanie usłyszałem kiedyś w jakimś programie o amerykańskich zwyczajach żywieniowych i – przyznaję – wstrząsnęło mną, zwłaszcza, że zilustrowane było widokiem gargantuicznej młodzieży,  wcinającej podczas festynu w którymś ze stanów Midwestu gargantuiczne porcje kiełbasy, mielonego mięsa, boczku, ciast, lodów i innych wynalazków… A wszystko to nasadzone było, ma się rozumieć, na patyk.

Ta przerażająca wizja wróciła do mnie dzisiaj.

Ale po kolei, wszak miłe złego początki. Otóż siedzę w mieście wursta i kanapek ze śledziem, czyli w Monachium, i próbuję tu jako-tako żyć, to znaczy: szukam wina. W sympatycznej, bezpretensjonalnej  knajpce w centrum miasta, wejściem połączonej bezpośrednio z kinem (coś w stylu warszawskiej Kulturalnej), trafiłem na ciekawy wybór czerwonych win na kieliszki.

Na pierwszy ogień poszedł austriacki Zweigelt od Freda Loimera, Langenlois Weinland Zweigelt  2008. Zrobiony niezwykle zaskakująco, bo w stylu Beaujolais – nos owoców czerwonych, ale świeżutki, podbity odrobiną typowo szczepowych przypraw, ale także z wyczuwalną zabawną nutą gumy do żucia. Podobieństwo do win z Gamay okazało się jeszcze wyraźniejsze w ustach, zdominowanych piękną, grejpfrutową soczystością i sprężystością godną tyczki Serhija Bubki.

A potem coś, nie wiem co, doprawdy, mnie podkusiło, i zamówiłem kieliszek chilijskiego Cabernet Sauvignon 1997 z Domaine Paul Bruno. I Chryste Panie… Woniało benzyną na kilometr, przypalonymi konfiturami i prażonymi pestkami z wiśni – jakby ktoś właśnie wbił owoc wiśni na patyk, na taką świeżo oberwaną z drzewa gałązkę, i traktował płomieniami z ogniska bez litości. W ustach pobrzmiewało jedynie blade echo dobijanych porzeczek i trochę wiśniowej smażeniny, ale wszystko to było na amen zanurzone w ogniskowo-naftowym bagienku. Brak finezji, równowagi, ale za to benzynowy posmak błagający o spłukanie czymkolwiek. Jako istota empatyczna rozumiem, że ludzie mogą poszukiwać tego typu ekstremalnych przeżyć, szukać takiej winnej pornografii… Ale czy w naszych umęczonych czasach naprawdę musimy trafiać na coś takiego jako na dumny z siebie vintage?

Takie są właśnie wina z patyka – z beczki zrodzone, w beczce nieśmiertelne. Dlatego bez najmniejszego wahania wybieram Freda Loimera, który sam mówi o swoim prostym, codziennym Zweigelcie: –   Daję Wam świeżość zamiast mocy, owocowość i przyprawy w miejsce tanin i drewna.

I rację ma – bo się nie patyczkuje.

Reklamy

2 Komentarze on “Patykiem pisane”

  1. Re pisze:

    Tak z ciekawości: spłukałeś tę benzynę Paulanerem? Germanesee oblige?;)
    Najlepszego!
    Kris

  2. kubajanicki pisze:

    Cóż, wtedy chyba akurat wróciłem do hotelu, gdzie stał był automat w korytarzu, sprzedający, obok kanapek i inszych soczków, 200 ml buteleczki Prosecco po 3 euro sztuka – i to bąbelki popchnęły benzynę )

    A w ogóle to brrr! Tyle już niby czasu minęło, a po twoim komentarzu przypomniał mi się ten chilijski smak i… mam ochotę poszukać automatu z Prosecco. Na szczęście na warsztacie ciekawe Włochy, notka wkrótce.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s