Lapierre, kamień, kameleon

Pite kilka lat temu Morgon od Marcela Lapierre’a było moim kamieniem milowym, jednym z pierwszych objawień naturalnych i biodynamicznych – oraz koronnym dowodem potwierdzającym już wcześniej kiełkujące we mnie podejrzenie, że Beaujolais to skandalicznie niedoceniany region, a Gamay to szczep bezzasadnie traktowany po macoszemu.

Beaujolais bowiem niejedno ma oblicze.Z jednej strony jest to leciutkie, codzienne, bananami pachnące i nienachalną (słownik Worda próbował mi z nieznanych przyczyn poprawić tu na „nienachlaną” – i też by pasowało) słodyczą,  rześko kwasowe – przyjemne, zwykle w dobrej cenie. Te wina są nieocenione na co dzień, warto ich szukać, np. w Marks & Spencer, gdzie warte uwagi i swojej ceny są butelki z niezłych aplikacji z Beaujolais, konkretnie Brouilly i Fleurie.

Druga twarz Beaujolais to wina naturalne, niepokorne i bezczelne – atrakcyjna alternatywa wobec drogiej w pierony, skostniałej, klasycznej Burgundii (mam na myśli dostępne u nas Drouhiny  i Jadoty, nie zaś rozmaitych eksperymentatorów). Do tej kategorii wpisują się wina Marcela Lapierre’a –ponieważ sam Monsieur Marcel zmarł w zeszłym roku, dzieło jego życia kontynuuje syn, Mathieu.

Żeby sobie odświeżyć związane z Lapierrem emocje sięgnąłem po Morgon 2008 – prosto od importera, z Enoteki Polskiej na warszawskiej Długiej (ok. 70 zł – to jest rewelacyjna cena). Czereśniowo-ceglaste, przydymione lekko, cieszy oko. Nos jest nieoczywisty – i kamienna mineralność, i różowe grejpfruty, i kwiaty, i odrobina tego gamayowego, owocowo-słodko-chemicznego je ne sais quai – niektórzy to nazywają dropsem, inni gumą do żucia, mnie pachnie plasteliną. Usta mają średnią budowę, taniny dają piękną rześkość, idealnie się przy tym wtapiając w całość doznania, grejpfrutowa soczystość zapewnia niesamowitą pijalność. W finiszu nuta odświeżających ziół, mięty.

To nie jest wino wytworne czy przesadnie wielowarstwowe, nie ma esencjonalności choćby innego biodynamika, Jeana Foillarda z jego Morgon Cote Du Py, a w porównaniu z biodynamicznymi ekscesami winiarzy znad Loary może się wydawać się wręcz nadto grzeczne. Ma jednak jedną podstawową zaletę – nie dało się pożreć własnej sławie. Żyje, intryguje, po otwarciu rozwija się i zmienia niesłychanie. Nie wydziwia, tylko smakuje.

A smakuje zawsze i wszędzie. Bo to wino ma jeszcze jedną cechę, magiczną – potrafi cudownie, niczym kameleon dostosowywać się do okoliczności. Trafiam na nie pomiędzy wielkimi Barolo podczas zeszłorocznego Salone del Gusto w Turynie i proszę, bez wstydu sobie radzi w takim wyniosłym towarzystwie, zachwyca giętkością,  w niczym nie przypomina ubogiego kuzyna z prowincji na balu arystokratów. Ale gdy leją mi go po brzegi do niskiego kieliszka w bezpretensjonalnym paryskim barze L’Avant Comptoir, zmienia się w wino do łapczywego picia, dionizyjskie, aintelektualne… Doprawdy, wiele oblicz ma Beaujolais.

Reklamy

5 komentarzy on “Lapierre, kamień, kameleon”

  1. Chyba ten Lapierre to bliżej 100 zł był w Enotece, ale może źle pamiętam.
    Ciekawe jest porównanie Foillarda i Lapierra (ich metody są dość zbliżone), faktycznie Foillard jest „esencjonalny” (bdb słowo), do tego w niektórych rocznikach bardzo dojrzały, zahacza prawie o wino rodańskie (2005, 2007).
    Lapierre przy całym biodynamizmie zawsze bardzo bronił typowości Beaujolais i opowiadał się m.in. przeciw winifikacji burgundzkiej.
    Tych win trzeba spróbować. Warto dodać że w Enotece za 40 zł dostępne jest tańsze wino Lapierra Raisins Gaulois dające dobre pojęcie o jego stylu.

    • kubajanicki pisze:

      Lapierre to 89 zł ceny restauracyjnej, na wynos 20% mniej. Foillard jest w wina.pl za ok. stówkę.
      Raisins Gaulois jest świetne rzeczywiście, zwłaszcza w swojej cenie (48 zł w Enotece, – 20% z Enoteki) – mnie tam troszkę przeszkadza delikatna słodka nuta, jakby karmelowa czy drożdżowego placka – no ale to już moje lęki i zboczenia są, wino na pewno warte spróbowania i pije się je z radością.

      • Ciekawa sprawa bo we Francji Foillard jest o parę euro tańszy od Lapierre’a zwykle (poza tym tego ostatniego b trudno dostać).
        Ta nuta o której piszesz to może sakramentalny banan – Lapierre jako entuzjazta maceracji węglowej nigdy się od niego nie odżegnywał 🙂

      • kubajanicki pisze:

        Winne marże w Polsce powinny się doczekać jakiejś ogólnej teorii 🙂

        I oczywiście masz rację, to chemiczne coś w nosie to właśnie wyrafinowany wariant popularnego banana – choć dla mnie to sformułowanie, mimo że sakramentalne, wydaje się nie dość precyzyjne, bo jest w pokłosiu maceracji węglowej ta trudno nazywalna nuta chemiczna: stąd wszystkie skojarzenia z gumą do żucia czy plasteliną, jak sądzę. Nie wiem czy pamiętasz takie niemieckie galaretki pseudo-bananowe w czekoladzie – to by był niezły kierunek chyba 🙂

  2. Niemieckich nie pamiętam ale na pewno to jest nuta chemiczno-cukierkowa. Francuzi mówią o „bonbon” a to w nomenklaturze francuskiej jest dość pejoratywne. U Lapierra to jest wpleciony w dobry owoc (wiśnia, żurawina) ale w większym stężeniu to dość straszny zapach jest.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s