Z Konwentu na poste restante

Jaśnie wielmożny panie Hrabio,

W  pierwszych słowach swojego listu pyta mnie pan Hrabia, jak mi się podobało na Konwencie Polskich Winiarzy w Sandomierzu. Otóż musi pan Hrabia wiedzieć, że już czuję się dobrze. Wystarczyło przespać cięgiem trzynaście godzin i jestem w stanie zebrać myśli i ogarnąć ten nadmiar wrażeń.

Po szczegóły odsyłam pana Hrabiego do źródeł pisanych – relacji Marty Wrześniewskiej i Tomka Prange-Barczyńskiego. Jako paneliści musieli nad każdym winem pochylić się szczegółowo, o każdym wyrobić sobie opinię. Ja miałem wolność skupić się na tych, które szczególnie mnie uwiodły i na ich podstawie wysnuć kilka wniosków, którymi się z Panem Hrabią teraz chętnie podzielę.

Ale na początek – kilka słów natury ogólnej. Przede wszystkim panu Hrabiemu by się spodobało w Sandomierzu, bo habitów tu widać na ulicy więcej niż przed wojną i wszędzie jest tak blisko, że można dojechać w najwyżej dwa konie. No i Konwent się odbywał na Zamku, co jest ze wszech miar słuszne i zbawienne. Chętnie bym, krótko mówiąc – i nie tylko ja zresztą – widział konwent w Sandomierzu corocznie.

DSC_3460

Co się win tyczy, musi wielce szanowny Pan Hrabia wiedzieć, że jest dobrze. Białe wina były w większości smaczne, a w dużej części po prostu świetne. Wina musujące tylko dwa, ale oba ekstra, różowych – smakowitych – kilka, i wreszcie czerwień, w kratkę, bo taki mieliśmy rocznik 2013.

Mam swoje prywatne gwiazdy. Numer jeden tego Konwentu to dla mnie podkarpacka Winnica Sztukówka ze znakomitymi winami: czerwoną Bazuną 2013 i białymi Złóbcokami 2013. Sztukówka to europejskiej klasy wina ubrane w arcyciekawy koncept, w którym nie ma nic wymuszonego – ich nazwy odnoszą się do tradycyjnych ludowych instrumentów, etykiety są atrakcyjne i intrygujące, a wina oficjalnie dostępne w handlu. Brawo!

IMG_20140602_205232

Miejsce drugie to małopolska Winnica Kresy – świetne Rondo Rose 2013 i Regent Rose 2013 oraz biały JURA!SIC! 2013 potwierdzają klasę tej od lat konsekwentnie jakościowej winnicy. Byle szybko zakończyła wszystkie procedury, a jej wina trafiły do oficjalnej dystrybucji, bo ze wszech miar na to zasługują.

Na pańską uwagę, panie Hrabio, oraz wyróżnienie zasługują także utrzymująca od lat wysoki poziom Winnica Solaris z Małopolskiego Przełomu Wisły, ze świetnym Roni 2013 (Rondo) i Solero 2013 (Solaris), oraz małopolska Winnica Amonit ze świetnym Solarisem 2013, mineralnym i apetycznym.

Na koniec jeszcze, bo wyobrażam sobie panie Hrabio, że nieco pan już przysypia, słowo o dwóch winach, o których tutaj teraz nie piszę, a które były najlepsze ze wszystkich. Naturalny, biały, musujący Gajus 2013 z Winnicy Gaj to objawienie głównej degustacji konwentowej – ale będę o nim pisał za chwilę na Winicjatywie. A pomarańczowe wina z Winnicy Pod Dębem Wacława Matłoka, których próbowaliśmy podczas nieformalnej części Konwentu, poświęcę kiedyś tyle czasu i uwagi, na ile zasługują. I będzie tego bardzo dużo.

I to tyle, jaśnie wielmożny panie Hrabio. Jak pan widzi, przybywa powodów, dla których mógłby pan Hrabia wrócić do Polski. Tylko do kogo ja bym wtedy pisał na poste restante?


Bukareszt i reszta

Po Bukareszcie chodzi się jak po architektonicznej makiecie. Może to kwestia gigantomańskich założeń urbanistycznych, może bezwzględnego słońca, którego promienie odbijają się od białych elewacji bloków tak długo, aż człowiek nie poczuje się zamarłą w pół kroku, wypłowiałą figurynką, na którą spogląda z góry czujne oko Wielkiego Projektanta. Geniusza Karpat.

DSC_3316

Można próbować uciec przed tym słońcem w Stare Miasto, ale uroczy banał jego wąskich uliczek przesłania całkowicie absurdalne spiętrzenie kiczowatych, przekrzykujących się nawzajem pubów i dyskotek. Fikcyjna tkanka miejska, deptak  kojarzący się bardziej z czarnomorskim kurortem niż stolicą.

Ale jest ucieczka. W nieoczywistość. W niepożarte przez Godzillę komercji boczne uliczki, gdzie w cieniu rozłożystych drzew niszczeją sobie z godnością secesyjne i eklektyczne kamienice, pałacyki i rezydencje – niektóre zupełnie zapomniane, niektóre zmyślnie zaadaptowane na kluby i ogródki przez raczkującą bukaresztańską hipsternię. Tu jest chłodniej – i dosłownie, i od podmuchu nostalgii, bez której Rumunia byłaby trudna do zniesienia.

***

Zastanawiałem się, degustując w ciągu czterech dni około dwustu win rumuńskich, czy da się między takim właśnie Bukaresztem a nimi wysnuć jakąś analogię.

Konkurs odbywa się na terenie  Narodowej Biblioteki – jednego z gmachów, które zaprojektowano jeszcze i zaczęto stawiać za czasów i z udziałem Ceauceascu, dokończono zaś stosunkowo niedawno. Zawadiaccy, młodzi sommelierzy polewają nam jedno za drugim wina pod okiem starej rumuńskiej winiarskiej kadry oraz upiornego Parlamentu, drugiego po Pentagonie największego budynku na świecie, majaczącego za oknem niczym wieża Saurona. Na sali obok degustują blogerzy – oni nie mogą być jurorami, bo nie mają odpowiednich certyfikatów. Takie przepisy.

Kosztuję wina za winem i dochodzę do wniosku,  że mi z tutejszą czerwienią nie po drodze. Nadyma się jak nie wiem co, choć niewiele ma do zaoferowania. Ot, taki nowoświatowy styl z drugiej ręki, podróbki Cabernet Sauvignon jak podróbki Armaniego, jak te bloki, które strojąc się w betonowe woluty próbują udawać kamienice…

Ale jest ucieczka. Jest coś niesłychanie pociągającego w białych i różowych winach z lokalnych, rumuńskich i regionalnych odmian. Świeżość i czystość, a zarazem sporo powagi, treści – degustowane w ciemno, bez uprzedzeń, kuszą i uwodzą. Fetească albă i owszem, choć miejscowi trochę się z niej śmieją.  Fetească regală jak najbardziej, piłem z niej wina bezwstydnie wspaniałe, krągłe, bogate, wyrafinowane. Grasă de Cotnari, rzadka odmiana, znakomicie się starzejąca. I dwa szczepy aromatyczne, które spokojnie mogą zawstydzić wszystkie muszkaty tego świata – Tămâioasă Românească i Busuioacă de Bohotin. Dają wina proste w sensie dostarczanych przez nie przyjemności, a przy tym równie skomplikowane jak ich nazwy. Bez mydła, bez lukru, bez przesady, w punkt.

DSC_3348

***

Nie wiem, czy wrócę do Bukaresztu. Pewnie tak. Wiem, że wrócę do tych win. Na pewno.


Korek i bomba

Spośród niezliczonych typów degustatorów, koneserów, podpijaczy, blogerów, aktywistów, szyderców, poetów kieliszka i w ogóle wszelkiej maści miłośników wina, jeden jest moim ulubionym. To besserwisser – taki, co zawsze wie lepiej. Wystarczy jedna-dwie wspólne degustacje, by takiego typa zidentyfikować. Nie ma producenta, którego by nie znał. Wina, którego by nie próbował. Regionu, którego by nie odwiedził. Nazwiska, które by coś mu nie mówiło – nawet, jeśli właśnie przed chwilą, w celu ostatecznej identyfikacji besserwissera, nazwisko to zmyśliliśmy.

Oczywiście, należy odróżnić patologiczne besserwisserstwo od zwykłego mistykowania – jak zwykł to nazywać jeden z moich przyjaciół – czyli blefu, który się każdemu od czasu do czasu zdarza. W moim przypadku wynika to zwykle tyleż ze względów konformistycznych, co ekonomicznych – do nieznajomości tego czy owego zdarza mi się bowiem nie przyznawać w towarzystwie gaduł, które zdecydowanie preferują monolog nad dialogiem. W ich przypadku szkoda mi po prostu czasu, wolę grzecznie potakiwać w wyczekiwaniu chwili, gdy na horyzoncie mignie inny znajomy, dając pretekst do ucieczki.

W każdym innym, zacnym gronie – a za takie uważam czytelników Kontretykiety – do braków przyznaję się chętnie. W końcu to jedyny tak naprawdę skuteczny sposób, by się czegoś nauczyć, a zarazem rodzaj cichego hołdu wobec bezgranicznego bogactwa, jakim świat wina mami nas i zachwyca.

Do niedawna jeszcze polskie winiarstwo było polem, na którym besserwisserstwo nie wymagało szczególnego wysiłku – zwłaszcza, jeśli chodzi o producentów, którzy weszli do legalnego obiegu, a których można było ich zliczyć na palcach jednej ręki. Dlatego z tym większą przyjemnością się przyznaję – nie miałem pojęcia o istnieniu Winnicy Saint Vincent, która wbrew szumnej nazwie nasza jest, swojska, lubuska. Mieści się w Borowie Wielkim, a jej wina odkryłem nie podczas Konwentu Polskich Winiarzy ani żadnej innej branżowej imprezy, ale w sklepie pod domem. Podwójne zaskoczenie i podwójny szacun.

Image

 Wina są cztery – Riesling 2012, Regent 2012, Cuvee Słoneczne 2012 (Gewurz, Pinot Gris i Muscat Ottonel) oraz Cuvee Jutrzenka 2012 (wbrew mylącej nazwie jest to kupaż Pinot Noir i Regenta). Kupiłem wszystkie, w przyzwoitej cenie 45,50 zł za butelkę, ale niestety miałem okazję spróbować tylko dwóch. Riesling i Cuvee Jutrzenka okazały się korkowe – pojedynczy przypadek zrzuciłbym na karb losu, dwa na cztery kazały mi się zastanawiać, czy to nie poważniejszy problem winnicy.

Szkoda tym bardziej, że oba pozostałe wina były świetne. Regent zaczyna się w nosie bardzo odmianowo, od nut warzywnych, pieczarkowych wręcz, ale usta od początku szepczą, że będzie dobrze – i rzeczywiście, po chwili i w aromacie i smaku mamy do czynienia ze smakowitym, lekkim, doskonałym na co dzień winem gastronomicznym w klimacie polskich czerwonych owoców z chłopską zażywnością w tle. Cuvee Słoneczne to zaś jedno z najlepszych polskich białych win, jakie miałem okazje pić – tak ciekawe, że aby przekonać się, cz nie przesadzam, przedegustowałem drugą butelkę. I nie przesadzam: pięknie pachnące mirabelkami, białymi kwiatami i owocami w syropie, o fantastycznie zrównoważonej kwasowości i niezwykłym napięciu w ustach – bogate, ale nie nuworyszowskie, zdecydowanie bliżej mu pod względem stylu do Nowej Anglii niż Nowych Ruskich. Bomba.

Cóż, tak więc jeśli ma się to wiązać z takimi odkryciami, mogę choćby codziennie przekonywać się, że nie wiem, nie znam, nie orientuję się. I tylko ten korek przeklęty, ech!..


Beneficjenci splendoru

monte-del-fraJak wiadomo, blogerem winiarskim się zostaje dla splendoru i apanaży. Czerwone dywany, światła reflektorów, wywiady, wizyty w zakładach pracy, podróże po całym świecie – czy błyskotliwa kariera i życie opływające w luksusy nie jest warte zaprzedania ułomnego pióra w służbę możnym winiarskiego świata, importerom i decydentom? A dodać musimy do tego jeszcze płynące szerokim strumieniem darmowe wino, dzięki któremu wszyscy my, minoderyjni pieczeniarze, jesteśmy wiecznie na delikatnym rauszu i łacno można nas nakłonić do napisania największej nawet bzdury…

Osobiście dostaję tak dużo wina, że większość rozdaję ubogim lub po prostu wylewam do zlewu, a notki degustacyjne przeklejam wprost ze stron producentów – tak jest najszybciej i najwygodniej. Czasem jednak zdarzy się jakaś przesyłka szczególnie interesująca,  z regionu, który się lubi, a uważa za niedoceniany – wtedy wzdycham ciężko, zakasuję rękawy i biorę na siebie ciężar niesienia kaganka oświaty. Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje.

Nie inaczej było z przesyłką od znanego importera Wineonline – wyborem win od producenta z regionu Veneto, Monte del Fra. Na pierwszy ogień poszło lekko musujące fra’ttino vino frizzante, niestety dość landrynkowe i raczej pomijalne. Biel, w postaci Bianco de Custoza, a więc kupażu z tej mało znanej w Polsce apelacji znad jeziora Garda, zaczęła się od lekko gruszkowego nosa, z wyraźnie wyczuwalną słodyczą. W ustach chłodne, z delikatną goryczką, soczyste, mocno ziołowe, trawiaste, nie okazało się może hitem, ale winem dobrym i solidnym na pewno.  

Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak przy czerwieni. Bardolino to jedna z moich ulubionych włoskich apelacji. Jej interpretacja z Monte del Fra, z rocznika 2012, jest  nieco siermiężna i rustykalna. Sporo tu nut pestkowych, trochę aptecznych, owoc jest mocno dojrzały, ale całość ma elegancki drive i wciąga, pomimo całej prostoty.

Valpolicella 2013 okazała się lekuchna, wyraziście kawowa w nastroju, o ledwie zaznaczonej taniczności, mięciutka i pluszowa. Ot, niewinna przyjemnostka. Znacznie poważniejsze wino to Corvina 2010 –  pyszne, pełne smaku, z odrobiną suszu, ale przede wszystkim ziołowe. Smakuje liściem laurowym, zielem angielskim, białym pieprzem. Elegancko, powściągliwie i zarazem smakowicie – dobra jakość owocu, zero przeciążenia. Soczysta, smaczna butelka.

Valpolicella Ripasso Classico Superiore 2010 Lena di Mezzo to kwintesencja stylu tego producenta – na ile oczywiście udało mi się go wydedukować na postawie otrzymanego zestawu.  Wino mocne, wyraziste, nieco wyniosłe, trochę grafitowe, a trochę krwiste, lecz przy całej swojej sile – eleganckie i powściągliwe. Szacun i w ogóle, choć przyznam się bez bicia, że więcej przyjemności z samego picia dała mi Corvina.

Podsumowując, wina z Monte del Fra obok podstawowej zalety, jaką jest fakt, że nic mnie nie kosztowały, mają jeszcze co najmniej jedną. Są naprawdę dobre. I to akurat piszę zupełnie, zupełnie serio.


Styczeń, a deszcz pada

Szczep - nudziarz

Szczep – nudziarz

Dzieci się nudzą.

Nudzą się? W czasie deszczu? Bzdura. Dzieci, mądrzejsze od nas brakiem dystansu i doświadczenia, w ogóle się niczym nigdy nie nudzą, bo wszystko jest dla nich nowiuteńkie – a nawet jeśli nie jest, to akurat to, co już znają, lubią sobie utrwalać w nieskończoność. Przypomnijcie sobie własne, zajechane do oporu bajki z dzieciństwa, wymuszony uśmiech na twarzach rodziców, którzy po raz milionowy puszczali wam ten sam odcinek przygód kota Tip-Topa z tej samej zgranej doszczętnie kasety wideo. Ty podnosisz w górę rączki z radości, bo znasz to na pamięć, zakatowaną powtarzalnością bajki Mamusię tymczasem szlag trafia.

A kiedy zaczynamy pić wino na poważnie, to przecież jakbyśmy się rodzili. Trochę tam sobie popływamy w płodowym Gato Negro, potem Bońkowski i Bieńczyk przecinają pępowinę, bierzemy w płuca pierwszy haust powietrza i… No właśnie, nigdy się nie nudzimy, bo wszystko jest nowe. Te porzeczki z Caba, ta obsikana trawka w Sauvignon Blanc, te korzenne niuchy w Pinot Noir, ta łatwość przyporządkowywania i przyjemność płynąca z przewidywalności. Za to się właśnie kocha Nowy Świat, ten winiarski Disneyland, za dziecięcy zachwyt nad płytką sugestią głębi i powtarzalnością wrażeń. Ale z biegiem czasu oczywistość zaczyna nudzić. Teraz oryginalność, wyjątkowość trzęsą naszą łodzią. Nieznane na horyzoncie podnieca. Egzotyczne – to znaczy zewnętrzne.

Widmo nudy jednak czai się w cieniu, zawsze. Been there, done that, got a t-shirt. Ile jeszcze win, winiarni, winiarzy, regionów, krajów, wyblakłych kawałków okleiny na globusie z podstawówki naprawdę może wzbudzić w nas prawdziwe emocje? No ile?

Każda, każdy z nas ma swoją drogę. Jedni szlifują w nieskończoność wiedzę już nabytą, wygodnie rozparci na swej grzędzie znajdują rozkosz w dzieleniu włosa na czworo (Monty o tym pisał niedawno). Inni – do nich się chyba zaliczam – gnani przez życie winnym ADHD wciąż szukają nowych podniet, coraz mocniejszych wrażeń, coraz większej ich dawki. Ale jest trzecia droga przecież – znaleźć przyjemność w nudzie. Nie wygodę, ale perwersyjną satysfakcję, że się nudziarstwo przyłapało na gorącym uczynku. Nie jest to sposób na życie, ale na styczniową rozrywkę na pewno.

Tak więc w moich oczach jeden szczep urasta do rangi symbolu nudy. To Muller-Thurgau. Nie dość, że samą nazwą przywodzi na myśl upiorną parę lekarzy przeprowadzających eugeniczne eksperymenty na kim popadnie, to jeszcze przez ileś tam lat w miarę poważnego degustowania przeze mnie win nie zrobił na mnie nigdy najmniejszego wrażenia. Niemiecki, austriacki, włoski, nieważne – zawsze tak samo nudny, banalny, co najwyżej przyzwoity (a wbrew temu, co głoszą tani moraliści, przyzwoitość sama w sobie nie jest jeszcze żadną zaletą).

Oczywiście, zapewne upraszczam, i gdzieś tam czekają na mnie fascynujące, olśniewające flaszki Mullera-Thurgaua. Jaaaasne. Ale póki co pozwólcie mi przywołać jako koronny dowód świeże wspomnienie nudnego do szpiku kości wina z tej odmiany od uznanego producenta z Górnej Adygi, St. Michael-Eppan. Wystarczyło kilka kieliszków, bym poczuł się jak po zafundowanym mi po raz setny przez Mamusię seansie tych samych przygód Jaskiniowców… Tylko że wtedy podnosiłem rączki do góry, a teraz mi opadają.


O roku, uff!

Przełom lat to czas kaca-zabójcy, wyjątkowej intensyfikacji wiochy w telewizji oraz urwanych przez fajerwerki rączek. Doświadczywszy dwóch pierwszych (przy czym drugiego o dziwo w większym stopniu) i dzięki wrodzonej zapobiegliwości uniknąwszy trzeciego, co pozwoliło mi zachować pełny komplet wypustek służących do obierania marchewki i pykania w klawiaturę, mogę płynnie przejść do ostatniego punktu noworocznej jazdy obowiązkowej – rankingu. Przychodziły mi do głowy pomysły złośliwe, na przykład nagroda za śledztwo dziennikarskie roku, ale że mamy być dla siebie dobrzy przecież, to tylko pięć najlepszych, najciekawszych, najlepiej przeze mnie zapamiętanych win zeszłego roku. Subiektywnie, od serca, w kolejności przypadkowej, ku pamięci i do siego. 1. IMG_20131117_162517 Labouriou 2011 od Marka Pesnot – nadloarskie cudo pite w specjalizującym się w winach z tego regionu londyńskim  barze Green Man and the French Horn. Powstaje z rzadkiego szczepu Abouriou, kojarzonego głównie z apelacją Côtes du Marmandais i daleko spokrewnionego z Malbekiem i Merlotem – jednak jeśli dla niezwykłej owocowej bomby od Pesnot szukać jakiegoś porównania, będą naturalne interpretacje Gamay czy Poulsarda. Niebywale soczyste, upojne, zaskakujące, niezapomniane. 2. IMG_20130616_190609  Barolo 2008 od trediberri. Andrea Oberto, to jeden z bardziej doświadczonych winemakerów La Morry, ale na przedsięwzięcie duży wpływ ma, dający mu twarz i imię, Nicola Oberto  – robią tu wino tak tradycyjne, że aż nowoczesne: bez grama ciężkości i przesuszenia, uderzające genialną kompozycją nut truskawek, wiśni i jagód. trediberri pokazuje, jak dużo uroku, pijalności i młodzieńczego wigoru można wycisnąć z Barolo. I jak wiele zależy tu, jak wszędzie, od właściwej osoby we właściwym miejscu. 3. Barbetta Sannio Barbera Barbetta 2010 z Antica Masseria Venditti. Nicola Venditti to enolog, znawca ampelografii i niestrudzony propagator win z niewielkiej apelacji Sannio, położonej na północy Kampanii. Z ocalonego przez siebie lokalnego klonu Barbery produkuje właśnie Barbettę – wino niepozbawione akcentów rustykalnych, ciut podwórkowe w obejściu (pun intended), ale przy tym niebywale świeże, jeżynowo-fiołkowo-anyżowe. Z założenia ciekawostka, a w rezultacie – fantastyczne, niezapomniane wino. 4.

95d66af019fc78f06b46a7f124e2e068

Regent 2012 ze Srebrnej Góry. Doskonałe wino z mojego ojczystego terroir, przywodzące na myśl proste, nieco rustykalne chianti – w dobrej cenie i estetycznej butelce (identyfikacja graficzna Winnicy Srebrna Góra została nominowana do prestiżowej nagrody w branży reklamowej – Kreatury, moim zdaniem bardzo zasłużenie). Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko następnego rocznika, który – jak ćwierkają wtajemniczone ptaszki – zapowiada się świetnie. 5. 2403_1 Mendall od Laureano Serresa. Nie ukrywam, że mam nieustanny – mimo stosunkowo częstych degustacji – problem w ogarnięciu wszystkich win sprzedawanych pod marką Mendall, zwanych Terme du Guiu, Finca Espartal, Carabonica i bądź jak jeszcze, z których każde jest nieco inną kompozycją szczepów. Wszystkie łączy je jednak połączenie nut typowych dla win naturalnych – a więc grejpfrutowo-plastelinowych, mocno akcentujących owocowość – z prawdziwą głębią i powagą. Jedno z bezsprzecznych odkryć zeszłego roku No i tak. Oby 2014 nie był gorszy – a poprzeczkę ma wysoko ustawioną!


Listopad bez tra la la

IMG_20131121_193054Listopad to dla Polski niebezpieczna pora – pisał geniusz Wyspiański i wiedział, co pisze. Oto bowiem od kilku tygodni żyję w jakimś winiarsko-gastronomicznym świecie równoległym, który ma formę dysku, niesionego przez kosmos przez cztery gęsi (dwie kołudzkie i dwie biłgorajskie), które z kolei stoją na grzbiecie włochatej mangalicy, podczas gdy wokół przelatują niczym komety kolejne butelki wina.

Z tego listopadowego szaleństwa kilka momentów chciałbym ocalić, dla potomności. Żeby nie przynudzać, nie zamieniać bloga w kronikę towarzyską – momentów właśnie. Nieruchomych kadrów, ulotnych wspomnień, chwil tego wartych.

Najpierw – Wina Świętomarcińskie ze Srebrnej Góry, pierwsze takie w Polsce. Niby pierwsze koty – a właściwie gęsi – za płoty, ale jakie to gęsi! Zwłaszcza gąska zielona, a więc wino białe, to eksperyment udany nadzwyczajnie – rześkie, dobrze kwasowe, soczyste, które łykam jak młody pelikan.

IMG_20131121_193211

Drugi moment – gala Grand Prix Magazynu Wino i szeroki wybór chorwackich Graševin, a wśród nich ta jedna: Graševina Premium 2010 od Antunovič, wino po prostu wybitne, pełne i wyraziste, ale zupełnie wolne od ociężałości. Perła lśniąca wśród wielu innych znakomitych win oraz wydarzeń towarzyskich o doniosłym dla przyszłości znaczeniu.

Potem pamiętam, jak zjadam serdelka. A potem jest już Koziarnia, a w Koziarni m.in. Adam Chrząstowski i Zbyszek Kmieć i spełniamy ostatnią posługę dla Chrumka, który gdyby wiedział, w jak obłędne schabowe się przemienił, byłby bez wątpienia urósł cały z dumy.

A potem jest gala Człowieka Roku Czasu Wina w Dworze Sieraków, wielki Johnson Hugh (śpiewamy mu!) kroi tort szablą, a ja mam w kieliszku nadbalatoński Kekfrankos 2006 od Huby Szeremleya i wiem, że to wino, które zapamiętam na naprawdę długo – ulotne, wręcz powietrzne, pełne witalności, wigoru, sprężystości, wyrastające ponad tę konkretną chwilę i to miejsce.

Kolejna stop-klatka. Na Lipowej w Krakowie otwarcie Krako Slow Wine – nowego wine-baru z winami z Europy Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim od małych, rodzinnych producentów. Tu jest doskonały szomloński Kolonics, są nowoczesne, biodynamiczne wina tokajskie od Marty i Stefana Wille-Baumkauf, jest świetne wnętrze i takaż atmosfera. No i ten jesiotr z grilla!

IMG_20131121_193022

A potem pac! i jestem w Londynie i siedzimy z Tomkiem Kurzeją w Green Man and French Horn, świetnym bistro z naturalnymi winami nadloarskimi, z nosami w kieliszkach, i nie jesteśmy w stanie uwierzyć w swoje szczęście. W kieliszkach są bowiem cuda ze szczepów rzadkich lub tylko pogardzanych: Labouriou (szczep Abouriou) od Marka Pesnot, le Boit Sans Soif (szczep Grolleau) z La Coulée d’Ambrosia czy wreszcie Gamay Sans Tra La La z Domaine de la Garrelière… Każde inne, ale wszystkie żywe, ekspresyjne, prawdziwe, nieoczekiwane. Takie wina potrafią dać kopa nawet najbardziej znudzonemu degustatorowi. 

A teraz, teraz, w tej właśnie chwili jest gdzieś tam Beaujolais Nouveau, które pierwszy raz od lat spędzam sam, z  całkiem co prawda miłym Fleurie z Marksa i Spencera – ale tęskniąc jak cholera, za towarzystwem i za boskim Gamay, takim właśnie bez tra la la.


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.